tagi — Marcin Pietrucin   

Marcin Pietrucin Bon voyage

Bon voyage
fot. Marcin Pietrucin

 

Spis treści

  1. Wstąp
  2. I co dalej?
  3. oszaleć.
  4. Bon voyage

Wstąp

Zawsze chciałem być Indianą Jonesem. Nie chodzi mi tu o imperialistyczne zapędy, zawłaszczenia kulturowe czy o tłuczenie się z nazistami. Czasem po prostu przydałoby się przelecieć nad problematycznymi fragmentami życia, jak to często robił Indiana na swoim biczu. W moim arsenale miałbym też rewolwer, ale nie używałbym go nigdy. No, chyba że ktoś popisywałby się za bardzo swoją szabelką. Najbardziej w tym wszystkim pociąga mnie jednak przygoda, odkrycia i oczywiście rytmiczny motyw muzyczny – pojawiający się na początku nowej, nadchodzącej przygody godnej soundtracku spod batuty Johna Williamsa. Pewnego rodzaju wolność manifestująca się jako życie na własnych zasadach. Gdyby nie notoryczny opór dr Jonesa wobec wytycznych systemu, wiele artefaktów, zamiast trafić do muzeum, skończyłoby na czarnym rynku handlu sztuką albo na pchlim targu z antykami, gdzie na zawsze mogłyby popaść w niepamięć, pochłonięte przez mgły historii. Albo kupione przez mojego ojca. 

To właśnie jemu zawdzięczam miłość do uniwersów George’a Lucasa, jazzu, innych dóbr kultury i westernów. Po nim mam zapewne również poczucie humoru, łatwość we wkręcaniu innych osób i zamiłowanie do dziwnych przedmiotów. Ta ostatnia cecha uaktywniła się u mnie w pełni dopiero na uczelni artystycznej, miejscu, w którym ludzie nierzadko są gotowi zapłacić 1500 euro za brzęczący LED po szyldzie z Biedronki (koniec końców kupiec się wycofał). Po studiach zakładamy razem spółkę: ojciec dostarcza towar, ja szukam nabywców. Żyłki do interesów mi nie przekazał, ale jest żywym przykładem oddania pasjom, które z uporem pielęgnuje. Widać, że poza pracą, w życiu dorosłym, człowiek także potrzebuje kolekcjonować znaczki, monety, modele samochodów osobowych z PRL-u, samochody ciężarowe z PRL-u, elementy mechanizmu ruchomego układu słonecznego w comiesięcznej prenumeracie, lampy olejowe i stare żeliwne żelazka. Z pracy – biura projektowego linii wysokiego napięcia – przynosi również osobliwe ready-made’y: kij z włókna szklanego, przełączniki wielkości czterech pięści, amperomierze z remontowanych elektrowni wodnych. Obiektów tak wiele, a cały dom mu galerią. W końcu nie starczyło już miejsca i część kolekcji przenieśliśmy do filii Galerii Pietrucin – szopy w ogrodzie. Niczym prawdziwy kurator, ojciec wywiera także silny wpływ na pasje mojej siostry i moje – wspiera i pielęgnuje nasze wszelkie zajawki, takie jak fotografia, film, granie na instrumentach czy kolekcjonowanie kart z piłkarzami. Zna egzystencjalną wagę hobby i lubi pchać nas w stronę ich ekstremalizacji, chyba nie chce być w tym sam. W konsekwencji po liceum zrekrutowałem się na archeologię na Uniwersytecie Warszawskim. 

Na jednym z pierwszych wykładów Wstępu do archeologii kierowniczka Instytutu opowiadała o tym, jak wygląda praca po studiach. W pewnym momencie prezentacji na ekranie zaczęły pojawiać się kultowe ujęcia z sagi o przygodach Indiany Jonesa, najsłynniejszego archeologa wszech czasów. Nie ukrywam, że się całkiem podekscytowałem. W końcu ktoś przywołał powód, dla którego się tam znalazłem. Ledwie zdążyłem się rozmarzyć, kiedy Indiana oderwał wzrok od złotego bożka, spojrzał mi prosto w oczy i oceniająco przemówił głosem profesorki:

– Jeśli ktoś myśli, że tak wygląda praca archeologa, to może teraz wyjść z sali.

Wyszedłem z sali. 

Zupełnie nie rozumiem, po co była ta pokazówka. Nie znoszę sytuacji, w których ktoś zderza rzeczywistość z mitem w tak wulgarnie bezpośredni sposób. Przecież oczywistym jest, że praca archeologa tak nie wygląda. Mimo wszystko na takim micie niesamowitych odkryć i skarbów wydartych historii można przebrnąć z zadowoleniem przez całe studia. Wyobrażam sobie, że działa to podobnie jak powołanie do seminarium. 

Wróciłem dopiero pół roku później, żeby podbić legitymację. Instytut Archeologii UW ma swoją siedzibę w budynku historycznej Szkoły Głównej, który wzbudził we mnie lekkie wątpliwości co do słuszności decyzji o odejściu.

 

zdj. 1

 

Zaprojektowany na planie prostokąta gmach z imitacją portyku przypomina świątynię antyczną. Przed wejściem stał potykacz z ówczesnym menu w cafe Sahara, któremu z góry, ze zdobionego tympanonu, przyglądał się Arystoteles wraz z uczniami. Akurat wtedy w ramach archeologicznej diety serwowano tosty z serem i gulasz afrykański. Klimat egzotycznej przygody potęgowały jeszcze wnętrza z ciemnymi drewnianymi podłogami, klatką schodową usłaną czerwonym tureckim dywanem oraz złote żyrandole z żarówkami przypominającymi świece. Idealne miejsce do rozpoczęcia przygody i stworzenia nowych mitów. Przesiąknięte tą samą energią, którą kierowniczka chciała mu odebrać. 

Rzeczywistość nie przejmuje się tym, jak ją opisujemy czy odbieramy w naszych głowach. Czymkolwiek ta rzeczywistość by nie była – jeśli ma być nudna, będzie nudna. Nie ma w tym niczego złego, to raczej moja osobista preferencja, że lubię ją na mniej nudno. Wydaje mi się, że nie jestem w tym osamotniony i jeszcze parę osób mogłoby się zgodzić, że nie ma co się ograniczać do tego, co przyziemne, normalne czy naturalne. To my wyznaczamy granice własnego zniewolenia, tego, czym staną się dla nas zwykłe wykopaliska czy papierkowa robota. 

Tak bym powiedział Pani Kierownik, na co pewnie by odparła, że to nie zmienia faktu, że ziemia jest ziemią a łopatka – łopatką.

– OKEJ!!!!1!

Przechodząc z łopatki z powrotem do bicza – nie brałbym oczywiście postaci Indiany Jonesa i związanego z nim fantazmatu bezkrytycznie, jako ostatecznej wykładni tego, czym jest wolność (jest on najzwyczajniej białasem z lat 80-tych napisanym przez białasów urodzonych w latach 40-tych) – tak samo, jak nie wyrzeźbilibyśmy Michała Wiśniewskiego jako symbolu wolności bez granic© tylko dlatego, że zaśpiewał swój ikoniczny utwór Keine Grenzen. Jest to jednak bardzo kusząca wizja z płytkim, aczkolwiek pociągającym morałem1 Pomysł powstał jeszcze przed jego skazaniem i serią odwołań, nadaje to jednak głębszego wymiaru całej idei. Ostrzegam – kiedyś może to jeszcze zrobię, ale raczej pod jakimś pseudonimem, bo się trochę cykam.. Iga, moja dziewczyna i zarazem autorka pomysłu, nałożyła na to potencjalne dzieło sztuki stygmę pracy zakazanej, o której nie wolno mi nawet myśleć. Pomysł ten wraca do mnie jednak notorycznie, ucieka z mojego głupiego klasztoru1 S. Wildstein, Klasztor głupiego myślenia, Disastra Publishing, Poznań 2024. i nawiedza mnie wieczorami.

