tagi — Tobiasz Jędrak   

Tobiasz Jędrak To by mogło być tak

To by mogło być tak

To by mogło być tak. Niezrealizowane i nierealizowalne prace z lat 2011–2018

 

 

1. Dzień dobry!
[z cyklu Pomysły na dyplom]

Od maja pracuję jako portier. I nie jest to, jak sądzą niektórzy, żadna fanaberia. Nie jest to również prywatny sukces, plan bowiem (i związany z nim sukces) był zupełnie inny – miałem być portierem w szkole, w której studiowałem, czyli w Uniwersytecie Artystycznym. Dlatego kilka razy zanosiłem tam swoje CV i nawet całkiem niezły list motywacyjny, pytałem, próbowałem, ogółem – starałem się o posadę. Byłem skłonny, gdyby udało się rozpocząć pracę jeszcze podczas studiów, uznać ją nie tylko za podstawowe zajęcie i źródło dochodu, ale również za pracę dyplomową. Chciałem argumentować, dlaczego swoje bycie portierem w Uniwersytecie Artystycznym postrzegam jako sztukę i byłem przekonany o słuszności własnych racji. Tak właśnie rozumowałem, taki był plan. 

Ale nie udało się. Nie udało się ani wówczas, ani później, gdy będąc już absolwentem, ale też po prostu osobą szukającą zatrudnienia, odbijałem się od ściany, którą niezmiennie chciała dla mnie być moja niegdysiejsza szkoła. Nie zaproszono mnie nawet na rozmowę tak zwaną kwalifikacyjną!

Świadom swojej porażki, z uśmiechem na twarzy chodzę do pracy w innym uniwersytecie. Jestem uprzejmy, służę pomocą i informacją. Wydaję magnetyczne karty dostępu i klucze potrzebne tam, gdzie karta nie wystarcza. Dbam, by przesyłki trafiały w odpowiednie ręce i sprawdzam, czy gdzieś nie leje się woda. W wolnych chwilach zajmuję się sztuką.

 

 

2. Szanowna Pani, proszę o wybaczenie
[z cyklu Sztuka megalomańska i mało realizowalna]

Uwieść Andę Rottenberg ze względu na jej coraz większe podobieństwo do Samuela Becketta w wieku dojrzałym. Nie zastanawiać się, czy ktokolwiek inny je dostrzega.

 

 

4. Odlew

Chodzi o to, by do wnętrza pustej galerii zaprosić możliwie dużo ludzi. Galeria składa się z jednego dobrze wentylowanego pomieszczenia, a chętne osoby muszą być przygotowane na maksymalny ścisk i chwilową duchotę. Akcję prowadzi profesjonalny upychacz (jap. oshiya) na co dzień zatrudniony w tym samym charakterze w tokijskim metrze. Gdy uzna, że nikt więcej się nie zmieści, powinien drzwi galerii (zamykają się do wewnątrz) zamknąć na minutę, najwyżej dwie. Po tym czasie zgromadzeni ludzie mogą wyjść.

Ważne, żeby cała sytuacja była zabawą i żeby nikt nie ucierpiał. Niezbędna jest więc obecność ratowniczki medycznej.

Materią dzieła jest konkretna grupa ludzi. Dzieło istnieje, dopóki żyją wszystkie tworzące ją osoby. Ponieważ ich ostateczna ilość nie jest znana przed akcją, chętnych powinno być więcej niż wstępnie oszacowano.

 

 

5. Bez tytułu
[z cyklu Pomysły na dyplom]

Zwariować od pracy nad dyplomem i z tego powodu nie móc go zrobić, ale mieć pełną dokumentację medyczną i ją przedstawić jako dyplom.

Ważne, żeby orzeczenie lekarskie podpisane było przez uznanych lekarzy. Musi też być jasna zależność pomiędzy próbą zrobienia dyplomu a chorobą.

 

 

6. Utwór na dwóch wykonawców, ogródek i nieobecność pani dyrektor

Pod nieobecność Marii Anny Potockiej, szefowej krakowskiego Mocaku, włamać się do jej ogródka. Tam przez całą noc grillować i pić podłe wino. Plan wykonać z Janem Moszumańskim, jeśli wciąż jest zainteresowany. Po imprezie dokładnie posprzątać.

