Wstęp
Trochę nie czuję rzeczywistości. Nie czuć czegoś – to sformułowanie można odczytać jako czysto empiryczne: nie odczuwać na poziomie biologicznym. Bodziec wskazujący na jakąś rzeczywistość nie dociera do ośrodka odpowiedzialnego za jego odbieranie, więc stwierdzenie istnienia tejże nie jest możliwe. W języku potocznym słowa nie czuć czegoś wskazywałyby bardziej na swego rodzaju niechęć lub dezaprobatę skierowaną w stronę danego zjawiska, sytuacji.
Utrata poczucia rzeczywistości to stan, który towarzyszy mi dłuższą chwilę, być może już od dzieciństwa. Od maluczkości świat rozumiałam jako nieskończoną próżnię, wewnątrz której dryfuję bez większego sensu i celowości. Była to moja zakazana myśl, pociągająca, pojawiająca się wieczorami przed snem, tak kusząca, że nie dało się jej oprzeć, ale jednocześnie doprawadzająca mnie do szału. Często musiałam blokować ją jeszcze u zalążka, gdy czułam, że tego dnia nieznośność myślenia o braku istnienia wydawała się bardziej męcząca niż zazwyczaj. Można powiedzieć, że wychowałam siebie samą w nurcie solipsystycznym i chociaż jestem już duża, cała ta rzeczywistość jest dla mnie czymś na słowo honoru, trochę jak legenda, a może nawet bujda. Z jakiegoś powodu wiara w to, co naokoło mnie, to czym ja, to czym inni i czy ja i inni w ogóle – jest nie do przełknięcia. Choć może to nie kwestia wiary, lecz dowodów, a o te równie trudno. Ciężko byłoby znajdować świadectwo na istnienie czegoś, co jest niemożliwe do ujęcia. Jak zapytać o coś, co jest nie do określenia na poziomie języka i jeszcze dla każdego zupełnie inne? Moja rzeczywistość nigdy nie będzie twoją, ale nigdy ich też nie porównamy, gdyż ja nie jestem w stanie nakreślić własnej. Tak właściwie to zadanie wydaje mi się nawet trudniejsze niż radzenie sobie z tą rzeczywistością. Przykładem są chociażby przywołane przeze mnie momenty, które przeżywałam za dzieciaka, medytacyjne, prawie sakralne czy rytualne, w których wydawało mi się, że mam na wyciągnięcie ręki istotę rzeczy i że całym ciałem i umysłem pojmuję, właśnie tu i teraz, to, co realne. A potem odbijam się od ściany (chciałoby się powiedzieć, że od rzeczywistości), bo w sumie to nie jestem w stanie opisać, a co za tym idzie zrozumieć, tego, co właśnie się wydarzyło.
Problematyzowanie rzeczywistości pojawia się więc w moim życiorysie dość wcześnie. Jest ona niepokojąca przez większość moich dziecięco-nastoletnich lat aż do momentu, gdy staje się groźbą u progu dorosłości. Jest to moment przełomowy. Pewne elementy życia ustępują miejsca innym, a stąd nie ma już odwrotu. Postrzeganie wszystkiego ulega znacznej deformacji. Wywraca się na drugą stronę i do góry nogami, choć wtedy okazuje się też, że ciężko do końca stwierdzić, czy w ogóle ma nogi, strony i czy istnieje naprawdę. To, co w momentach pęknięcia ciągłości percepcji pojawia się jako silne odrzucenie realności samego siebie czy tego, co wokół, pozostaje z podmiotem na dłużej jako niepewność. I można by się nad tym użalać, ale można też stwierdzić, że takie doświadczenie stwarza niesamowicie interesujący i płodny grunt, na którym da się napisać traktat godny co najmniej statusu artystycznej pracy licencjackiej.
