Przed pięćdziesiątką zostałem artystą. To nie żart, ale też nie jakiś wielki sukces. Patrząc na tabelę ewaluacyjną z punktami kolegów i koleżanek mogę stwierdzić, że jestem artystą średnim. Ktoś ma punktów 600, ktoś inny ledwo uniknął kompromitującej degradacji do liczby „n0”, łapiąc się na marne 20 lub 40 punkcików.
Uważam, że beuysowską maksymę „każdy jest artystą” należałoby uzupełnić, dodając „… ale średnim”. Ja także jestem artystą średnim, ale za to stuprocentowym, co zawdzięczam reformie Jarosława Gowina. W świecie sztuki mało kto pamięta jeszcze pisowskiego wicepremiera z depresją, który zmienił zasady oceniania dorobku akademików. Jedną z konsekwencji prac gowinowych zespołów eksperckich do spraw ewaluacji jest przesunięcie kuratorstwa z „nauk o sztuce” do dyscypliny „sztuka”. Jeszcze w poprzednim okresie ewaluacyjnym byłem artystą w pięćdziesięciu procentach, a ta część moich wystaw, którą ewaluowałem jako (także pięćdziesięcioprocentowy) teoretyk, zaliczana była nie do osiągnięć naukowych, lecz do rzekomo istotnej, a na dobrą sprawę lekceważonej i marginalnej „działalności popularyzatorskiej”. Jestem artystą, którego kariera nie tylko jest symptomem kryzysu systemu szkolnictwa wyższego, ale ponadto żywi się i przenika z wieloma innymi kryzysami: kryzysem wieku średniego, kryzysem męskości i kryzysem sztuki w ogóle.
Rozstałem się z teorią, bo nie było mi po drodze z klubem historyków sztuki, na szczęście porażka teoretyka może stać się sukcesem praktyka. Poza tym dyscyplin nie trzeba wybierać raz na zawsze, więc nie ma co z zawodowej tożsamości robić religii. Artystą, kuratorem i teoretykiem można bywać, wystarczy zgoda dziekana i prorektora ds. naukowych. Zresztą, co tu dużo gadać, nawet transfer średniego zawodnika w obszar sztuki ma sens, bo ta dyscyplina jednak wciąż żyje. Zwłaszcza w porównaniu do teorii, która zdechła na naszych oczach, a tekstów (nie tylko akademickich) od lat nikt już nie czyta. Mógłbym spokojnie napisać ten tekst z ChatemGPT – jak robi to 90 procent osób studenckich i jakieś 70 procent osób wykładowczych – i nawet byście nie zauważyli. A gdybyście zauważyli, to byłoby wam głupio to przyznać i kwestionować mój autorytet, bo siłą rzeczy wydałoby się, że sami używacie chata i wasz autorytet też jest wątpliwy. To temat na inny esej – o naprawdę zblazowanych teoretykach i teoretycznych osobach studenckich.
Natomiast ten tekst jest czymś innym – to manifest artystyczny opublikowany w magazynie dla artystów i to się liczy inaczej, a mianowicie jako dzieło sztuki! Manifest, bo nagła zmiana dyscypliny na sztukę to jednak duża sprawa, z którą wiąże się wiele pytań. Czy kurator może być artystą? Na czym polega sztuka tworzona przez kuratora? Czy można z takiej działalności się habilitować? Jak pracować jako kurator-artysta (pół-artysta) z artystami-artystami (artystami do kwadratu)? Oczywiście decyzją specjalnej komisji Gowina nawet w obrębie dyscypliny „sztuka” także zachowano pewne dystynkcje. Na przykład: jako artysta-artysta za dużą wystawę o zasięgu międzynarodowym, zorganizowaną w ważnej galerii lub muzeum dostanę maksimum 200 punktów. Tymczasem jako kurator-artysta1 za podobne osiągnięcie zgarnę już co najwyżej połowę tej punktacji. Jestem więc artystą stuprocentowym, ale w tym stuprocentowo artystycznym polu, przez uwikłanie w kuratorstwo, wciąż jednak połowicznym. Na szczęście pani z Działu Ewaluacji sprawująca opiekę nad moją karierą znalazła sprytny sposób na poprawę moich wyników i podniesienie punktacji z pożytkiem dla stanu polskiej nauki. Otóż pełną pulę punktów zgarnę, gdy sam pokuratoruję swoją własną wystawę solową albo nawet jakąś niewielką wystawę grupową, w której jednocześnie wezmę udział jako artysta. Jest to konceptualne wyzwanie, które podejmę w kolejnej ewaluacyjnej pięciolatce. Jeśli przyjrzeć się wystawom organizowanym w miejskich galeriach, jak Polska długa i szeroka mnożą się przykłady takiego intradyscyplinarnego krosowania.