 

 

8. Bez tytułu (Błoto I)

Pomieszczenia galerii typu white cube są zalane błotem mniej więcej do wysokości pasa. Jest ich od trzech do pięciu, są ze sobą połączone, tworzą jeden ciąg. W żadnym nie ma drzwi ani okien.

Błoto ma konsystencję półpłynnej masy, jest bardzo gęste, ale nie zastyga. Z pewnym trudem można przez nie brnąć, a służą temu szczelne kombinezony zakładane na ubranie. Obsługa proponuje je wszystkim zwiedzającym, prosząc jednocześnie o niebrudzenie ścian. W pomieszczeniach nie ma nic poza błotem, wyjątkiem jest hall będący przedsionkiem galerii. To tam można założyć kombinezon lub poczekać na swoją kolej.

Pilnuje się, żeby liczba osób jednocześnie zwiedzających galerię nie przekraczała dziesięciu. Ze względów bezpieczeństwa podyktowanych głębokością błota, dzieci nie są wpuszczane, a na miejscu jest ratownik medyczny.

W miejscu drzwi oddzielających hall od pomieszczeń ekspozycyjnych znajduje się płyta spełniająca funkcję tamy. Jeśli chce się wejść do środka, należy wspiąć się po dostawionych do niej schodkach, a następnie po takich samych, ale zatopionych w błocie, zejść w dół.

 

 

9. Bez tytułu (Błoto II)

Galeria typu white cube, podobnie jak w pomyśle nr 8, zalana jest błotem do wysokości pasa. Jednak tym razem chodzi o parterową przestrzeń zaopatrzoną w okna pozwalające na zaglądanie z zewnątrz. Inaczej niż w wersji pierwotnej, nie można wchodzić do błota. Można natomiast stać w oknach lub w miejscu, gdzie drzwi do galerii zastąpiono przeźroczystą płytą spełniającą funkcję tamy.

W galerii nie ma nic poza błotem.

 

 

10. Słupy dla Jana Sohlego

Jan Sohle to aktywny na terenie Krakowa świecki pustelnik miejski. Przy pomocy podstawowych czynności: leżenia, stania i chodzenia, a także z zupełnym pominięciem pozycji siedzącej, Sohle spędza czas w/na najróżniejszych obiektach małej architektury, pustostanach i poprzemysłowych ruinach, traktując je w sposób zbliżony do tego, w jaki eremici traktowali swoje pustelnie czy słupnicy zamieszkiwane przez siebie słupy. Jako że wszystko odbywa się poza kontekstem religii, trudno stwierdzić, co jest celem ascezy i anachorezy Sohlego, wiadomo jednak, że jego codzienna aktywność wiąże się nie z jednym, a z całym zbiorem miejsc, w których i pomiędzy którymi mężczyzna przebywa. Wiadomo, że miejsca, choć ulokowane w mieście lub jego najbliższych okolicach, znajdują się na uboczu, z dala od ludzi, w ramach miejskich przestrzeni pomiędzy, nigdzie, gdzie indziej. Wiadomo również, choćby ze słów samego Sohlego, że jego pustelnicza praktyka trwa nieprzerwanie od lat 80. Doczekała się zresztą paru opracowań teoretycznych i artystycznych. Prezentowane poniżej prace należą do cyklu Słupy dla Jana Sohlego i są opisami budowli, które, jako niezrealizowane, stanowić mogą wyobrażone miejsca, w których przebywa wzorowana na Sohlem, fikcyjna postać o tym samym nazwisku.

 

Słup w modrzewiowym lesie

Słup w modrzewiowym lesie, niewiele niższy od najwyższych drzew.
Leżenie na słupie jeszcze w lesie, stanie już ponad, a siedzenie nie wchodzi w rachubę.

 

Wysoka na piętnaście metrów drabina

Wysoka na piętnaście metrów drabina pionowo wyrasta z ziemi. W połowie drabiny okalająca ją prostokątna platforma, a w niej dwa włazy, by dało się przejść z każdej strony. Tyle, nic więcej – drabina do trwania, platforma do odpoczynku.

 

Słup raz w wodzie, raz nie

Słup w wodzie, Jan na nim, a reszta nie bierze udziału. Słup blisko wody, znów w wodzie, znów blisko. Jan od czterech tygodni na nim, a reszta nie bierze udziału. Z wyjątkiem horyzontu, tej prawie prostej kreski, która bierze udział zawsze, oraz człowieka, który przyszedł żeby poprzeszkadzać.