Trudno jest jednoznacznie stwierdzić, czy istnieje obiektywna rzeczywistość, w której rzeczy istnieją niezależnie od naszego umysłu. Solipsystycznie rzecz biorąc ciężko stwierdzić nawet to, czy w ogóle cokolwiek istnieje niezależnie od naszego umysłu. Choć dobrym argumentem na wątpliwy charakter tej wątpliwości jest język – bo przecież po co komu język, jak ma gadać sam ze sobą? Gdyby założyć, że jestem tylko ja i posługuję się tymi, a nie innymi słowami, to dlaczego są one zrozumiałe dla stanowiących część mojej projekcji innych? W ogóle, technicznie rzecz ujmując, mówiąc o czymś, zakładamy, że to coś istnieje. Nie da się mówić o czymś, czego nie można komunikować. Z resztą gdyby solipsyzm był prawdziwy, to samo rozważanie na jego temat nie miałoby sensu, i korzystałoby się z języka powszechnie używanego, a nie prywatnego1. Ani nie byłoby kogoś, kto by się ze mną nie zgodził, ani w ogóle nie miałabym pewności, że to akurat mój umysł istnieje, bo przecież to też mogłoby być złudzeniem. Wizja ta uspokaja, gdyż zakłada istnienie rzeczywistości o obiektywnie sprawdzalnych cechach, które są niezależnie od naszych myśli czy języka. Echo wraca jednak z innej strony, pod postacią niemożności opisania tego, co realne. To, co nazywamy rzeczywistością, nie istnieje niezależnie jako coś, co po prostu jest. Nie da się tego ująć ani opisać, przyporządkować cech. Jednocześnie jest czymś, co przez język i systemy jest konstytuowane. Jestem w stanie mówić i opisywać coś, co wydaje mi się rzeczywistością, nigdy jednak nie dochodząc do sedna rzeczy.


To meritum zdaje się być przesłanianym przez serie, często wynikających z siebie nawzajem, uwarunkowań czy predyspozycji. Te są nałożone na jednostkę odgórnie, niezależnie od niej. Rodzi się ona w nich lub z nimi. Najbardziej dominującym, ogólnym i najmniej personalnym zdawałby się być system, taki w rozumieniu społecznym czy gospodarczym. Występujący pod wieloma formami i na różnych płaszczyznach, atakuje z każdej strony, tłamsząc wolność, a co za tym idzie poczucie sprawczości, które z kolei istotnie wpływa na odczuwanie rzeczywistości. To, co pozbawia mnie wrażenia, że panuję nad swoim istnieniem, wpływa na moją siłę sprawczą, a co za tym idzie na poczucie rzeczywistości. Trudno przecież czuć się realnie odpowiedzialną za własne życie, kiedy każda moja decyzja zdaje się być uwarunkowana przez coś z góry, niezależnie ode mnie. Rodząc się w konkretnym miejscu i konkretnym czasie jestem obciążona różnego rodzaju właściwościami. Kraj, z którego pochodzę, rok mojego urodzenia, mój majątek czy moja płeć stają się czynnikami warunkującymi moje bycie. Jestem uwarunkowana kondycjami środowiskowymi i obciążona kapitałami.
Świat sztuki wydaje się być niebywale deterministyczny w swojej strukturze. Wszystko jest od kogoś lub czegoś zależne. Wchodząc w niego, mamy poczucie, że podlegamy ciągłej obserwacji i ocenie, w związku z czym skutecznie dostosowywujemy się do bycia wystawionymi na ogląd. W środowisku artystycznym, choć nie tylko, foucaultowski panoptykon2 staje się ważnym modelem funkcjonowania w rzeczywistości. Jest metaforą wiecznej autocenzury i dopasowania. Wiem, że będę przez innych jakoś odbierana, więc wprowadzam zakrzywienie, modyfikację, która sprawi, że będę mogła być odebrana w konkretny sposób, taki, na którym mi zależy.