W ogóle wydaje mi się, że dobrą Sztukę od złej odróżnia się trochę jakby językiem1 Piotr Bosacki, Drakula, 2011 – myślę, że trafnie jest tam przedstawione widzenie języka, przynajmniej tak sobie wyobrażam odczuwanie sztuki.. Z wiekiem kubki smakowe stopniowo zanikają i zaczyna się lubić oliwki, ser pleśniowy czy fotografię wielkoformatową. Średnio do dwudziestego roku życia liczebność receptorów smaku zmniejsza się z 10 000 do 2 000. W moim przypadku to by się zgadzało, bo mniej więcej w okolicach dziewiętnastych urodzin wykonałem swoją pierwszą fotografię wielkim formatem. Nie żałuję tego wcale, bo właśnie wtedy włoski wirtuoz ciemni, Federico Caponi1 Federico Caponi – urodzony w Toskanii w 1968, ukończył studia z filozofii na Uniwersytecie we Florencji. Fotograf i wykładowca technik analogowych. Prowadzi ciemnię Pracowni Wschodniej na warszawskiej Pradze. Od 2018 roku wykładowca technik ciemniowych i fotografii dokumentalnej w Akademii Fotografii w Warszawie., dostrzegł we mnie potencjał i zetknął mnie z nowym mitem – świata sztuki. Świata, który zawiera w sobie wszystko i wszystkich, sposobu przeżywania życia takim, jakim go sobie zbudujemy i określimy – albo wkręcimy. Pomimo już okrojonych możliwości smakowych dalej nie lubię wernisażowego wina, może na to jeszcze przyjdzie czas.

 

I co dalej?

Przychodząc do tej – artystycznej – uczelni, dysponowałem większą liczbą odpowiedzi, niż teraz, kiedy z niej wychodzę (na chwilę tylko, bo planuję wrócić na magisterkę, po kolejną dawkę ,,niewiedzy”). Przez trzy lata próbowałem różnych mediów fotograficznych, postfotograficznych, transfotograficznych i okołofotograficznych. Dowiedziałem się o kontrowersyjnej pierwszej fotografii – całunie turyńskim1 Prof. dr hab. Piotr Chojnacki wspomniał kiedyś o tym na jednej z obron prac dyplomowych, od tamtej pory nawiedza mnie ten wymysł.. Wtedy całe moje postrzeganie fotografii (a może już całunografii?) wywróciło się do góry nogami. W Lechu Lechowiczu1 Lechowicz, Historia fotografii Część 1. 1839 – 1939, PWSFT, Łódź 2012. nic na ten temat nie znalazłem, ale takie ulokowanie źródeł medium fotograficznego pasowałoby do narracji porównującej środowisko sztuki do religii, a jej wyznawców do akolitów, czy wręcz sekciarzy. Całunograficy odprawiają w ciemnościach rytuały naświetlania, by z kąpieli w alchemicznych roztworach  wyłonił się srebrowy obraz czasu zatrzymanego. Później takie dewocjonalia wiesza się na ścianie i wspólnie ogląda podczas misteriów w piątkowe wieczory.

 

zdj. 2 Pozytyw i negatyw całunu
zdj. 3 Widok z okna w Le Gras

 

Nie jestem osobą religijną, swoją przypadkową relację z Kościołem zerwałem wstępnie na etapie bierzmowania. Dokument apostazji, napisany w przypływie buntu, leży zapomniany w lewym dolnym rogu pulpitu na moim komputerze. Apostazjon (bo tak nazwałem ten dokument) być może nigdy nie zostanie ukończony, tamte emocje z upływem czasu stały się na tyle odległe, że trudno mi dziś znaleźć motywację, by dokończyć to, co zacząłem. Bywa jednak, że znajduję w sobie znajome uczucie przypominające mi o okresie wiary, i jest to coś w rodzaju naiwnego strachu przed zawiedzeniem wyższej idei. Zanim powiem, że coś mi się podoba albo nie, muszę się czasem upewnić, czy nie popełniam jakiegoś grzechu wobec sztuki. Czy nie odwracam się od istoty jej absurdalnego sensu? Przecież to przestrzeń wolności, nie ma tu raczej złych odpowiedzi ani złych pytań. Ośmielę się nawet powiedzieć, że wszelkie skierowane ku niej herezje jedynie umacniają ten paradoksalny kanon. Dziwna to zależność, ale skłania do poszukiwania coraz to bardziej szalonych środków do jej naruszenia. 

W ciągu zaledwie trzech lat mojej działalności znalazłem się w ogromnej liczbie sytuacji, które tylko świat sztuki jest w stanie zapewnić. Na roku stworzyliśmy nowe wyznanie: skrajny dynamizm – dobre dzieło sztuki musi się ruszać, zapierdalać. Zakładałem ziemniaczane ogródki partyzanckie w centrum Poznania, a przez telewizję studencką zostałem mianowany „samozwańczym pyromanem”1 Kurier Akademicki, Kurier Akademicki | odcinek 207, 22.06.2023, https://www.youtube.com/watch?v=UiTVpc_KYpE&ab_channel=KurierAkademicki, (dostęp: 18.05.2025). (daleko idące skojarzenie, ale przecież pyra od ogniska daleko nie pada). Z zebranych bulw tworzyłem potem reaktory energetyczne. Zostałem prezesem klubu sportowego, który boryka się z ciągłymi problemami kadrowymi – mamy więcej osób w zarządzie, niż samych sportowców, chociaż to chyba właśnie tak funkcjonują te rzeczy. Unia sportu i sztuki, której niejasny status eksploatujemy w działaniach rekreacyjno-mediacyjnych, z czasem wkroczyła na boisko polityczno-społeczne, trzęsąc kazamatami Zamku Ujazdowskiego1 Artystyczny Związek Sportowy, Ujazdowski OPEN, 15-17.10.2024, Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski w Warszawie, kuratorka: Kamila Bondar.

– I co dalej? – pyta profesor Kuzyszyn.

– Nie wiem, z każdym kolejnym pomysłem czuję, że się skończyłem i nie przebiję tego, co już zrobiłem. Potem jednak coś robię i wydaje się, że jest to progres, ale ciągle, w każdym projekcie, wyczuwam jakiś luz spowodowany niedokręconą śrubką, której nie mogę zlokalizować. Tak niewiele dzieli mnie od wykorzystania mojego pełnego potencjału, może przyjdzie to z czasem, jak doświadczenie w warsztacie samochodowym. Po pojedynczym furkocie silnika będę w stanie określić, co trzeba dokręcić, chyba że kompletnie ogłuchnę i przestanę się tym po prostu przejmować – odpowiadam.