Człowiek, który przyszedł żeby poprzeszkadzać, stoi pod słupem i wpatruje się w kreskę. Po chwili zadziera głowę i krzyczy do Jana. Krzyczy, że jego słup jest na tyle wysoki, że Jan mógłby zobaczyć nadpływający statek wcześniej niż on, który stoi znacznie niżej i że to dowodzi, że świat jest kulą.

Słup blisko wody, Jan na nim, pod nim człowiek. Odejdzie dopiero, gdy usłyszy, że to nie kula, i że nie trzeba słupa by tego dowieść. Że już sam głaz, który leży koło niego i sięga mu do pasa, jest dowodem na to, że świat to nie kula. Ani, jak chcą niektórzy, spłaszczona, ani żadna inna. Że nigdy żadnej kuli, nigdy nawet szans na nią. Tak samo jak na prostą kreskę i statek w tym miejscu.

Słup raz w wodzie, raz nie, Jan na nim, a reszta nie bierze udziału.

 

 

13. C4

C4 to nietypowa platforma wystawiennicza. Można ją postrzegać jako galerię nieposiadającą stałej przestrzeni i materializującą się tu i ówdzie. Zasada jej działania jest bardo prosta: prace składające się na dany pokaz muszą zmieścić się w kopercie formatu C4 (229 × 324 mm) czyli w standardowej kopercie na arkusz A4, co nie znaczy, że muszą być płaskie. By wystawa-instant stała się faktem, wystarczy je wyciągnąć i rozłożyć. W środku może też znajdować się instrukcja dotycząca konkretnego sposobu ich ekspozycji.

Wystawy istnieją w jednym egzemplarzu lub w nakładzie od 100 do 1000 sztuk. W pierwszym wariancie osoba reprezentująca załogę C4, kurator/ka, autor/ka lub ktoś specjalnie zatrudniony, przez miesiąc osobiście spotyka się ze wszystkimi zainteresowanymi, by prezentować zawartość koperty, a sam sposób prezentacji bywa częścią wystawy. Drugi wariant wymaga, by koperty były dostępne w rozmaitych punktach takich jak galerie, księgarnie i kawiarnie. To z nich każdy może zabrać swój własny egzemplarz i cieszyć się wystawą w dowolnym miejscu i czasie.

C4 kontynuuje linię wystawienniczą nakreśloną choćby przez The Xerox Book – kuratorowaną przez Setha Siegelauba pierwszą wystawę w postaci książki, galerię A4 – autorską galerię Andrzeja Pierzgalskiego w formie kartki A4, galerię 80 × 140 Jerzego Trelińskiego czy prowadzoną przez Łukasza Gorczycę galerię w formie pudełka po butach.

 

 

17. Słońce poza kadrem

Przez cały rok 2013 jeden z pokojów mojego mieszkania był przerobiony na ciemnię optyczną (camera obscura). Ponieważ nie używałem wówczas soczewek, otwór, przez który wpadało światło, musiał być niewielki i w pomieszczeniu było dość ciemno. Niemniej postanowiłem zrobić w nim zdjęcie aparatem otworkowym, używając niskoczułego materiału fotograficznego z lat 70. Uwzględniając parametry aparatu, czułość i przeterminowanie filmu oraz właściwy mu efekt Schwarzschilda, a także średnią roczną ilość światła w pomieszczeniu (nie mam dziś pojęcia, jak do niej doszedłem!) obliczyłem, że naświetlanie zdjęcia powinno trwać 23 lata. Skłonny jestem założyć, że pomyliłem się o trzy, cztery lata w tę czy we w tę, ale ewentualny błąd ekspozycji mieszczący się w podanym przedziale nie miałby większego znaczenia dla zdjęcia.

Oczywiście przez cały czas należałoby nie włączać w tym pomieszczeniu lampy, a na dobrą sprawę zupełnie go nie używać i nawet nie otwierać drzwi…

 

 

20. Cztery dni, cztery spacery po centrum
[z cykli Spacery w pojedynkęSpacery paranoiczne]

  1. Chodzę, jakbym kogoś śledził, ale nie śledzę nikogo.
  2. Chodzę, jakbym był śledzony, ale najprawdopodobniej nie jestem śledzony.
  3. Chodzę, jakbym kogoś śledził i jednocześnie był śledzony, ale nikogo nie śledzę i najprawdopodobniej nie jestem śledzony.
  4. Zostaję w domu.

