tagi — Ha!art    Anna Sudoł   

Anna Sudoł Projekt

Projekt
Okładka książki Anny Sudoł „Projekt”, Korporacja Ha!art, projekt okładki Bolesław Chromry

 

Końcówka letnich dni. Słońce biło po oczach, ale Ludwikowi wiało po kostkach lodowate powietrze. Był to jedyny dyskomfort, jaki odczuwał w tym momencie. 

Skórzane lakierki i krótkie czarne skarpetki, bo nigdy nie zakładał długich skarpet do spodni siedem ósmych. Sweter, marynarka. Szyję miał owiniętą przyjemnym w dotyku czarnym szalikiem termicznym. Dłonie Ludwika były lekko zmarznięte, ale przez lata do tego już przywykły — w końcu kto pali papierosy w rękawiczkach? „Być może to jakiś plebejski, robotniczy zwyczaj?” — zastanowił się. Mógł tylko domniemywać, nie znał przecież żadnych robotników. Do tej pory obywał się bez kontaktu z nimi. Mieszkanie, które wynajął na Żoliborzu, znajdowało się w przedwojennym WSM-owskim bloku i, póki co, nic się w nim nie psuło. „Być może nadejdzie czas konfrontacji…” — pomyślał Ludwik.

— Nad czym teraz pracujesz? — zapytał ożywiony Kostek.

— Wiesz, nie mam właściwie nic do powiedzenia. Pracuję cały czas. — Ludwik wzruszył ramionami, nerwowo błądząc wzrokiem po filarach kawiarni na Placu. — Proza życia, myślenie. Monotonia. Każdy dzień upływa tak samo ciężko, na ciężkiej pracy.

— No, ale nad czym pracujesz? — Kostek nie dawał za wygraną. Był przeciwieństwem Ludwika, wiecznie zadowolonym nie wiadomo z czego mężczyzną sporo po trzydziestce, starszym zresztą od Ludwika o paręnaście lat.

Mówiono na mieście, że ta nadpobudliwość i entuzjazm są objawem nieodwracalnych zmian w mózgu, których nabawił się jako nastolatek, jedząc bieluń dziędzierzawę z uzdrowicielem, do którego wybrał się w poszukiwaniu sensu. W żaden inny logiczny sposób nie dało się bowiem wytłumaczyć jego ciągle zaczerwienionej, rozochoconej i ciekawej świata twarzy.

Kostek potrzebował Ludwika, by ogrzewać się w blasku jego powagi, tak jak Ludwik potrzebował Kostka, by wzrastać ponad niego. Sam Ludwik nie garnął się do ludzi, a jednak wciąż przyciągał co ciekawsze ich okazy. Kostek natomiast miał na koncie parę projektów. Zaczynał od wideo, ale później umiejętnie zaczął swój slalom pomiędzy innymi mediami. Jego pokaźne CV wręcz mu jednak szkodziło, wskazując na nadaktywność, bo znaczący ludzie — a jest ich może pięcioro w mieście — nie lubią nadaktywności tak samo jak bierności. Nie lubią przesady.

— Wiesz, ciężko powiedzieć. To zajmie pewnie lata, ale jutro będę rozmawiał na ten temat z Adamem. Może nie powinienem za wcześnie o tym mówić, ale jestem bliski realizacji Wielkiego Projektu. Nie wyznaczam więc sobie żadnego terminu, bo jestem coraz bliżej uchwycenia… sensu, wobec czego dedlajny nie mają znaczenia — oznajmił Ludwik.

Rysunek, długopis na papierze, 10,5x14,8 cm, 2015

— Będziesz rozmawiał z Adamem? — wyrzucił z siebie Kostek. Był wyraźnie pod wrażeniem. Wszyscy dążyli do realizacji Wielkiego Projektu, ale jeszcze nikt, kogo znał, nie mówił o tym z taką pewnością i wzgardą dla terminów.

— Tak. Mamy rozmawiać o koncepcji, później o realizacji — kontynuował Ludwik.

— Rozmawiałem kilka razy z Adamem, ale nigdy nie przedstawiłem mu koncepcji Wielkiego Projektu, nawet nie przeszło mi to przez myśl. Pomagał mi realizować jakieś pomniejsze projekty w Instytucji, ale nie znam nikogo, kto poszedłby do niego z czymś takim, no, z Wielkim Projektem.