Jestem świadom naturalności tego procesu, ale za każdym razem się dziwię. (Na koniec podstawówki wychowawczyni mojej klasy, trochę głupkowato, powiedziała: ,,Idźcie w świat i się dziwcie”1 Wioletta Czerwińska, kiedyś na zakończeniu roku klasy 6c w SP7 w Olsztynie.. No więc chodzę i buzię mam otwartą przez absurdy tego świata.)

– Nie ma większej wolności niż ta, którą daje nam sztuka – to też powiedział profesor. On ogólnie dużo mówi, ale nie będę już wszystkiego przytaczał.

Na pierwszym roku wszystkie niewypały, wszelkie oznaki toporności w pracach, usprawiedliwiałem sobie przy pomocy nowo poznanego pojęcia fluxusu. Jak coś jest niezupełnie udane, to można uznać, że jest po prostu in flux. Stopniowo luksus ten zanikał na rzecz rosnącej samoświadomości. Jednak moje działania cały czas, pomimo niedokręconych śrub, sprawnie poruszają się do przodu, z projektu na projekt. Wraz z tym postępem pojawia się ciągły wymóg tłumaczenia osobom z zewnątrz – mamie i sąsiadkom – tego, co tak naprawdę się na Wydziale Fotografii Uniwersytetu Artystycznego w Poznaniu robi i czego się uczy. Czasem po prostu mówię, że studiuję sztukę współczesną, co wcale nie zwiększa poziomu zrozumienia, ale przynajmniej zakreśla mniej więcej obszar jego braku. 

 

Marcin Pietrucin, Bon Voyage, Bittersweet Art Space, Poznań 2025

 

Fotografia jest jedną z niewielu sztuk, które miały tak mocny wpływ na dzisiejszą kulturę wizualną, zasób pojęciowy; większość lubianych teoretyków biegle posługiwała się  aparatem (zarówno fotograficznym, jak i pojęciowym). To wszystko doprowadziło do nieprzewidzianych skutków dla przyszłości tej szlachetnej sztuki. Moi rówieśnicy i ja odwróciliśmy się od zapachu rozcieńczonego Rodinalu w stronę gipsu, ruchu i przestrzeni – zachowując przy tym wierność idei fotograficzności (cokolwiek to znaczy). Rodzi to charakterystyczne pytanie, które często pada podczas obron prac dyplomowych: ,,Ale gdzie tu jest fotografia?”. Zaraz potem komisja przeważnie sama sobie odpowiada: ,,A no tak, przecież wszystko jest fotografią”. W Artystycznym Związku Sportowym mamy co najmniej dwóch fotografów sportowych, którzy przestrzegają zasad spisanych w ,,Fotografii na boisku” przez Cypriana Norwida.

– Nie ma już miejsca na bekę białych mężczyzn w sztuce –

Adam Mazur rzucił to zdanie kiedyś na zajęciach. Wspominałem wtedy o moim nowym pomyśle, czyli AZSie, który w tamtym czasie był jeszcze Akademicki, a nie Artystyczny. Nie powiedziałem tego na zajęciach, ale się z nim nie zgadzałem. Jest różnica pomiędzy szyderą białych mężczyzn, a dobrze opowiedzianym żartem, zrodzonym z kultury ciepłej ironii, nie z pogardy. Wydaje mi się, że sztukę żartu opanowałem do pewnego zadowalającego stopnia, w którym jestem świadomy tego co robię. 

Absurd i humor to dzieci tej ziemi. Nie wyobrażam sobie jak inaczej znosić absurd mojego istnienia na świecie, niż poprzez humor, który pozwala z godnością stawać codziennie w szranki z systemami, które niejednokrotnie tej godności próbują nas pozbawić. Jakże inaczej funkcjonować w potędze absurdu – w ramach sztuki, której natury nie da się wyjaśnić, jeśli nie posługujemy się humorem, by zdobywać naszą wolność. Przecież to wprawne narzędzie do obrony przed pretensjonalnością i nadętymi manifestami. 

Nie wszystko można nazwać sztuką, ale też mało kto potrafi powiedzieć, co nią jest. Powstaje więc pewna szara strefa, dezorientująca uczestników kultury, w której rodzi się przestrzeń do eksperymentu, pomyłek i najważniejszego: poczucia humoru. Nie wiem, jak inaczej na coś takiego reagować – to wszystko z natury jest po prostu… niepoważne. A jednak to właśnie bezgraniczna powaga bywa najniepoważniejsza i zarazem najbardziej niebezpieczna – odbiera dystans, usztywnia myślenie i nierzadko kończy się konfliktem. Nieprzypadkowo wiele działań, które z perspektywy czasu uznajemy za najciekawsze, na początku wyglądały jak żart – i często rzeczywiście nim były.



zdj. 4 Fontanny

 

Mazur pewnie zapomniał już o swoich słowach, ale ich echo wróciło do mnie przy okazji afery, która wywiązała się wokół turnieju Ujazdowski OPEN organizowanego przez AZS w Zamku Ujazdowskim. Stach Szabłowski w podsumowaniu roku 2024 w  SZUMIE opisał tę sytuację tak: 

,,[…] Przypomina się tu niedawna inba wywołana przez Artystyczny Związek Sportowy (AZS). Ten młody kolektyw wziął udział w programie Otwieramy się! zorganizowanym przez CSW Zamek Ujazdowski z wolna dochodzący do siebie po długiej Bernatowiczowskiej okupacji. Nawiasem mówiąc, aby do tego programu się dostać, AZS musiał pokonać dziesiątki konkurentów, którzy zgłosili się do ogłoszonego przez instytucję open calla. Pozostając w poetyce artystycznej rywalizacji o przestrzeń widzialności, kolektyw zaproponował zawody sportowe, w których można było wygrać wystawę w CSW. Jeżeli w zamiar ten wpisany był wątek krytyki instytucjonalnej lub przynajmniej intencja satyryczna, to art-komentariat zignorował ją i zatrząsł się z oburzenia. Konkurencje sportowe stawiają wszak na straconej pozycji osoby chore i niepełnosprawne, nie mówiąc o tym, że zawody z wygranymi i przegranymi – i jakiekolwiek formy rywalizacji w ogóle – podszyte są przemocowością. Ktoś zaproponował, żeby osoby artystyczne walczyły o wystawy w oktogonach. Pomyślałem, że to w sumie rozwiązanie o tyle niezłe, że prowadzące najkrótszą drogą do sedna, ale z tym oktogonem to był oczywiście krytyczny żart. Dla mnie jednak na żart zakrawają próby zamiatania pod empatyczno-wspólnotowe miękkie dywany konkurencyjnych relacji panujących w młodym pokoleniu artystycznym. O równym starcie w tych zawodach również nie ma co mówić; zdarza się choćby tak, że ktoś na progu kariery artystycznej ma zamożnych rodziców z dużego miasta oraz mieszkanie po babci – i co mu zrobicie? […]”1 Stach Szabłowski, Święto wiosny, czyli rok najdroższej kawy, [w:] Szum, 27.12.2024, https://magazynszum.pl/swieto-wiosny-czyli-rok-najdrozszej-kawy/ (dostęp: 15.05.2025).