Dodatkowo, w aktualnych realiach, dochodzi wątek autoopresji. Stajemy się nie tylko przedmiotem, ale i podmiotem (samo)wyzysku i narzucamy sobie samym cechy, ramy i właściwości. Tak, żeby wypaść dobrze przed kuratorami, prowadzącymi, rówieśnikami – i przed samymi sobą. Zwłaszcza w kontekście trendów, nurtów oraz poglądów panujących w środowisku – muszę, czy chcę być: antykapitalistką, feministką, przejawiać poglądy antyinstytucjonalne? Granice te zacierają się, tworząc punkt nierozróżnialności pomiędzy autentycznym wyborem a uwewnętrznionym nakazem, w którym własne przekonania zaczynają funkcjonować jako echo oczekiwań środowiska czy moralna obligacja, a tożsamość przekształca się w projekt nieustannej autokreacji podporządkowanej mechanizmom widzialności i oceny. Nie wynika to jednak z samych postaw emancypacyjnych czy krytycznych, raczej z napięcia pojawiającego się w momencie ich instytucjonalizacji i społecznego oczekiwania ich performowania. Idee te pozostają ważnymi narzędziami opisu i zmiany rzeczywistości, jednak w określonych warunkach zamiast poszerzać pole sprawczości, zaczynają je niekiedy zawężać. Zjawiska te mają strukturę niemalże jednostki chorobowej, przypominają proces depersonalizacji. Są jak odłączenie od własnego ciała, umysłu, emocji i tożsamości, aż w końcu można odnieść wrażenie, że jest się zewnętrzną obserwatorką swojego życia.




Żyjemy w kulturze opierającej się na powtarzaniu czynności, nie dochodzeniu do celu, ciągłym definiowaniu siebie. To paradoks, według którego czujemy się najbardziej żywi w momencie, w którym robimy coś zaprzeczającego śmierci, coś, co formalnie wyprowadza nas z naszej własnej subiektywnej pozycji, co sprawia, że stajemy się czemuś podporządkowani. Jest to siła, która przekracza biologiczne przetrwanie i nakazuje podmiotowi przekraczać swoje granice. Przejawia się to np. w fundamentalnej, ciągłej potrzebie transgresji, rozwoju jako człowiek lub artysta. I jest dobrą pożywką dla późnego kapitalizmu.
Bycie na uczelni i w środowisku artystycznym (choć oczywiście nie tylko tam) wiąże się zatem z intensywnym poczuciem czegoś w rodzaju braku sprawczości. Czasem nie mam zbyt dużego wyboru w zakresie mojego sposobu bycia czy wpływu na decyzje, które rzekomo sama podejmuję. Są one z góry zdeterminowane przez hierarchiczność i władzę akademii, a także moje właściwości i uwarunkowania, w szczególności te, których nie jestem w stanie się wyzbyć. Wybrana przeze mnie profesja pogłębia mój problem luźnego związku z rzeczywistością, a przynajmniej nie pomaga mi sobie z nim radzić.
Traktując system jako zbiory współistniejących elementów, które realizują razem założone cele, zwykle narzucone przez osoby na szczycie piramidy finansowej w dynamice władzy, współczesną akademię można nazwać systemem opartym na neoliberalnych wartościach, ściśle zespolonym z ustrojem kapitalistycznym.
Również elementy dziedziczone ze sfery symbolicznej, chociażby kapitał kulturowy, mają wpływ na sposób, w jaki jednostka lokuje się wobec rzeczywistości czy wchodzi z nią w kontakt. Francuski socjolog Pierre Bourdieu zauważa, że to, co przekazywane jest w sposób bezwarunkowy i mimowolny – nawyki, gusty, umiejętności i kompetencje – staje się częścią habitusu3, czyli głęboko zakorzenionego układu, który pozwala się nam odnajdywać w świecie. Jednocześnie cały ten system narzuca na nas ciężar jakiegoś porządku, pod którego dyktando, chcąc nie chcąc, zaczynamy funkcjonować. Rzeczywistość nigdy nie ma więc czystej postaci, jest zawsze interpretowana i odkształcona przez odziedziczony system znaczeń. Dla Lacana porządek symboliczny nie tylko organizuje świat, ale go konstytuuje. To, co jednostka może sobie uświadomić, o czym może mówić, co może przeżyć jako rzeczywiste, zostaje ujęte w ramy języka. Rzeczywistość nie jest dana, jest konstruowana w strukturze symbolicznej. Tym samym dziedziczony kapitał kulturowy nie tylko różnicuje dostęp do wiedzy, a ustala granice tego, co w ogóle może zostać poznane. Jednostka zostaje wpisana w określone struktury symboliczne, a co za tym idzie, nabywa nie tylko narzędzia interpretacyjne, ale też określone ograniczenia poznawcze. Rzeczywistość jako taka wymyka się. Nie daje się objąć w całości, bo jej ramy nie są obiektywne. Są efektem władzy symbolicznej, pozycji w strukturze i zależności, których nie jestem w stanie kontrolować ani opanować.