Kostek był ewidentnie pod wrażeniem. Adam, dyrektor Instytucji, spotykał się co prawda z wieloma osobami i realizował wielorakie projekty, ale nigdy jeszcze żadnego Wielkiego.

— Pamiętasz mój projekt o kondycji transludzkiej w technoświecie? Realizowałem go od razu po wydaniu swoich eseistycznych konstatacji o podróży do Indii… No i przed wyjazdem umówiłem się z Adamem à propos dedlajnów. Zrobiliśmy to sprawnie, oddźwięk był pozytywny. Parę osób mówiło, że podszedłem do tematu od całkiem nowej strony, powiedzmy… no, przynajmniej w Europie Środkowo-Wschodniej, bo tu do tej pory było mało ciekawych projektów na ten temat. Adam jest zresztą profesjonalistą. Nie pracowałeś z nim, ale to chyba dobrze. Jeśli jesteś pewien, że chcesz przedstawić mu Wielki Projekt, dobrze, że nie realizowałeś wcześniej u niego w Instytucji żadnych innych projektów, bo już byś poza to nie wyszedł — powiedział Kostek.

Ludwik spokojnie kończył palić papierosa, wiatr nadal smagał go po kostkach. Strzepał popiół do espresso, które nie było tak dobre jak to, do którego się tu przyzwyczaił.

Rysunek, długopis na papierze, 10,5x14,8 cm
Rysunek, długopis na papierze, 10,5x14,8 cm

— Trzeba zmienić miejsce — odparł. — Zresztą to nie ma znaczenia, czasami staję się zbyt małostkowy, co to za różnica, jaka kawa, jakie wino, tanie, drogie, z jakiego szczepu… — Spojrzał w niebo. — Nigdy nie rozumiałem tych „małych przyjemności”, co je nasi koledzy obwieszczają na insta. Można całe życie poświęcić na wgłębianie się w szczepy i kombinacje kulinarne, czy z anchois, czy z kaparami. A to dosyć nieszczęsne, nie uważasz?

— Dosyć — odpowiedział lekko przygaszony Kostek, który akurat lubił smakować kuchnie świata. On był tym, który kosztował potrawy, by poznać dogłębnie daną kulturę, a podczas wyjazdów na rezydencje zawsze próbował specjałów lokalnej kuchni. Wprost uwielbiał poznawać przy tym ludzi i spożywać z nimi posiłki, podczas gdy w tle tychże znajdował się problem jego badań. — Wiesz, można by to potraktować, te małe przyjemności, jako tworzywo. Niestety, przy obecnie panującej modzie jest to całkowicie nieoryginalne — żachnął się Kostek, rozbawiło go to i pozwoliło wrócić do naturalnego dla niego stanu nadpobudliwości.

— Wiesz, mało mnie to obchodzi, to kwestie fizjologiczne. Dzisiaj jestem jakiś rozproszony, dziwne, że podjąłem tak błahy wątek. — Ludwik skrzywił się jakby sam wobec siebie. — Będę się ulatniał, dobrze cię było widzieć.

— Będę się dzisiaj widział z Romą, Norbertem i Klarą, jesteśmy tutaj umówieni jak zwykle wieczorem — powiedział Kostek, przetrzepując swoje kieszenie w poszukiwaniu zapałek.

Rysunek, długopis na papierze, 10,5x14,8 cm, 2015
Rysunek, długopis na papierze, 10,5x14,8 cm