Równie stanowczo, jako wyraziciel polemicznego ducha art-komentariatu, wypowiedział się na ten temat Wojciech Bąkowski w magazynie Mint: 

,,Niedawno pojawił się wyjątkowo kretyński pomysł zrobienia zawodów sportowych, które wyłonią autora solówki w CSW. Myślę, że obraża to wszystkie osoby kompetentne, po każdej stronie – i kuratorów, którzy wyłaniają interesujące zjawiska w sztuce, i młodych artystów starających się o jakość swoich prac. Wystawa w CSW powinna być wielką nobilitacją. Jeżeli ktoś cynicznie odbiera temu wartość i zaczyna się tak nieśmiesznie bawić, psuje nasz świat od każdej strony. Ale co zrobić, kiedy ludzie, którzy nie chcą nauczyć się grać w szachy postanowili zniszczyć szachy […]”1 Joanna Ruszczyk, Lęki i depresję możesz przemienić w coś, co kupi kolekcjoner. Wojtek Bąkowski, [w:] Mint, 10.01.2025, https://mintmagazine.pl/artykuly/wywiad-bakowski (dostęp 18.05.2025).

Z kolei Karolina Plinta w rozmowie z Kamilą Bondar, która była kuratorką tego projektu, oraz Łukaszem Rusznicą na łamach podcastu Godzina SZUMU zasugerowała, że skoro i tak kiedyś będę dziadem, to cała ta moja głupia gimnastyka właściwie nie ma sensu1 Karolina Plinta, Godzina Szumu #135 Kamila Bondar, Łukasz Ruszninca, [w:] Godzina Szumu, 21.03.2025, https://open.spotify.com/episode/48gm8fJmDJzONCigngwW8A?si=TTVsY40KRACe7EjyTqdMYA (dostęp 13.05.2025)..

 

Zespół AZS: Zuzanna Stempska, Marcin Pietrucin, Mateusz Hadaś

 

Chciałbym podziękować Wojciechowi, Karolinie i wielu innym artystom, kuratorom i osobom aktywnym w social mediach, udostępniającym w akcie oburzenia ściany krytycznego tekstu wraz z plakatem z wydarzenia ukazującym twarze Matusza Hadasia, Zuzanny Stempskiej oraz moją. Dzięki naszej kolaboracji w ramach projektu oraz ich stanowczej reakcji na całą sytuację, sztuka dokonała kolejnego klasycznego okrążenia na bieżni i umocniony został ,,zdrowy” status quo. Ktoś się gimnastykuje, aby dziadować mógł ktoś. Tak to już wygląda. Tragiczny los projektów kontestacyjnych polega na tym, że napędzają one system, który miały podważyć. Jak strzelanie z pistoletu na wodę w ocean. Aczkolwiek realnie baliśmy się i snuliśmy wizje, co by było, gdyby taki nowatorski system selekcji artystów przyjął się w środowisku. Trzeba by było to wtedy jakoś odkręcić, najlepiej kolejną kontrowersją. Zwykła dynamika pracy z medium instytucji i systemu (której ważnymi częściami są przypadki i porażki). Nie byliśmy jeszcze gotowi na stworzenie sportowego systemu wytyczającego nowe ścieżki sztuce, więc dobrze się stało. Moją główną motywacją do realizacji pomysłu była czysta potrzeba zobaczenia czegoś takiego – nie było dla mnie istotne, czy ja to będę współorganizował, czasami po prostu pojawia się w człowieku dzika potrzeba doświadczenia pewnych dzieł czy sytuacji, które z braku innych opcji trzeba samodzielnie powołać do istnienia. Jestem bardzo zadowolony, że to się wydarzyło. Co prawda mieszane uczucia publiczności internetowej – z wyraźnym akcentem na te negatywne – doprowadziły mnie do tymczasowej utraty wiary w sztukę, ale ostatnio wyświetliła mi się rolka z takimi szybkimi sloganami coachingowymi:

 

Żaden olimpijczyk nie pogardzi tobą, bo zaczynasz uprawiać sport. 

Żaden milioner nie będzie z ciebie szydził, bo rozpocząłeś własny biznes.

Każdy szanujący się artysta wyśmieje cię, bo robisz sztukę. 

Musisz po prostu zacząć.

 

To przedostatnie zdanie uderzyło mnie z całej epy1 Potocznie: z całej siły.. Jest to spore i niesprawiedliwe uogólnienie, ale jednak coś w nim rezonuje. W biznesie czy sporcie są pewne zasady i reguły, których nie da się naruszyć i ciężko sobie wyobrazić, żeby mogło być inaczej – totalna wygrana radykalnego kapitalizmu. Natomiast w sztuce reguły, jeśli nie są podyktowane czynnikami zewnętrznymi, zostają wymyślone przez artystów, kuratorów i instytucje. Mam wrażenie, że tworzeniu reguł towarzyszy również potrzeba ich umocnienia, jakby to, co niepodważalne, miało większą szansę przetrwać. Wygląda to trochę jak próba zapomnienia, że w ogóle są wymyślone i to nawet nie tak dawno. Artysta boi się nowych reguł, które mogą prowadzić do dewaluacji jego dorobku, choć jego wartość istnieje w kontekście jednej z wielu kruchych teorii sztuki, najlepiej tej aktualnie wiodącej. Czasami nawet wydaje mi się, że bardziej niż kreatywności od artysty oczekuje się tego, by był pewien siebie i odgrywał swoją rolę artysty. Może się za tym kryć lęk przed oceną, pomyłką, niezrozumieniem albo kompletną utratą kontroli nad własnym wizerunkiem. Na szczęście sam wymyśliłem ten statement z nieistniejącej rolki, ale wiadomo o co chodzi.

 

Zamek Ujazdowski, fot. Kateryna Shylo
Zamek Ujazdowski, fot. Kateryna Shylo

 

Dlaczego AZS stał się nagle realnym zagrożeniem? Ponieważ jest ruchem kontestującym aktualne reguły i zestawiającym je z innymi, które ciężko otwarcie przypisać do świata sztuki. Ponieważ posiada cechy innego, ugruntowanego systemu sportowego, który nagle wtargnął na pole sztuki. Są to cechy często klasyfikowane jako młodzieńcze i durne, ufundowane na umiejętnościach najwyraźniej niedostosowanych do wymogów twórczości artystycznej (jeśli wziąć pod uwagę zdziwienie, z jakimi przyjęto skok przez kozła). Najciekawsze jest to, że AZS u podstaw nie miał wcale pełnić (nieudolnie czy skutecznie) funkcji krytycznej, jaką się mu przypisuje. To miało być coś spoza systemu, z innego świata. Pewnego rodzaju fantazja o innej rzeczywistości, która to magicznie przeniknęła w nasz świat na skutek koniunkcji sfer. Oczywiście nie chciałbym, aby zasady AZSu stały się uniwersalne, ale pociąga mnie szaleństwo, które za tym stoi. Świat sztuki jest jedynym miejscem, w którym można, a wydaje mi się, że nawet należy,

 

 

oszaleć.

 

,,Istnieją rzeczy, w obliczu których musimy tracić rozsądek; w przeciwnym razie okazałoby się, że już dawno go straciliśmy”1 Piotr Wołyński, Ilustrowane historie rozpadu, 2025, Muzeum Stanisława Staszica w Pile, kurator: Wojciech Beszterda.. To powiedział Lessing, a powtórzył to po nim profesor Piotr Wołyński. Zgadzam się z nimi całkowicie i mówię to teraz i ja. 