Poza środowiskiem akademicko-artystycznym sprawa ma się równie deterministycznie. Zdawałoby się, że gromadzony przeze mnie kapitał miał wpływ na realność mojej rzeczywistości. Bez niego nie mam pełnej sprawczości w zakresie swojego bycia – nie posiadając wystarczającego kapitału finansowego jestem pozbawiona decyzyjności, nie stać mnie na pokonywanie pewnych konkretnych ograniczeń. Czasem trudnością okazuje się podstawowe funkcjonowanie, utrzymywanie względnie dobrego stanu zdrowia i otrzymywanie opieki w chorobie czy racjonalna sytuacja mieszkaniowa. Kiedy tak elementarne potrzeby nie są zaspokojone, rzeczywistość zaczyna się rozsypywać.
Uwikłanie w powyższe – czyli późny kapitalizm w wydaniu neoliberalnym, systemy akademickie, w tym wyższe szkolnictwo artystyczne, oraz obciążenie pewnymi odziedziczonymi kapitałami – sprawia, iż odnoszę wrażenie, że to nie tyle system istnieje w rzeczywistości, co rzeczywistość nie istnieje w systemie.
System, a nie rzeczywistość, staje się czymś współcześnie pierwotnym – to on jest warunkiem możliwości doświadczenia rzeczywistości, a nie odwrotnie. Jest to ontologicznie przewrotne, gdyż jawi się nie jako narzędzie organizujące świat, lecz jako warunek jego zaistnienia w ogóle. Rzeczywistość przestaje być więc przestrzenią poprzedzającą systemy organizacji społecznej czy gospodarczej, a zaczyna jawić się jako ich produkt uboczny, efekt działania struktur klasyfikujących, porządkujących i selekcjonujących. To, co nie daje się w nich umiejscowić, zostaje odsunięte w sferę nieczytelności, niewidzialności lub pozoru. W konsekwencji realność nie jest już czymś, co jednostka odkrywa poprzez bezpośrednie doświadczenie, lecz czymś, co zostaje jej udostępnione w postaci gotowych szablonów interpretacyjnych, narzuconych sposobów odczuwania i rozumienia świata.


W realiach późnego kapitalizmu system nie tylko organizuje życie społeczne, ale również wytwarza kategorie, poprzez które możliwe staje się samo myślenie o rzeczywistości. Jednostka porusza się w przestrzeni, w której granice tego, co realne, wyznaczane są przez logikę produktywności, widzialności i użyteczności, a doświadczenia wymykające się tym kategoriom tracą status pełnoprawnych form istnienia. W takim ujęciu rzeczywistość nie jest już czymś autonomicznym wobec systemu, lecz staje się jego symptomem. Paradoksalnie prowadzi to do sytuacji, w której system, pierwotnie powołany do jakiegoś porządkowania, zaczyna pełnić funkcję ontologicznego punktu odniesienia. Realność zostaje wypchnięta z poziomu bezpośredniego doświadczenia. Tym samym możliwość odczuwania świata jako czegoś spontanicznego, nieprzetworzonego i niepodlegającego regulacji ulega stopniowemu ograniczeniu, a rzeczywistość zaczyna funkcjonować jako coś wtórnego wobec systemu.