— Proszę cię… Tylko nie mów im o naszym spotkaniu i nie wspominaj o moich planach, tym bardziej o Adamie. Staram się unikać, w szczególności Romy. Ostatnio, ale to chyba tylko przez ciekawość, kiedy jeszcze miałem komórkę, po esemesie od niej wyszedłem w nocy z domu. Mój telefon ostatecznie padł, a jak wiesz nie chcę być więźniem systemu i dlatego nie mam zamiaru inwestować w żaden spersonalizowany smartfon. Zresztą DNA marek na mnie nie działa. Ale nieważne… Wyszedłem, bo chciałem poznać tę całą Aurelię, choć w sumie nie dawałem jej żadnych szans jako osobie i jako krytyczce. Wystarczyło mi przeczytać jej jedną recenzję i było jasne, że nie ma pojęcia, o czym pisze. Widzisz, edukacja nic nie daje. Inteligencja a mądrość to dwie różne rzeczy. A wiedza, wiedza to rzecz trzecia i nabyta. Może i przeczytała parę książek zajmujących się najgorętszymi kwestiami tego sezonu w humanistyce, ale co z tego? Wyszedłem więc, żeby do nich dołączyć, i zastałem hordę pijanych osób bawiących się wybornie. Żałowałem swojego przyjścia od pierwszej sekundy. Pobiegłem po rozwodnione piwo, którego nie piję na co dzień, zresztą, jak wiesz, ja alkoholu nie pijam. Pomyślałem jednak, że sytuacja jest tak beznadziejna, że nie zniosę tego na trzeźwo, i w akcie desperackiej unifikacji uraczyłem się nim. Leciałem jedno za drugim, by upić się z żalu. Po paru miesiącach niewidzenia się Roma zasypała mnie informacjami o swoich projektach, które będzie w najbliższych miesiącach realizowała. Prawdziwy dramat, ona jest taka infantylna. Po prawej stronie siedziała Aurelia i ona w pewnym momencie odwróciła się do mnie. Cóż, była ciekawa, wszyscy są ciekawi. Nie zrealizowałem jeszcze żadnego projektu, ale wszyscy wierzą, że jeśli ktoś ma zrealizować Wielki Projekt, to tą osobą jestem ja. No, owszem. Zaczęła zadawać pytania, podpuszczać mnie, chciała dowiedzieć się o tym jak najwięcej. Była taaak przewidywalna! I jeszcze reszta znajomych, Norbert, Klara i ich pijackie żarty. Zgroza! Wolałbym więc, żebyś nie wspominał im o naszym spotkaniu. Po prostu nie chcę im dawać nadziei, niech nie roją sobie, że jeszcze kiedyś się zobaczymy. Ech, powoli staję się mistrzem redukcji zbędnych znajomości.

Rysunek, długopis na papierze, 10,5x14,8 cm

Kostek pomyślał z przerażeniem, czy aby nie jest to aluzja puszczona w jego stronę. Koniec znajomości z Ludwikiem pogrążyłaby go. To Ludwik konstytuował istnienie Kostka. Wiadomo — Kostek miał pozycję, miał za sobą dobre projekty, dobre recenzje, ale tak naprawdę ta drobnica była nic nie warta wobec Wielkiego Projektu. Kostek chłonął wszystko, co mówił i o czym milczał Ludwik. Każdy gest. Splunięcie. Opuszczenie przez Ludwika zdawało mu się końcem, utknięciem na wieki w zwykłych projektach. A przecież nawet gdyby to utknięcie było już i tak przesądzone, Kostek — znając Ludwika — znajdowałby się przynajmniej w gronie osób najbliższych twórcy Wielkiego Projektu. A to już coś.

— Wszystko zostaje między nami, nie obawiaj się, wiesz, że myślę w ten sam sposób o Romie i reszcie. Aurelii nie uchronią nawet świetne recenzje na temat moich projektów, bo co mi z takiej dobrej krytyki? Jedyne, co zyskuję, to aplauz tych, którzy nie mają znaczenia — skłamał Kostek, bo pierwsze, co chciał zrobić, to powiedzieć Romie, Norbertowi, Klarze i Aurelii o Wielkim Projekcie Ludwika.

— Oj, co za pesymizm z twoich ust. Nie poznaję cię. Mówisz teraz moimi słowami, mało mi się podoba to zawłaszczanie. Jesteśmy indywidualistami, tak pracujemy, to nie spółdzielnia, taka specyfika. Wiesz, że takie zlewanie się, scalanie ludzkie, nie podoba mi się. Kostek, wróć do siebie, trochę więcej twojego naturalnego czaru i entuzjazmu, poproszę — skwitował Ludwik, widocznie ubawiony ustępliwym tonem Kostka. — Ulatniam się w atmosferę, teraz jestem niedostępny przez parę dni, tygodni może. Czekaj na mój telefon, proszę. — Ludwik wstał i energicznym ruchem odsunął krzesło.

Tym razem nie zostawił napiwku. Nie mógł sobie odmówić tej dyskretnej manifestacji niezadowolenia z jakości dzisiejszego espresso. Zaraz jednak przypomniał sobie, że ta kawa była mu całkowicie obojętna, w każdym razie — tak się zadeklarował Kostkowi. „Cóż, a więc kaprys. Życie trzeba ubogacać kaprysami, odstępstwami od normy. Gdyby nie kaprysy, byłoby nieznośne” — pomyślał. 