Czasami zostawiam dla siebie z przyszłości różne poszlaki i znaleziska. Jakiś przedmiot, którego już nie potrzebuję, ale wiem, że ucieszy mnie jego przypadkowe odnalezienie w szufladzie ze skarpetkami. Zdjęcie ukryte w dziwnym folderze, niepodpisany plik dźwiękowy, kartka wciśnięta między strony książki. Drobne pułapki, o których zapominam i na które sam się łapię. Gdy już do tego dochodzi, wracam myślami do siebie z przeszłości – kim byłem i co musiało chodzić mi wtedy po głowie, żeby zostawić sobie taką zmyślną zasadzkę.

Czas potrafi dobitnie zmienić człowieka, nawet w bardzo krótkim okresie – nagle zaskakują go inne stresy, inne warunki, inne środowisko. Mam pewną fantazję: być nieprzewidywalnym nawet dla samego siebie. Robić rzeczy inaczej, szukać rozwiązań, o których jeszcze nie słyszałem – nawet jeśli oznacza to, że wyjdzie gorzej. Bo tylko wtedy mogę się dowiedzieć, jak by było, gdyby było inaczej. A może nawet lepiej?

Oczywiście nie zatracam się w tym całkiem – czasem chroni mnie przed tym lęk przed oceną środowiska, czasem zwyczajna potrzeba spokoju. Ale często czuję pociąg do szaleństwa, szczególnie kiedy sytuacja przekracza znośną skalę absurdu. Tam, gdzie pojawia się strach, tam może też wydarzyć się coś nowego. Nawet gdy nadjeżdża kryzys i mam wrażenie, że mój dyplom zaczyna nieznośnie przypominać Zacharowe prace.

 

One must imagine Zachar happy

 

Zachar Szerstobitow jest jedną z najbardziej pozytywnych osób, jakie spotkałem w życiu. Pomimo ogromu pracy na stanowisku laboranta na Wydziale Fotografii, wciąż zachowuje pogodę ducha i nie wydaje się przejmować niekończącą się listą zadań, które podrzucają mu wykładowcy i studenci. Kiedy widzę przestawioną kanapę, szafkę czy sprzęt fotograficzny, wiem, że jest spora szansa, że maczał w tym palce.

Pamiętam, jak przed wystawą końcoworoczną przewoził paleciakiem szafki z jednej sali do drugiej. Współczułem mu tej niewdzięcznej roboty – szczególnie, że później wszystko miało wrócić na swoje miejsce. Najbardziej utkwiły mi w głowie momenty, w których wracał po kolejną szafkę, jadąc na paleciaku uśmiechnięty, jakby jeździł na hulajnodze. Nie wtaczał głazu, tylko rozparcelowywał meble między salami – z troską o ich stan i dokładne ustawienie.

Zachar potrafi też zaskakująco dobrze ogarniać multitasking. Czasem, gdy bierze wolne, by odpocząć od zgiełku wydziału, studenci – zwykle z młodszych lat – składają na niego skargi, chyba jeszcze nieświadomi jego losu. Skończy jedno, a już pojawia się coś nowego – ku uciesze bogów.

Sam też czasem czuję się, jakbym pchał swój głaz pod górę, tylko po to, by w połowie drogi zorientować się, że to nie ta góra – i wcale nie mój głaz. Wtedy wszystko puszczam. Wsłuchuję się w łoskot kamienia, który toczy się w dół, i sam zjeżdżam za nim – na paleciaku Zachara. Kołyszę się całym ciałem, omijam drobne przeszkody, aż u stóp wzgórza uderzam w piasek, paleciak się zatrzymuje, a ja wysiadam. I wychodzę na spacer.

Szaleństwo to kategoria obejmująca pulę najbardziej  ekspresyjnych narzędzi sztuki. Obłęd, ekstaza, maniakalna praca nad czymś, co nie ma sensu, ale nie może przestać być robione. Czasem warto zrezygnować z wartości, które ogół bierze za pewnik, żeby zobaczyć, co się wydarzy, kiedy się je zignoruje. Odstępstwo od normy bywa odbierane jako wykroczenie lub choroba, ale może to po prostu inna forma wolności – oświecony mistycyzm dla tych, którzy nie mieszczą się w ciasnej zagródce realistycznych banałów

Często mam wrażenie, że w świecie sztuki uczestniczymy w czymś w rodzaju improwizowanego przedstawienia. Są role, konflikty, emocje – dramaty, które niekiedy przybierają formę rzucania szklankami, publicznych kłótni, personalnych ciosów. Można się w to wszystko wkręcić, można też zrozumieć, że to teatr – gra aktorska tocząca się między osobami, ale też między ideami, za którymi się one opowiadają. Ludzie atakują się nawzajem niekoniecznie z czystej potrzeby serca, ale dlatego, że bronią pewnego światopoglądu, linii narracyjnej. Można być prezesem klubu sportowego, który uważa, że tylko sport jest prawdziwą sztuką, i z pełnym przekonaniem gardzi osobami, które nigdy nie przebiegły 400 metrów bez zatrzymania. I nawet jeśli nie do końca się z tym zgadzam – to uważam, że właśnie takie ekstremalne, z pozoru szalone postawy popychają ten wózek do przodu. Pozwalają wyznaczać nowe granice tego, co wolno, a czego już nie. To zderzenia i konflikty – nawet jeśli są reżyserowane – tworzą napięcia potrzebne do zmiany.

,,Bądź cicho i słuchaj: czy rozpoznałeś swoje szaleństwo i czy się do niego przyznajesz? Czy zauważyłeś, że wszystkie twoje fundamenty są całkowicie pogrążone w szaleństwie? Czy nie chcesz rozpoznać swojego szaleństwa i powitać go w przyjazny sposób? Chciałeś zaakceptować wszystko. Więc zaakceptuj również szaleństwo. Niech światło twojego szaleństwa zabłyśnie, a nagle cię oświeci. Szaleństwem nie należy gardzić ani się go bać, ale zamiast tego powinieneś dać mu życie… Jeśli chcesz znaleźć ścieżki, nie powinieneś też odrzucać szaleństwa, ponieważ stanowi ono tak wielką część twojej natury… Ciesz się, że możesz je rozpoznać, ponieważ w ten sposób unikniesz stania się jego ofiarą. Szaleństwo jest szczególną formą ducha i przylega do wszystkich nauk i filozofii, ale jeszcze bardziej do codziennego życia, ponieważ samo życie jest pełne szaleństwa i w gruncie rzeczy zupełnie nielogiczne. Człowiek dąży do rozumu tylko po to, aby móc tworzyć dla siebie reguły. Samo życie nie ma reguł. To jest jego tajemnica i jego nieznane prawo. To, co nazywasz wiedzą, jest próbą „narzucić życiu coś zrozumiałego.”1 CG Jung, Czerwona księga