Choroba jest czynnikiem uruchamiającym proces naprzemiennego gubienia i odnajdywania się rzeczywistości. Dzięki swojej kontrproduktywności wymyka się ona systemowi. Znajduje jednak inne, niżeli standardowe, sposoby na tuszowanie braków ontologicznych. Stanowi naruszenie porządku i schematów. Transformuje percepcję i wyraża coś, czego nie da się ująć w konwencjonalne kategorie. Jest metaforą, językiem i tuszem do przedstawiania czegoś, co wykracza daleko poza nią.
Stany graniczne, które rozwarstwiają i gubią spójność świadomości, mają wpływ na odbieranie rzeczywistości, która dla dotkniętego nimi podmiotu jest zdeformowana, przytłaczająca lub pozbawiona sensu i właściwie niemożliwa. Wyskakiwanie i wskakiwanie do zmieniającej status rzeczywistości sprawia, że stany jej odczuwania i nieodczuwania są bardzo intensywne. Za to to, co pomiędzy, stan graniczny, staje się najciekawszym zjawiskiem. Jest płytki, zawieszony, objawia się jako niepokój przed tym, co ma wkrótce nastąpić. „Choroba to wszak stan wyjątkowy, w trakcie którego dochodzi do odczucia nieciągłości tożsamości, co z kolei budzi pragnienie zabrania głosu i budowania narracji”4. Ta nieciągłość tożsamości prowokuje nieciągłość rzeczywistości. Obie wywołują potrzebę zastępowania i odbudowywania elementów zdestabilizowanego świata za pomocą figur, symboli, wyobrażeń i wrażeń. „Choroba prawie nigdy nie jest ewidentnym tematem obrazów malowanych przez chorych artystów (tworzą oni w chorobie, lecz nie o chorobie). Bywa zaś językiem wyrażania czegoś innego niż ona sama, służy w dziele innym celom niż opowieści o cierpieniu”5. Jednostka chorobowa stanowi perspektywę, z której postrzegana, rzeczywistość domaga się metaforyzacji, a metafora jako język opisu znajduje zastosowanie w twórczości artystycznej.



W tym wszystkim ciało otrzymuje istotną rolę jako narzędzie do odbierania rzeczywistości. Również te dotknięte zaburzeniami i niepełnosprawnościami ciała, które mogą potęgować, bądź wprost przeciwnie, łagodzić odczucie tego, co realne. To właśnie ciało pełni funkcję łącznika pomiędzy rzeczywistością i nierealnym. Cielesne zalepia to wszystko, co pośrodku. Skleja i wypełnia. Pojawia się w stanie granicznym jako najistotniejsze. Doświadczanie na co dzień choroby fizycznej może stać się procesem uziemiającym. Odczuwanie objawów daje obciążenie, które uziemia, a więc utwierdza każdy następny krok. Bycie staje się pewniejsze, kiedy się je czuje.
Niepewność znów zwiększa się w relacjach z innymi. Moja osoba dzieli się na wszystkie osoby, które miały okazję mnie doświadczyć. To, jak mogą odczytać mnie inni, jest czymś w rodzaju zagrożenia. Oni nie tylko dzielą mnie przez siebie, ale i od siebie odejmują. Deformują i upraszczają. To sprawia, że zaczynam postrzegać siebie samą jako zdematerializowaną – co przypomina wspomniane już zjawisko psychologiczne określane mianem depersonalizacji. Zdaje się jednak, że jej elementów można doszukać się właśnie w funkcjonowaniu społecznym. Egzystowanie w społeczeństwie naraża mnie na bycie obiektem nieskończonej ilości odczytań i interpretacji, co powiela moją osobę na każdą z osób, z którymi mam styczność i oddziela mnie od siebie samej. Każdy widzi mnie inaczej, przez co ja mam problem z zobaczeniem siebie. Miron Białoszewski w wierszu Autoportret odczuwany pisał „(Patrzą na mnie, więc pewnie mam twarz.) Ze wszystkich znajomych twarzy najmniej pamiętam własną”6. W realiach dzisiejszego świata, tak skomplikowanych, obarczonych ciężarem systemowym, maksymalizacją produkcji (również samego siebie), przymusem ciągłego definiowania własnej tożsamości, a także przez spowodowane chorobą zaburzenie funkcjonowania – niełatwo jest spamiętać własną twarz. I to właśnie twarz w rozumieniu tożsamości zdaje się być tutaj kluczem, pewną strategią istnienia. Niepamiętanie własnej twarzy wiąże się z niewiedzą na temat własnej tożsamości, a ta z niewiedzą na temat własnego istnienia, co znacząco utrudnia rozumienie i odbieranie rzeczywistości. To zjawisko było dla mnie zawsze w tym samym stopniu niesamowicie twórcze, co zatrważające, tak więc pochylałam się nad nim niejednokrotnie w procesie mojej edukacji wyższej.