Rysunek, długopis na papierze, 10,5x14,8 cm, 2015
Rysunek, długopis na papierze, 10,5x14,8 cm, 2015

Kostek został sam. Zwykł tu czekać na znajomych do wieczora, chyba że akurat był w Indiach. Albo Angoli, bądź na Madagaskarze. Był teraz mocno zaangażowany w tematy postkolonializmu. Nie wyjeżdżał jednak na dniach nigdzie, więc czekał i nareszcie mógł swobodnie pić espresso. „Ludwikowi pewnie nie smakowało, ale on nie zajmowałby się komentowaniem smaku jakiejś tam kawy” — pomyślał. Kostek podziwiał go za to. Wiedział jednak, że sam musi włożyć wiele pracy w to, by umieć w tak naturalny sposób gardzić doznaniami, jakich dostarczają zmysły. Podczas bowiem gdy Ludwik był nienaruszalnym autonomicznym bytem, Kostek próbował być jak Ludwik, chciał się w niego przeistoczyć. Ale Ludwik był tylko jeden. Kostek mógł najwyżej myśleć tak jak on, myśleć Ludwikiem, ale za każdym razem, gdy mu się to udawało, nie zauważał tego, tak bardzo już Ludwikiem był. A przecież gdyby tylko wiedział, że myśli Ludwikiem, wysoce by mu to schlebiało. Kostek myślał Ludwikiem zawsze, kiedy zostawał sam, a zwłaszcza kiedy zostawał sam po spotkaniu z nim. Była jeszcze przy nim wtedy jego aura. Odtwarzał w głowie krytyczne i zjadliwe uwagi zasłyszane od Ludwika, który, jak mu się wydawało, jako jedyny miał odwagę głosić takie poglądy. Prawdziwe. Niewygodne i niemiłe. Miał umysł, który tę prawdę dostrzegał. On — Kostek — by tego nie dostrzegł. Dla niego wszystko było optymistyczne, przynajmniej od czasu dziędzierzawy. „Na szczęście mam Ludwika” — pomyślał. „Inaczej bym w tym ugrzązł po uszy”.

Na Placu wszystko było jak zwykle. Kostek siedział pod filarem, pił kolejne espresso i przegryzał je croissantem. Raz na jakiś czas ktoś znajomy przemykał chodnikiem, ale z poszanowaniem własnego czasu, przez co nie zatrzymywał się przy stoliku Kostka, nie dosiadał się. Machał tylko z oddali, idąc przed siebie, bądź przysiadał przy innym stoliku i rozkładał laptopa. Na kaprys swobody mógł sobie pozwolić tylko Ludwik, który rzadko tutaj bywał, a którego obecności pragnęli wszyscy. Ludwik pojawiał się, kiedy chciał, i to on decydował, kto będzie z nim rozmawiał.

Kostek przestawał być Ludwikiem, a zaczynał być prawdziwie sobą dopiero z innymi — Romą, Norbertem, Klarą. Z lekkością porzucał wtedy ostrą soczewkę Ludwika, bezlitośnie obnażającą hipokryzję naszych czasów. Starając się przetrwać czas do przyjścia znajomych, oddał się więc myśleniu o niedawno poznanej młodej poetce Sarze. Dosłownie parę dni temu, gdy siedział tu wieczorem, ze wszystkimi, tak jak zwykle, Sara pojawiła się, pytając, czy ma papierosa. Szybko wywiązała się rozmowa. Kostkowi spodobało się, że nazwała go swoim Prometeuszem. Zaiskrzyło. Przy kolejnym papierosie i piwie otworzyła się, mówiąc o depresji, która zżarła jej ostatni rok, lecz stała się motorem jej poezji. Kostek kwestionował autoterapeutyczny sens sztuki, ale Sara była, w gruncie rzeczy, śliczna.

Rysunek, długopis na papierze, 10,5x14,8 cm, 2015

— Hej, hej, jesteście! — Kostek podskoczył radośnie, widząc nadchodzących Romę, Norberta i Klarę.

— Chodź na schodki, nie będziemy się tu tak kisić — zawołała Roma. — Skoczymy tylko po piwo i widzimy się na schodkach.

Roma była wysoka, proporcjonalna, miała piękną, klasyczną, smukłą twarz i gęstwinę utapirowanych włosów. Ubierała się skąpo i ekstrawagancko. Na mieście słychać było głosy, że to dzięki aparycji udało się jej zrealizować dużą liczbę projektów. Przyszłe lata też miała zaplanowane, co do dnia. W przerwach pomiędzy intensywną pracą nad projektami udawało jej się jednak wyskoczyć na miasto. Właściwie codziennie widziano ją na Placu i zastanawiano się, jak ona to wszystko ogarnia. Czy ona w ogóle sypia?