Niektórzy ideę sztuki i jej utopijne rozwiązania pseudo-naukowe (sam takie tworzę) biorą na tyle dosłownie, iż można pomyśleć, że jesteśmy zgubieni. W komentarzach pod zapowiedziami wystaw można przeczytać hejty – za rzekomą niesłuszność przesłania wystawy lub za niesprawiedliwość związaną z angażowaniem osób, które nie zasługują na wystawę w miejscu o wysokim stężeniu prestiżu. Jeśli natomiast chodzi o moje działania (nie licząc AZSu), komentarze są zazwyczaj pozytywne, i dotyczą głównie moich zmyślonych innowacji technologicznych. Mam taki projekt o wzbogacaniu energetycznym ziemniaków, budowaniu z nich reaktorów, pozyskiwaniu i zastosowaniu energii przez nie wytworzonej. Prezentowałem go na wystawie zbiorowej w Bibliotece Ziemniaka, prowadzonej przez Josha Plougha. Na potrzeby bibliotecznego projektu zbudowałem instalację świetlną. Diody, ledy, żarówki, kable – miało wyglądać to efekciarsko i się udało. Prosiłem personel galerii o rozważne włączanie instalacji, ponieważ jest to technologia jeszcze niestabilna. Czas ekspozycji instalacji został przedłużony do momentu, w którym zaczęły z niej wyciekać kwasy (a ziemniaczki zaczęły gnić). Niedawno Josh wstawił posta o tym, jak świetnym źródłem energii są ziemniaki (nie są) i że mogą być przyszłością branży energetycznej. Dokumentację mojej pracy wykorzystano jako dowód prawdziwości tych optymistycznych prognoz. Ludzie w to uwierzyli, podzielili się zachwytem w komentarzach i spłynęła do mnie propozycja poprowadzenia warsztatów z pozyskiwania 230V z ziemniaka do zasilania lamp czy innych urządzeń gospodarstwa domowego. Potrzeba lampy, gniazdka z prądem, ewentualnie ziemniaka. Dalej nie wiem co odpowiedzieć, może coś wymyślę po dyplomie. Może nie.

 

Wzbogacone energetycznie ziemniaki jako przyszłość branży elektrycznej

Biblioteka ziemniaka

Większość moich projektów polega na tłumaczeniu świata inaczej, niż się to zwykle robi, a następnie odpowiadaniu na rodzące się w konsekwencji pytania. Mimo, że ludzie to łykają, zawsze mam poczucie, że coś jest nie tak, coś mogłem zrobić inaczej. Czy już oszalałem, opracowując te wymyślne kłamstwa tylko po to, by ludzie mogli w nie wierzyć?

– Przestałem wierzyć w logos – powiedział kiedyś profesor Chojnacki. Obrócił głowę w moją stronę i wskazał na mnie opakowaniem z nasionami arbuza. Na rewersie widniał napis: ,,Odmiana przystosowana do ekstremalnych polskich warunków”. 

– Może Pan próbować – dodał – ale to tu nie wyrośnie.

Może to i lepiej.

 

Bon voyage

Kiedy byłem młodszy, konkretnie w okresie szkoły podstawowej, często przesiadywałem w domu z powodu różnych chorób, które pojawiały się jedna po drugiej. Większość dni spędzałem na oglądaniu telewizji, szczególnie kanału Nat Geo Wild. Miałem swój ulubiony program o humbakach i innych waleniach – ich kulturze, charakterze, porozumiewaniu się. Pamiętam fatalny moment, kiedy grupa Discovery zdecydowała, że wydłuży bloki reklamowe na wszystkich swoich kanałach. Było to nie do ścierpienia, same leki, farby, kredyty i niemieckie dyskonty elektroniczne. Bywało, że bloki trwały dłużej niż pozostały segment filmu, który miał po nich nastąpić. Byłem w związku z tym zmuszony wygrzebać starą kolekcję kaset z produkcjami National Geographic i odświeżyć wiedzę z zakresu obsługi odtwarzacza. Znowu mogłem zabijać czas, nieraz i całe dnie, patrząc na pingwiny cesarskie, goryle i żaby w dorzeczach Amazonki. W pewnym momencie skończyły mi się kasety, a nie zdzierżyłbym ani razu więcej widoku tej samej reklamy lakierobejcy Vidaron, która zawiera teflon i gwarantuje aż 6 lat skutecznej ochrony drewna1 Vidaron, Vidaron – Spot reklamowy, [kanał youtube:] ClickAdYTAds, 05.04.2013, https://www.youtube.com/watch?v=R_zvWwh9xR0&ab_channel=ClickAdYTAds, (dostęp: 17.05.2025).. Więc zacząłem myśleć. 

Nienawidziłem szkoły i wszystkiego, co za sobą niosła, czułem się zniewolony. Cały ten system wydawał mi się wadliwy, opresyjny i na pewno nie pomagało mi doświadczanie na własnej skórze tego, że edukacja w Polsce opiera się na prastarej metodzie szkolenia robotników fabryki. Wtedy też doznałem po raz pierwszy dezintegracji mojej osoby, swoistego powalenia na łopatki. Leżąc na łóżku, wpatrzony w niebo za oknem, pomyślałem: ,,Reasumując wszystkie aspekty kwintesencji tematu, dochodzę do fundamentalnej konkluzji (…)”1 Mariusz Pudzianowski, Pudzian Reklama Społecznej Akademii Nauk, [kanał youtube:] Społeczna Akademia Nauk, 25.09.2013, https://www.youtube.com/watch?v=7FVr8CFHHpg&ab_channel=ORB, (dostęp: 14.05.2025)., że życie nie ma sensu. Nie była to myśl nieprzyjemna, miałem raczej poczucie, że rozwijam się intelektualnie, co wtedy określałem mianem momentu zapalenia żarówki nad głową. Życie nie ma obiektywnego sensu, a jednak decyduję się je przeżywać, bo mam ku temu swoje prywatne powody, które nadają mu osobisty sens. Bardzo mi to pomogło w tamtym czasie, zeszło ze mnie dużo stresu związanego ze szkołą, kościołem czy innymi ogranicznikami wolności. Stałem się świadomym uczestnikiem życia, które z zasady nie ma sensu, więc najlepiej, żeby wszelkie moje działania były nastawione na wymykanie się odgórnie przygotowanym matrycom. Po prostu, bo jest to zabawne, bo nie wiem co się może wydarzyć, i tak nie ma to większego znaczenia, więc dlaczego by nie szukać w tym wszystkim sposobu na odkrywanie (stwarzanie?) swojej indywidualności. Przez te moje ucieczki cyklicznie spotykam się jednak ze ścianą systemową – bo system niestety przewiduje takie działania – i wtedy wraca do mnie wypalony w mojej głowie obraz nieba z mojego okna, który z czasem stał się emblematem tego uczucia. Uczucia, w którego spektrum mieści się absurd wolności, ucieczki i cykliczny rozpad mojej osoby. Wieczorami, przed snem, zbieram się do kupy i staram się ten utrwalony obraz nieba ze sunącymi z wolna chmurami przeciwważyć wizualnie. Spoglądam wtedy niżej, ku ziemi. Znajduję źródło równie silnego uczucia – tym razem poczucia całości – w krajobrazach otwartych, dostosowanych do skali olbrzymów lub tytanów. W żłobionych przez lodowce, bezkresnych dolinach, pagórkach morenowych czy pustyniach pozostawionych samotnie na pastwę procesów eolicznych.