[praca uznana za niewykonaną ze względu na niezadowalające rezultaty spaceru z dnia trzeciego]

 

 

21. Bez tytułu
[z cyklu Spacery proszone]

Kilka lat temu dotarła do mnie w formie plotki niesamowita informacja, jej prawdziwości do dziś z resztą nie sprawdziłem. Powiedziano mi, że córka artysty Romana Signera razem ze swoim chłopakiem jeździ samochodem przez Stany Zjednoczone, goniąc chmury. Znaczy to, że wybierają chmurę i jadą za nią dopóki mogą, dopóki któraś z dostępnych dróg wiedzie w odpowiednią stronę, dopóki rzeczona chmura nie ucieknie im, nie rozpłynie się w powietrzu lub nie połączy z inną, przestając być sobą.

Bardzo przepraszam, ale nie wiem, jak nazywa się córka Signera. Nie wiem, czy faktycznie goniła kiedyś chmury. Nie wiem nawet, czy naprawdę istnieje i czy wciąż ma chłopaka. Niemniej chciałbym zrobić następującą rzecz: poznać ją przez zupełny przypadek i, nie zdradzając szczegółów, namówić na spacer, który byłby rodzajem podziękowania lub hołdu. Chodzi, a jakże, o spacer odbywający się w warunkach opisanych dokładnie w punkcie 25.

Moglibyśmy się jeszcze trochę poprzytulać.

 

 

22. Życiówka
[z cyklu Pomysły dla galerii Miłość; miesięczny performance, miejsce: kluby w Toruniu, ulice centrum, klatka schodowa i podwórko przy galerii Miłość]

W knajpie zaczepia cię dość dziwny, pijany typ. Wygląda, jakby nie trzeźwiał od wielu dni. Ale nie jest żulem, tak ci się przynajmniej zdaje. Jest natomiast inwazyjny i nie odpuszcza. Bardzo szybko oznajmia, że zajmuje się sztuką i że tu, w Toruniu, właśnie trwa jego wystawa. Mówi, że nie chce pieniędzy ani wódki, że ma za co pić. Tu niedaleko mam wystawę – powtarza się, wymachując portfelem i zaczyna opowiadać o swojej wystawie, a ty przez grzeczność wciąż potakujesz. Mało w jego relacji skromności i mało konkretów. W gruncie rzeczy to zwykły bełkot. Że superkonceptualne i emocjonalne jednocześnie, że to taki analityczny romantyzm, że koniecznie musisz zobaczyć, że to, noż kurwa, wystawa jego życia. Nie wierzysz? Nie wierzysz, że mam wystawę? Sprawdź na stronie galerii. No dawaj, wpisuj w telefon.

Sytuacja jest kiepska, żałosny typ za wszelką cenę chce ci udowodnić, że ma wystawę w galerii, której nazwa nic ci nie mówi, a nawet jeśli mówi, nawet jeśli znasz ją i czasem odwiedzasz, to co? Co w związku z tym? Ale brniesz w tę żenadę i nienawidzisz się za to. Mówisz, że mu wierzysz, oczywiście. A nawet, udając zainteresowanie, wpisujesz w przeglądarkę zbyt wyraźnie dyktowany adres. Tyle że strona nie działa i facebook galerii też nie, bo wyskakuje jakiś błąd, a on, ten pijany artysta, nieco zakłopotany twierdzi, że dzień wcześniej wszystko było okej i nie wie, o co chodzi, ale że jak coś, to on ma klucze i chętnie ci pokaże swoją wystawę, że możecie iść, jak tylko wypijecie, że to tuż obok, dwie minuty stąd, że świetna wystawa, świetna galeria, że właśnie dzisiaj musisz sobie zrobić ten fantastyczny prezent. Ale ty wiesz, że już wystarczy. Przy pomocy pierwszej lepszej ściemy ucinasz sprawę. Nie masz przecież zamiaru gdziekolwiek wychodzić z najebanym typem zapluwającym się na temat jakiejś wystawy. Zwłaszcza, że on już zaczepia kolejną osobę.