Twarz symbolizująca tożsamość pojawia się w mojej pracy Może kiedyś będę sobą, wykonanej w XIV Pracowni Rysunku, czyli jednym z najbardziej istotnych dla mnie w procesie studiowania miejsc. Praca jest wykonana w formie tryptykowej, nawiązującej do ołtarza szafiastego, i składa się z części środkowej, która przedstawia odbite ciało oraz mojej powielonej osiemdziesięciokrotnie twarzy na bocznych skrzydłach. Z każdym odbiciem wizerunek delikatnie się zmienia. Powtarzanie motywu w procesie cyjanotypii, choć korzystałam z jednego negatywu i ustalonej długości czasu naświetlania, zawsze dawało inny rezultat i stawało się metaforą odczytywania mnie przez innych. Podobny wątek zawarłam w obiekcie i serii fotografii Pisać to wytwarzać znamię. Proces pisania, czynność wykonywana fizycznie, ale również praca umysłowa, jest uziemiający i przywracający poczucie kontaktu z rzeczywistością – materializuje. Scenariusz potencjalnego odczytania zapisków momentami wydaje mi się na tyle niepokojący, że staje się groźbą, zapowiada niebezpieczeństwo. Stworzyłam więc obiekt z tekstów oscylujących wokół zagadnień pisania i odczytywania, materializacji i dematerializacji, znaczącego i znaczonego, kryjących się pod warstwami tkanek i błon, które chronią je przed zrozumieniem i logiczną analizą.
W swoich pracach często nawiązuję do problemu tożsamości czy bycia w domniemanej rzeczywistości. Operując powieleniami, nieostrościami i warstwami ukrywam znaczenia. Materialność prac jest dla mnie bardzo ważna. W pracy nad dyplomem wybrałam więc nie tylko środki wyrazu, które charakteryzuje metaforyczna i symboliczna wymowność, ale również materie wymagające procesualnej pracy fizycznej, która uziemia w podobny sposób, co ich wrażeniowość czy cielesne doświadczenia. Korzystam praktycznie tylko z dwóch naturalnych surowców: lateksu i metalu. Oba są nośnikami przywoływanych metafor. Pierwszy z nich jest płaszczyzną skóropodobną, quasi-cielesną, która tworzy przestrzeń na wizualizację obrazów mentalnych, wizje rzeczywistości czy jej braku. Pojawiający się w obiektach metal posiada zupełnie inne właściwości niż lateks, uziemia i obciąża. Wrażeniowość staje się moim autoportretem, strategią istnienia, które staram się zobrazować w jego niepewności i wątpliwości.