Często myślę o tym przesiąkniętym symboliką obszarze niczego. Niesamowite jest bioróżnorodne zróżnicowanie pustkowi. A także walające się to tu, to tam pozostałości po ostatniej wizycie człowieka, czy też zbudowana przez niego infrastruktura pozostawiona samej sobie. Niby nic, ale jednak zawsze coś. Na tym właśnie obszarze mogę znaleźć moje stare, pogrzebane pomysły i idee oraz wpaść na nowe. Moja sztuka w głównej mierze polega na archeologii: odkopywaniu fragmentów mojego minionego życia z bezkresu pustyni – która składa się z rozsypanych (jak ziarnka piasku, które czasem wpadają do trampka i uwierają) cząsteczek doświadczanej rzeczywistości – kategoryzowaniu ich i ustalaniu, czego można się na tej podstawie dowiedzieć.

 

 

Miałem sen, że znalazłem się w pustym muzeum. Było to muzeum w stylu klasycznym, nie musiało udawać, że jest stare, bo naprawdę takie było. Ciężki zdobiony sufit wspierały rozciągające się wzdłuż holu głównego kolumny, pomiędzy którymi znajdowały się drzwi prowadzące w trzy różne skrzydła – zachodnie, południowe i wschodnie. Po jednej stronie wysokich wrót wejściowych stała armata – ze względu na pokaźne rozmiary mogła to być kolubryna – a po drugiej rzeźba lwa wspierającego się przednimi łapami, w anatomicznie niepoprawny sposób, o gmach muzeum. W ogóle może to wcale nie był lew, tylko nie-lew, bo mordę miał jakąś powykrzywianą i wzrok trochę zmieszany, jakby świadom swojej dziwacznej prezencji i braku lwistości. 



 

W przestrzeniach muzeum dominowała pustka, którą zacząłem wypełniać moimi ulubionymi pracami, w końcu to moje muzeum i ja tu wyznaczam trendy. W holu stanął drewniany half-pipe po którym zjechał niebieski trójkołowy wan marki Piaggio z beczkami wypełnionymi wodą na pace i się wywrócił jak żuczek na plecy1 Roman Signer, Unfall als Skulptur (Accident as a sculpture), 2008., Roman Signer to jest to. Halfpipe może być później używany przez lokalnych skejtów, muszą uważać tylko na mokrą posadzkę. Gdybym zorganizował oprowadzanie kuratorskie, założyłbym kapelusz znanego nam archeologa i po tak mocnym wstępie na ekspozycję, zgodnie z najbardziej logicznym porządkiem zwiedzania skierowalibyśmy się do skrzydła zachodniego. Prowadzi do niego korytarz, w którym mijamy niezliczone popiersia artystów. Wydaje się, że nie ma on końca – w końcu pokoleń artystów są setki, jeśli nie tysiące. Poczet artystów rozpoczynał Tiktaalik, jeden z pierwszych kręgowców, co wyszły na ląd. Wyczyn ten musiał wymagać sporej odwagi i ukształtował nasze dalsze losy. Prawdziwa awangarda swoich czasów, jak to bywa, motyw trochę się zestarzał, a sama czynność wychodzenia z wody już nie robi takiego wrażenia jak mogła robić 375 mln lat temu…. (chyba, że mowa o Wenus).

Korytarz ciągnie się przez dobre dwadzieścia minut muzealnym tempem chodu, kończąc się wreszcie wejściem do sali Caravaggia. Nie podejrzewając żadnego podstępu, weszlibyśmy tam z nadzieją zobaczenia najznamienitszych dzieł włoskiego mistrza. Niestety, zapomniałem powiesić przed wejściem kartki informującej o tym, że wszystkie prace zostały czasowo wypożyczone do Musée du Louvre w Paryżu. W środku znalazły się marne imitacje i cyfrowe reprodukcje, wyświetlane na trzech ekranach obok siebie. Takiego czegoś nie da się zobaczyć nigdzie indziej, nawet pasek wyszukiwarki Google wraz z linkiem źródłowym jest widoczny na górze ekranu.

Wprawiony odbiorca sztuki dostrzeże jednak, że pokazano mu tu coś więcej, niż mógł się spodziewać: symulakry obrazów Caravaggia, zaprezentowane dokładnie tam, gdzie pierwotnie wisiały oryginały. Nie chodzi tu o żart czy kpinę – dla tych ekranów przygotowano wcale nie gorsze warunki, niż dla oryginałów. Zrezygnowano z fizycznych dzieł, ale nie z ich obecności. Tak mocno związane z tą salą, nie mogły po prostu zniknąć, ich mit nie mógłby ot tak zwietrzeć. W jego miejscu zbudowano doświadczenie – nieco humorystyczne, grające z konwencją, idące delikatnie po bandzie, ale bez przekraczania granic dobrego smaku. Rozbrajające, nie obraźliwe – dzięki temu bardziej zapadające w pamięć, niż zetknięcie z komnatą zwyczajnie wypełnioną Caravaggiem.

 

zdj. 5

 

Kolejnym skrzydłem na naszej trasie jest skrzydło południowe, najbardziej reprezentatywne, z sufitem z mlecznego szkła oraz tarasem wychodzącym na ogród o zróżnicowanym stylu, coś pomiędzy zadbanym japońskim ogrodem herbacianym, a polską rabatą. Przed wejściem na ścianie widnieje opis wystawy oraz  dopisek od kuratora:

 

LICENCJACKA PRACA DYPLOMOWA
WYSTAWA WĘDRUJĄCA, 
BYŁA JUŻ PRAWIE MIĘDZY INNYMI W:
GALERII RDZA (BYŁEJ GALERII MUZALEWSKIEJ)
SIEDZIBIE POCZTY POLSKIEJ (ZARAZ OBOK MUZEUM NARODOWEGO)
STUDIO FOTOGRAFICZNYM (WYDZIAŁU FOTOGRAFII UAP)

 