Gdyby jednak zechciało ci się z nim pójść, okazałoby się, że klucze nie działają albo że on nie może ich znaleźć, że bardzo cię przeprasza, bo chyba je, noż kurwa, zgubił, że zadzwoni do właścicieli, którzy mają drugi komplet, że powinni być bardzo blisko, że wszystko będzie okej, tylko daj mu zadzwonić, bo telefon mu się rozładował. I ty, wyobraź sobie, nawet dajesz mu swój telefon i on z jakieś zmęczonej kartki spisuje numer i dzwoni, i stoicie pod drzwiami, a on dzwoni i dzwoni, i właściciele nie odbierają, a on dzwoni raz jeszcze i jeszcze, i oni wciąż nie odbierają, a on wciąż dzwoni bez skutku i nic już nie da się zrobić, a on cię przeprasza, przeprasza bardzo, najbardziej, przeprasza i obiecuje, że następnego dnia, że koniecznie, że musicie się umówić, że on ci to wynagrodzi, że zrobi specjalne autorskie oprowadzanie, a później pójdziecie do knajpy i będziecie pić, pić, rzecz jasna, za jego pieniądze, za pieniądze z jego wystawy, wystawy, którą koniecznie, koniecznie musisz zobaczyć.

 

 

23. Dyplom razy czternaście
[z cyklu Pomysły na dyplom]

Podczas obrony oznajmiam, że od paru lat wymyślam na zamówienie koncepcje prac dyplomowych. Że w wyniku tej praktyki w polskich uczelniach artystycznych powstało trzynaście dyplomów i że ten fakt ma stanowić moją własną pracę dyplomową. Nadmieniam, że moje usługi są płatne i zarobiłem w ten sposób 11 650 złotych. Rzecz jednak w tym, że nic z tego, co mówię, nie da się udowodnić i relacja, która okazuje się jedynym przedmiotem dyplomu, staje się mętna. O ile początek jest po prostu bezczelny, ciąg dalszy robi się coraz bardziej niejasny, niewiarygodny, nawet żałosny. Jestem w stanie przypomnieć sobie trzy nazwiska osób, którym sprzedałem pomysł pracy praktycznej i jeden tytuł, ale niepełny. Po chwili ciszy przypominam sobie jeszcze jedną osobę, powtarzam: „Łukasz… Łukasz… syn byłego dziekana” i oczywiście nie pamiętam, jak brzmi jego nazwisko. Wyciągam z plastikowej reklamówki gruby plik najróżniejszych kartek, a część rozsypuje się na podłogę. Próbuję w nich coś odszukać, mówię, że chodzi o mapę do dyplomu dziewczyny z Wrocławia, ale ostatecznie nie znajduję jej. Zaczynam opowiadać o mapie i samej pracy, tyle że nic nie można z tego zrozumieć. Kilka razy powtarzam: „wycieczka zakładowa”, zacinam się na tym sformułowaniu. Później jest jeszcze gorzej, komisja stara się z tego wybrnąć, padają pytania o jakiekolwiek dowody na moją pracę. Jeden bardzo miły profesor mówi, że porozmawiamy o mojej praktyce jako dziele sztuki i że pokazując, iż jestem świadomy tego, co robię, będę musiał umiejętnie osadzić swoją pracę w tradycji artystycznej, ale najpierw konieczne są jakieś ślady mojej działalności, bo bez nich nie możemy iść dalej. Wtedy znów zaczynam szukać czegoś w rozsypanych kartkach. Powtarzam: „To tu było, jestem pewien…”. Widzę kątem oka, jak mój bordowy ze wstydu promotor opuszcza salę, a jeden facet, chyba z Rzeźby, wstaje i wydobywa z siebie gardłowe: „Pan nas robi w balona, pan sobie żarty stroi, dość tego!”. Ja na to, że wcale nie i że od czterech lat wymyślam za pieniądze dyplomy wszystkim chętnym. A także, że oczywiście to tylko pomysły, ale że w przypadku prac w tak dużym stopniu konceptualnych pomysł jest w zasadzie większością sprawy, nie tylko punktem wyjścia, ale trzonem, bazą, podstawą. Tę myśl wypowiadam na tyle składnie, że w ludziach – widzę to wyraźnie – rodzi się nadzieja, że coś uda się ze mnie wyciągnąć, że, sam nie wiem, pokażę wydrukowane mejle, potwierdzenia przelewów, spisy pomysłów. Albo, że zaprezentuję dokumentację wymyślonych przez siebie prac, opowiem o założeniach, zrobię cokolwiek, by komisja mogła dać mi pozytywną ocenę i mieć kłopot z głowy. Ale oczywiście to się nie dzieje i się nie stanie. Dalej będzie już tylko gorzej, będzie tylko dukanie i wzrok na przemian rozlatany, na przemian wbity w ziemię. Będą kolejne próby wyciągnięcia ze mnie czegokolwiek, kolejne próby przestraszenia mnie regulaminem, kolejne „Pan sobie robi żarty z poważnej instytucji!”. W końcu, po informacji, że nie sposób pozytywnie ocenić moją dyplomową prezentację, ludzie zaczną wychodzić, a ja w amoku będę biegał po sali krzycząc: „Moje, kurwa, mojeee!… ”.