— Widziałem się dzisiaj z Ludwikiem — rzucił Kostek, kiedy znajomi wrócili z piwem.

— Zdziwiłam się ostatnio, że przyszedł po moim esemesie. — Roma wyciągnęła długie nogi. — Co on teraz robi? Nad czym pracuje?

— Mówił, że jutro spotyka się z Adamem. Ma przedstawić mu Wielki Projekt — kontynuował Kostek.

— Co? — zapytała Roma z ciekawością podszytą zawiścią. — Ale wiesz coś więcej? Wiesz, co to będzie? Kiedy będzie to robił? — wyrzuciła z siebie serię pytań.

— Nic nie mówił, wiecie, że on nic nie mówi, no tylko to, że idzie do Adama z Wielkim Projektem… Pracowałem parę razy z Adamem, sam jestem ciekaw, ale od niego też nic nie wyciągnę, jest megadyskretny.

— No nic. Ja teraz pracuję nad projektem w Krakowie, potem Poznań i chyba, ale to jeszcze niepewne, coś za granicą. — Roma zdawała się tracić zainteresowanie Ludwikiem z każdym kolejnym łykiem piwa.

— Ale seks rozczarowuje — rzucił Norbert.

— Ja mam inne doświadczenia. — Klara spojrzała gdzieś w bok.

— No, ja mam tyle pracy, ze czternaście godzin na dobę, a to dopiero początek. Chciałabym trochę pożyć, a będę musiała pracować dwa razy więcej, jeśli będę miała dodatkowo ten projekt za granicą — ubolewała nad swoim losem Roma.

Rysunek, długopis na papierze, 10,5x14,8 cm
Rysunek, długopis na papierze, 10,5x14,8 cm

— Powinnaś się raczej cieszyć z dobrej prosperity. Jeśli tego nie podtrzymasz, może się skończyć. Widzę sam po sobie, telefon na razie milczy, a sam z siebie nie polecę do Majotty, muszę mieć gwarancję realizacji mojej pracy, przynajmniej zwrotu kosztów. Ech, mogłem podpisać umowę na parę realizacji naraz, a nie na pojedyncze. Boże, narzekam… Roma, to przez ciebie. Wiesz, że to nie w moim stylu… — Kostek się roześmiał.

— Jesteś dosyć blisko Ludwika. Jaki on jest? — zapytała Klara. — Znam go tylko z waszych opowiadań. To znaczy czasami go gdzieś mijałam, ostatnio z nami siedział, ale nigdy z nim nie rozmawiałam.

— Ludwik? Wycofany, spokojny. Ten jego spokój nieraz mnie mocno zastanawiał. W sensie… Nie udziela się, nie realizuje projektów, tylko od razu chce być twórcą Wielkiego Projektu. Ale wierzę…

— W co?

— No, że jemu może się udać.

„Osobliwe figury” — pomyślał Ludwik, patrząc w górę. Z lekka nerwowo zaczął poprawiać swój szalik, nie znosił spotkań zawodowych, w ogóle nie znosił jakichkolwiek spotkań. Myśl o tym, że musi kogokolwiek przekonywać i opowiadać o swoich zamiarach, sprawiała mu przykrość. Niestety, musiał z kimś współpracować, by zrealizować Wielki Projekt. Pocieszała go jedynie myśl, że będzie współpracować z najważniejszą osobą. Wyżej być nie mogło. Jeśli nie Adam, to nikt — co również pozostawiało Ludwika w poczuciu bezsensu. Bo skoro wyżej się nie da, to co dalej?

Rysunek, długopis na papierze, 10,5x14,8 cm, 2015

Jedyną możliwością było stworzenie Wielkiego Projektu. Wszyscy rozdrabniali się na zwykłe projekty, żeby jakoś utrzymać się na powierzchni, ale on w tej ich powierzchni widział tylko bagno desperatów. Zdawał sobie sprawę, że jeśli zrealizuje Wielki Projekt, to — cóż — będzie koniec, ale za to jaki! To właśnie on zrobi to, co chcą zrobić wszyscy, bo to właśnie on jest głosem swoich czasów, a jeśli tak się stanie, to ma szansę nie rozpłynąć się na kartach historii, ma szansę zostać tam pośród innych martwych przyjaciół, elity, wreszcie jakiejś prawdziwej, jedynej i niepodważalnej elity.