Zaraz po wejściu uderza nas klimat archiwalnego półcienia, wzmocniony za sprawą oświetlenia punktowanego wydobywającego z mroku poszczególne fragmenty ścian oraz przestrzeni. Naprzeciwko drzwi wejściowych wisi pusta rama podwieszona na systemie zawieszeń obrazów STAS. Padające na nią światło wyrysowuje na ścianie za nią prostokątny cień. Nieopodal stoi sporych rozmiarów postument, którego najważniejszą cechą jest specyficzny kształt. Nie jest to zwyczajny kubik, a cylindryczny postument, na którym wyraźnie widać ślady czegoś, co powinno stać tu w przeszłości lub właśnie na tej wystawie. Na dodatek znajduje się tu jeszcze pusta ścianka muzealna o pięknej barwie głębokiego królewskiego burgundu. Do złudzenia przypomina ścianki widziane już przeze mnie w Galerii Uffizi we Florencji, które zachwyciły mnie nie tylko swoją barwą, ale i pustką, faktem braku dzieł sztuki, którym normalnie służą jako tło, przestrzeń optymalnej prezentacji. Stały tam, jak i tu stoi ta oto, sama sobie, ujawniając swoją własną wartość, która wybrzmiewa w pełni dopiero po zrzuceniu z obiektu jarzma jego pomocniczej funkcji. Właściwie do tej pory nie jestem w stanie określić, czy wystawa jest demontowana, montowana, czy ktoś po prostu nie ma pomysłu, cóż nowego można by jeszcze pokazać w muzeum i czeka na rozwój wydarzeń. W dalszej, jaśniejszej sali urządzona została prowizoryczna przestrzeń do zabijania czasu, poczekalnia inspirowana salkami z sanatoriów i kolonii. Wzdłuż dłuższej ściany podwieszony został baner imitujący fototapetę przedstawiającą pustynię, widok z wydmy, a może jednak kopalnię piachu – ze względu na dziwne, charakterystyczne kopczyki. Na tle zdjęcia rozstawione zostały stoliki z krzesełkami, na których zwiedzający mogą odpocząć od wszelkich trudów (bycia człowiekiem kulturalnym), napić się (kompotu), i zawiesić oko na filmie, który leci na telewizorku powieszonym na ścianie naprzeciwko. Nie jest do końca jest jasne, co dokładnie na nim leci, jak to bywa z telewizorami w takich przestrzeniach – jesteśmy w stanie doświadczyć jedynie wycinka programu lub transmisji, fragmentu wyjętego z kontekstu całości filmu. Może jest to film przyrodniczy, może akcji, ale akurat jest chwila oddechu pomiędzy scenami, a może to klasyk klasyków – Indiana Jones i Poszukiwacze Zaginionej Arki. Obie te przestrzenie wydają się komunikować ze sobą, wyczekując rozwoju zdarzeń lub nawet czerpiąc satysfakcję ze swojego aktualnego stanu, w którym mogą oddychać. Ostatni raz w takiej dziwnej strefie zawieszenia znalazłem się na komisji wojskowej – w poczekalni, gdzie wraz z innymi chłopakami czekałem na swoją kolej w pokoju z kremowymi ścianami. Siedzieliśmy przy stole, na którym było pełno walających się ulotek rekrutacyjnych do służby więziennej. Nad nami górował telewizor z podejrzewam, że zapętlonym filmem, którego nikt nigdy nie obejrzy w całości. To był film o księdzu wojowniku, który walczył na dachu pociągu z jakimiś gangsterami i na tym właśnie się on dla mnie skończył, bo zostałem wezwany na badania. Ciekawe, ile razy w ciągu dnia był odtwarzany, by zapewnić tło dziwnym okolicznościom oczekiwania na krok dalszy.

 

zdj. 6
zdj. 7

 

Wychodząc z wystawy zobaczyłem białą plakietkę na ścianie, z tytułem Bon voyage. Samo w sobie, hasło to jest dosyć proste i oklepane, wręcz kiczowate. Jednak jest ważnym elementem spajającym całość, rozumianym nie jako pożegnanie, a pogodzenie się z ciągłą podróżą w świecie artystycznym. Pewnego rodzaju uśmieszek spod kapelusza strudzonego wędrowca, który pojął istotę swojej podróży i chciałby dalej podążać ścieżką, którą obrał jako najodpowiedniejszą jego życiu. ,,Dobrej podróży” rozumiane jako życzliwe życzenie rzucone sobie samemu. Wystawa, choć pozornie tymczasowa lub jeszcze niezrealizowana, jest dla mnie pewnym punktem orientacyjnym. Zamiast stawiać kropkę i epatować (oby szczęśliwym) zakończeniem, wolę otworzyć drzwi do dalszych wędrówek. To nie ma być moje opus magnum – to przystanek, który kiedyś w przyszłości wykorzystam.

Mijając tabliczkę i podążając dalej zgodnie z kierunkiem zwiedzania można usłyszeć stłumione męskie głosy w pobliżu wschodniej kondygnacji oraz odgłos otwierania i zamykania drzwi. Kiedy podejdziemy bliżej, naszym oczom ukazuje się niecodzienna scenka: kolejka złożona z trzech siwowłosych mężczyzn i jednego łysego stoi przed drzwiami prowadzącymi do skrzydła muzeum. Nagle w drzwiach uchyla się lufcik. Łysy mężczyzna, pierwszy w kolejce, pochyla się i mamrocze coś przez otwór. Chwilę później drzwi otwierają się, mężczyzna wchodzi do środka, a wejście zamyka się za nim raptownie.

Jeśli podejdziemy jeszcze bliżej, zobaczymy, że lufcik ponownie się uchyla. Z ciemności wyłania się szlachetny nos, a kolejny mężczyzna rzuca w jego stronę hasło:

 O sztuce decyduje kontekst obrazu1 Piotr Wołyński, O sztuce decyduje kontekst obrazu. Pracownia Piotra Wołyńskiego. wywiad przeprowadzony przez Elżbietę Łubowicz, „Kwartalnik Fotografia” 2009, nr 28..

Zadzwonił budzik. Musiałem wstać na zajęcia i opowiedzieć o pomyśle na dyplom.  Nie za wiele pokazałem, bo musiałem przetrawić mój sen, ale za to posłuchałem innych. Później razem poszliśmy na kawę na plac Wielkopolski i zamówiłem pizzę u Włocha. Wymyśliliśmy kolejny świetny pomysł, którego realizacji nie mogę się doczekać, ale najpierw obrona. Tak to wygląda, coś się kończy i coś się zaczyna.

Nagle z budynku C wyskoczył Filip Połaniecki i zaczął puszczać kawałki Milesa Daviesa. Zapytał mnie wprost: 

– Marcin, czy lubisz jazz?




Do not fear mistakes. There are none1 Wyrażenie przypisywane Milesowi Davisowi..

 

 


 

Marcin Pietrucin 

Bon voyage  

Licencjacka praca dyplomowa napisana pod kierunkiem dr Weroniki Wroneckiej 

Uniwersytet Artystyczny im. Magdaleny Abakanowicz w Poznaniu, Wydział Fotografii, 2025

 

Bibliografia:

  • Bergman, I. (reż.). (1957). Siódma pieczęć [film]. Svensk Filmindustri.
  • Camus, A. (2022). Obcy (tłum. M. Bieńczyk) PWN.
  • Camus, A. (1942). Mit Syzyfa (tłum. J. Guze). Czytelnik.
  • Eco, U. (1973). Dzieło otwarte (tłum. A. Kreisberg). W.A.B.
  • Fromm, E. (2014). Ucieczka od wolności (tłum. J. A. Ziemilski). Czytelnik.
  • Jagielski, P. (2022). Święta tradycja, własny głos. Opowieści o amerykańskim jazzie. Czarne.
  • Jung, C. G. (2021). Czerwona księga: wydanie dla czytelnika (tłum. M. Witek). Wydawnictwo Zysk i S-ka.
  • Sontag, S. (2009). O fotografii (tłum. S. Magala). Karakter.
  • Spielberg, S. (reż.). (1981). Indiana Jones i Poszukiwacze Zaginionej Arki [film]. Lucasfilm Ltd./Paramount Pictures.
  • Tarkovsky, A. (reż.). (1979). Stalker [film]. Mosfilm.

 

Źródła zdjęć:

  1. Autorstwa nieznany/unknown – Marek Kwiatkowski, Wspomnienie dawnej Warszawy, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 1993, p. 45, Domena publiczna, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=83695435
  2. Domena publiczna, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=2448564
  3. Autorstwa Joseph Nicéphore Niépce – Rebecca A. Moss,Director of Visual Resources and Digital Content Lab, via email.College of Liberal Arts Office of Information TechnologyUniversity of Minnesotahttp://www.arthist.umn.edu/vrcinfo/, Domena publiczna, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=107221
  4. CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=365075
  5. Autorskie prywatne archiwum – Marcin Pietrucin
  6. Autorskie prywatne archiwum – Marcin Pietrucin
  7. Autorskie prywatne archiwum – Marcin Pietrucin
  8. Jazzowa Pszczoła AI – Marcin Pietrucin