 

 

24. Załatwianie potrzeb fizjologicznych w Poznaniu ul. Stary Rynek budynek Arsenału art. 145 KW

1 marca 2016 roku dostałem mandat za sikanie na poznański Arsenał. Ponieważ od dawna uważam, że mandat jest świetną dokumentacją akcji (nawet jeśli chodzi o pijacki wybryk), ustaliłem z funkcjonariuszem, że napisze, jakie dokładnie było moje wykroczenie. Tytuł mandatu, a więc także pracy, którą on dokumentuje, brzmi: „Załatwianie potrzeb fizjologicznych w Poznaniu ul. Stary Rynek budynek Arsenału art. 145 KW”.

Mandat miałem sprzedać koledze, ale w końcu do tego nie doszło (Drogi kolego, przepraszam Cię najmocniej!). Uznałem bowiem, że jego miejsce jest tam, gdzie został wypisany. Oddam go więc galerii Arsenał, jeśli oczywiście jej dyrektor zechce mój prezent przyjąć, zaś fakt jego przekazania będę traktował jako część pracy. Przyznam, że raz na czas jakiś chochlik podszeptuje mi, bym próbował go nie tyle oddać, co sprzedać i że moja praca byłaby wówczas znacznie lepsza, ale, oporny na podszepty, trzymam się wersji własnej.

Gdybym kiedyś stęsknił się za mandatem, co nie wydaje mi się bardzo prawdopodobne, zawsze mogę w ten sam sposób pozyskać kolejny i, jakby zaszła potrzeba, kolejny i kolejny. Problem jednak w tym, że coraz rzadziej bywam pijany, a galeria Arsenał to dziś miejsce inne niż wówczas.

 

 

25. Spacer z chmurą
[z cyklu Spacery w pojedynkę]

Ten spacer od innych odróżnia nietypowa aura podyktowana nietypową sytuacją – jedna jedyna chmura wędruje po niebie bardzo powoli, przez cały dzień nieustannie zasłaniając mi słońce. Obiekty są niemal zupełnie pozbawione swoich cieni, choć niebo, z wyjątkiem tej jednej gęstej chmurki, jest czyste, prawie granatowe. Aura jest na tyle nieznana i dziwaczna, że chodzeniu towarzyszy szczególne podniecenie. W dodatku nie sposób się go pozbyć.

Sytuacja ma charakter wyjątku, nie powinna mieć miejsca więcej niż ten jeden raz. Chyba, że nadarzy się okazja opisana w punkcie 21.

[Opisane warunki nie wynikają, jakby się mogło zdawać, jedynie z obrotu Ziemi (a więc również atmosfery) wokół własnej osi. By chmura mogła przesuwać się zgodnie z pozorną wędrówką Słońca, potrzebna jest, choćby w związku z siłą Coriolisa, a także z ciągłym ruchem obserwatora, drobna korekcja wprowadzana przez wiatr.]

 

 

30. Fluuxuuus! Utwór na jednego wykonawcę
[z Dawidem Misiornym]

Wraz z Misiornym wymyśliliśmy kiedyś, co nas zresztą bawi do dzisiaj, następującą sytuację – pod oknami Jarosława Kozłowskiego, nestora polskiej sztuki konceptualnej, przytruty, ale wciąż pełen wigoru żul krzyczy: „FLUXUS!… FLUUXUUUS!!!… FLUUXUUUUS!!!……”.

Nie sposób zrealizować tę pracę, nie traktując wykonawcy w sposób instrumentalny, a jako że w jej opisie pojawia się słowo „żul”, również stygmatyzujący. Można natomiast, bez niczyjej krzywdy, doskonale ją sobie wyobrazić.

 

 


Teksty pochodzą z wystawy To by mogło być tak, galeria 9/10, kurator: Wojciech Didkowski, luty 2019.