— Witaj, Ludwiku. — Adam wyciągnął dłoń.

— Witaj. — Mimo wielu wątpliwości Ludwik cieszył się ze spotkania z Adamem. Była to jedyna osoba, której inteligencję i maniery darzył szacunkiem.

— Słabo wyglądasz. Może więcej słońca albo zjedz coś. Tak, powinieneś coś zjeść, wszystko na mój koszt — powiedział z troską Adam. — Widzisz, musisz się nauczyć przebywać z ludźmi, inaczej patrzeć, reagować. Bo to, to… — wykonał nieokreślony ruch ręką w stronę Ludwika — bardzo utrudnia… Ci, którzy potrafią przebywać z ludźmi, niezależnie od inteligencji, wygrywają. Nadświadomość nie pomaga, granica jest cienka, a za dziesięć lat może być słabo. Przypomnij mi, ile masz lat?

— Dwadzieścia pięć — odpowiedział Ludwik.

— Widzisz, za dziesięć lat będzie z tobą tylko gorzej. Okej, co dla ciebie? Lampka wina, makaron? Musisz coś zjeść.

— Nie jestem głodny, dziękuję.

— Zrób to ze zdrowego rozsądku, trzeba coś jeść i pić, czasami wypada też się bawić. Naucz się tego, dobrze ci radzę.

— Dobrze, niech będzie makaron i wino.

Kelner przyjął zamówienie, zapadła cisza. Trudno powiedzieć, czy nerwowa, czy zbawienna. Metalowy stolik lekko się chybotał.

— Wiesz, w Berlinie czy Amsterdamie to byłoby niedopuszczalne. Gdzie nie pójdę w Warszawie, wszędzie chybotliwe stoliki. Chodzę po najlepszych restauracjach w tym mieście, nie chcę nawet myśleć, jak jest w jadłodajniach. Przynajmniej mają tu dobre wino, makarony też nie są przesadzone. Polacy niestety nie potrafią przyrządzać makaronu, za dużo do niego dodają. Sednem kuchni włoskiej jest trafiona prostota. A u nas wszystko przesadzone. Proste rozwiązania są nam nieznane.

Adam ostatnie trzydzieści lat z przerwami mieszkał za granicą i na stare lata postanowił wykorzystać kontakty, na które ciężko pracował, i przejąć kontrolę nad dającą bezpieczeństwo i perspektywy Instytucją w kraju. Od tej pory to on decydował o międzynarodowych karierach, więc jeśli nie pracowałeś z Adamem albo przynajmniej nie miałeś perspektyw na pracę z nim w przyszłości, oznaczało, że jesteś nikim.

Rysunek, długopis na papierze, 10,5x14,8 cm
Rysunek, długopis na papierze, 10,5x14,8 cm

— Co masz dla mnie? — zapytał znacząco Adam.

— Chciałbym, żebyś pomógł mi zrealizować Wielki Projekt — odpowiedział Ludwik.

— Słuchaj, nie jestem pewien, czy teraz jest na to dobry czas. Jestem przekonany, że jesteś w stanie to zrobić, że to masz, bo złapałeś ogólny sens, ale ja realizuję teraz inne projekty. Wiesz, przyszłe lata są potwornie nabite, nie ma wolnego dnia. Gdybyś powiedział mi o tym wcześniej, przynajmniej rok temu… Obawiam się, że zmarnowałeś ten czas i teraz będziesz musiał zaczekać co najmniej dwa lata. Ale, spokojnie, wrócimy wtedy do tej rozmowy. — Adam skończył mówić, a kelner postawił przed nimi tacę z winem.

— Dziękuję. — Ludwik skinął na kelnera i niewzruszony odpowiedzią Adama, upił trochę z kieliszka. — Nie zależy mi na czasie. Może nawet lepiej, żebyśmy porozmawiali o tym za dwa lata.

— To źle, że nie zależy ci na czasie. Nie rozumiem twojego spokoju, skoro twierdzisz, że jesteś tak blisko. Oczekiwałem z twojej strony większego zaangażowania. Chyba wiesz, jak małej liczbie osób poświęcam swój czas. Rozmawiałem z tysiącem tobie podobnych przez mejle, ale to z tobą tutaj siedzę. A może się pomyliłem?


Anna Sudoł, Projekt (fragment)

Korporacja Ha!art, Kraków 2020

Projekt okładki: Bolesław Chromry

Ilustracje autorstwa Anny Sudoł