Trzy piętra galerii Łęctwo odpowiadają różnym aspektom doświadczania domniemanej rzeczywistości. Odbiorca witany jest przez prace, które reprezentują to, co nie do końca da się opisać. Są jak stan chorobowy, który prowokuje abstrakcyjne myślenie. Sala po lewej, do której trzeba zejść po schodach w dół, to moje bycie – wytłoczone, zalewane i zalepiane, a potem odrywane. Jest to pewna wizja mnie, prawie autoportretowa. W jednym ze swoich tekstów pisałam “Moja twarz to dwie przecinające się linie”. To tutaj ujawnia się rozpad tożsamości w warunkach późnego kapitalizmu, presji systemów i wiedzy oraz zaburzonego poczucia realności. W pomieszczeniu na antresoli znajduje się jedna niewielka praca – tekst teoretycznej części pracy dyplomowej wydrukowany na kartkach z lateksu w metalowej oprawie. Stanowi punkt wejścia do rzeczywistości i materialny ślad próby jej poznania poprzez język. Obiekt funkcjonuje jako narzędzie pomiaru, ale także jako relikwia wiedzy, która pozostaje niepełna i podatna na przedawnienie. Język teoretyczny organizuje rzeczywistość, jednocześnie ją upraszczając i wypierając to, co afektywne, cielesne i nieracjonalne. Jest to praca znajdująca się w stanie liminalnym z uwagi na jej naturę – jest jednocześnie pracą teoretyczną co artystyczną. Staje się obiektem cielesnym, nośnikiem napięcia pomiędzy potrzebą racjonalnego wyjaśnienia a doświadczeniem dezorientacji i utraty poczucia realności. Tekst, zamiast porządkować świat, ujawnia jego niestabilność oraz niemożność dotarcia do sedna tego, co realne. Wejście na ostatnie piętro galerii jest więc wejściem do sfery symbolicznej całej wystawy i dyplomu.
Jedynie to, co symboliczne daje możliwość jakiejkolwiek próby ujęcia ewentualnej rzeczywistości. Choć studia prowokowały do szukania odpowiedzi na to, czym ona jest, na pewno nie pomogły jej znaleźć. Aktywnie badam tę płaszczyznę, a praca licencjacka staje się dopiero początkiem drogi, wstępem do tego, co powoli odsłaniane. Rzeczywistość wymyka się spod uniwersalnego ujęcia. Można próbować ją uchwycić, lecz w nieunikniony sposób będzie się gubiła, opierała językowi opisu, stawała ścianą, pozwalała na zgrabne do niej wskakiwanie i wyskakiwanie. Każda próba jej uporządkowania ujawnia ograniczenia języka, schematów myślowych i kategorii, którymi się posługujemy. Zdaje się, że proces rozumienia rzeczywistości ma zawsze wstępny, niezupełny charakter. Będąc tak skomplikowaną, nie daje gwarancji, że istnieje naprawdę.

Komentarz/ad vocem/posłowie
Moja licencjacka praca zarówno praktyczna, jak i teoretyczna, jest wstępem do rozważań na temat rzeczywistości. Mają one swoją kontynuację w postaci aktualnej pracy na studiach magisterskich i przyszłej, jeszcze niedoszłej, choć już zalążkującej, magisterskiej pracy dyplomowej (-rozwinięcie). Są więc niekompletne, nie zawsze w pełni rozwinięte i być może czasem przedawnione w moim odczuciu. Niemniej nie neguję ich, a osobisty charakter tego eseju sprawia, że mam wrażenie, że to bardziej kartka z mojego dziennika z czasu pracy nad dyplomem, która jest początkiem większych rozważań.
Przypisy
- Wittgenstein Ludwig, Dociekania filozoficzne, tł. Wolniewicz Bogusław, Warszawa 1972. ↩︎
- Foucault Michel, Nadzorować i karać. Narodziny więzienia, tł. Komendant Tadeusz, Warszawa: Wydawnictwo Aletheia 2020. ↩︎
- Bourdieu Pierre, Dystynkcja. Społeczna krytyka władzy sądzenia, tł. Biłos Piotr, Warszawa: Wydawnictwo Naukowe Scholar 2022. ↩︎
- M. Smolińska, Masochistyczny kontrakt. Reprezentacje choroby w strategiach artystycznych wybranych polskich twórców współczesnych, Poznań: Muzeum Narodowe 2019, s. 182. ↩︎
- Tamże, s. 181. ↩︎
- Białoszewski M., Moja świadomość tańczy, Warszawa: Młodzieżowa Agencja Wydawnicza 1989, s. 67. ↩︎
Antonina Napierała (ur. 2003)
Absolwentka Wydziału Fotografii na Uniwersytecie Artystycznym w Poznaniu, studentka studiów magisterskich na poznańskich Intermediach. Zainspirowana słowem i filozofią, w swojej praktyce artystycznej skupia się na wielopłaszczyznowym zjawisku tożsamości i swoim miejscu w rzeczywistości. Cały czas szuka odpowiedzi na to, czy istnieje naprawdę. Wierzy w kolektywne dzielenie się kapitałem wiedzy i umiejętności. Aktywnie działa na płaszczyźnie edukatorskiej, głównie z dziećmi, a także współpracuje z instytucjami takimi jak Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie czy Centrum Kultury Zamek w Poznaniu oraz inicjatywami oddolnymi.
Ze wszystkich znajomych twarzy najmniej pamiętam własną
Galeria Łęctwo, Poznań 31.05-08.06.2025
Licencjacka praca dyplomowa napisana pod kierunkiem dr Weroniki Wroneckiej
Uniwersytet Artystyczny im. Magdaleny Abakanowicz w Poznaniu, Wydział Fotografii
Dokumentacja: Mikołaj Wojnar, Antonina Napierała
Bibliografia
- Baudrillard Jean, Spisek Sztuki, tł. Królak Sławomir, Warszawa: Sic! 2006.
- Baudrillard Jean, Symulakry i symulacje, tł. Królak Sławomir, Warszawa: Sic! 2005.
- Benjamin Walter, Dzieło sztuki w dobie reprodukcji technicznej, tł. Sikorski J, red. Orłowski H., Poznań 1975.
- Białoszewski Miron, Moja świadomość tańczy, red. Calikowska Anna, Warszawa: Młodzieżowa Agencja Wydawnicza 1989.
- Bourdieu Pierre, Dystynkcja. Społeczna krytyka władzy sądzenia, tł. Biłos Piotr, Warszawa: Wydawnictwo Naukowe Scholar 2022
- Brach-Czaina Jolanta, Rzeczywistość komponowana, Warszawa: Dowody 2023.
- Brach-Czaina Jolanta, Szczeliny istnienia, Warszawa: Dowody 2024.
- Deleuze Gilles, Guattari Félix, Anty-Edyp. Kapitalizm i schizofrenia, tł. Kaszubski Tomasz, Warszawa: Krytyka Polityczna 2017.
- Kłosiński Michał, Ratunkiem jest tylko poezja, Warszawa: Instytut Badań Literackich PAN, 2015.
- Kosuth Joseph, Sztuka po filozofii, tł. Niklas U., red: Morawski S., Zmierzch estetyki – rzekomy czy autentyczny?, tom II, Czytelnik, Warszawa 1987, s. 239-258.
- Lyotard Jean-François, Kondycja ponowoczesna, tł. Kowalska Małgorzata, Migasiński Jacek, Warszawa: Aletheia 1997.
- Lyotard Jean-François, Postmodernizm dla dzieci, tł. Migasiński Jacek, Warszawa: Aletheia 1998.
- Fisher Mark, Dziwaczne i osobliwe, tł. Karalus Andrzej, Adamczewski Tymon, Gdańsk: Słowo/obraz terytoria 2023.
- Foucault Michel, Nadzorować i karać. Narodziny więzienia, tł. Komendant Tadeusz, Warszawa: Wydawnictwo Aletheia 2020
- Schechner Richard, Performatyka : wstęp, tł. Kubikowski Tomasz, red. Rochowski Marcin, Wrocław 2006.
- Smolińska Marta, Masochistyczny kontrakt. Reprezentacje choroby w strategiach artystycznych wybranych polskich twórców współczesnych, w: Choroba jako źródło sztuki, red. Agnieszka Skalska, Poznań: Muzeum Narodowe 2019.
- Wittgenstein Ludwig, Dociekania filozoficzne, tł. Wolniewicz Bogusław, Warszawa 1972. Ziętek Agnieszka, Jean Baudrillard wobec współczesności: polityka, media, społeczeństwo, Kraków: Universitas 2013.