Teoria i praktyka ewaluacji otwiera szerokie pole do spekulacji filozoficznej. Oswoiliśmy się już z myślą, że artysta bywa kuratorem, przyzwyczaimy się także do kuratorów bywających artystami. Dla mnie jest to wyzwanie fundamentalne, za którym stoi egzystencjalne pytanie: jakim być, a może raczej jakim bywać artystą? Debiut mam już wprawdzie za sobą – na wystawie „Fotografika” w Muzeum Fotografii w Krakowie niczym Christian Boltanski zawłaszczaliśmy z Łukaszem Gorczycą portrety fotografików; z kolei na zbiorowym pokazie „Archipelag” w BWA Leszno zaprezentowałem całkowicie oryginalny diagram Polska fotografia 1978-2025. Tym niemniej pytanie o to, jakim chcę być artystą, nie daje mi spokoju. Kiedy ostatnio odwiedzałem ze znajomym sklep z kamieniami szlachetnymi na ulicy Chmielnej w Warszawie, sprzedawczyni poleciła mi labradoryty. Podobno są to kamienie pobudzające moce twórcze, cieszące się powodzeniem wśród artystów i aktorów.
„My jesteśmy artystami!” – zakrzyknąłem spoglądając na Pawła Althamera, na co ekspedientka zapytała z ciekawością: „A jakim jest pan artystą?”. „Konceptualistą,” odpowiedziałem zmieszany, a po chwili namysłu dodałem: „i kocham fotografię”. Ważąc w rękach sporych rozmiarów labradoryt poczułem, że póki co jestem artystą średnim, ale chciałbym być artystą słabym.
Silni i mocni artyści, pełni werwy i wigoru, weny, a do tego – przepraszam za skojarzenia – płodni, dziś są już zdecydowanie passé. Co najmniej od dekady wiadomo, że nie będzie już wielkich artystów. Nie chodzi o to, że nastała epoka średnich artystów. Średni artysta, czyli mężczyzna w średnim wieku ze średnią punktacją za przeciętną karierę, to postać mało porywająca i niezbyt kusząca perspektywa. Co innego słabość. Ta jest obiecująca, intrygująca poznawczo. Jakieś takie kafkowskie zrobaczenie, chowanie się w cieniu zamiast niekończącego się przepraszania za wieki patriarchatu, majsterkowanie w swojej niszy bez roszczeń i pretensji do sławy, poklasku, zainteresowania, pieniędzy czy lajków.
Słaby artysta jest także figurą ekonomiczną. W ostatnim czasie znacznej przecenie ulegają nawet mocni i silni, o słabiakach wchodzących na rynek nie wspominając. Słaby, bo słabo opłacany, bo słabo sprzedawalny, bo nietrendujący. Słaby, bo pracuje w polu sztuki, które lubi mówić o godności, tożsamości i oficjalnych stawkach, ale nie lubi ujawniać rzeczywistych reguł i ustawek. Bieda w sztuce nie wiąże się wyłącznie z brakiem pieniędzy. To przede wszystkim świadomość, że szanse nie są wyrównane, a transparentność i standardy nie są dla wszystkich. Można się tym frustrować, można też odrzucić stawkę. Nie ma nic gorszego od oszalałego z frustracji dziadersa, który powtarza z uporem maniaka, że przecież jemu się należy; od umysłu biedaka, który jeszcze nie dostrzegł, że jest martwy dla systemu i nigdy już niczego nie dostanie. Gdyby tylko sobie to uświadomił, okazałoby się, że właśnie dzięki temu może sobie pozwolić na wszystko lub prawie wszystko. W tym sensie uświadomiona „słabość” może stać się środkiem otrzeźwiającym. Pozwala przestać udawać, że chodzi o wielkość i pieniądze. Dla słabeuszy taktyką przetrwania może być oportunizm. „Sztuka oportunistyczna” – robiona przy okazji, na zamówienie, bez strategii zorientowanej na wielką karierę – jest kompromitacją tylko dla tych, którzy nadal wierzą w autonomię, sprawczość, transparentność reguł i równość szans systemu sztuki. Tymczasem większość praktyk artystycznych była i jest splątana z zamówieniem, instytucją, sytuacją, przypadkiem. A sęk w tym, czy umie się z tych warunków wydobyć formę. Nisza może być więc metodą.

Zamiast narzekać – co czyni wielu sfrustrowanych brakiem perspektyw średnich artystów o kruchym męskim ego – wypadałoby stworzyć anty-ka-non (nie-kanon? kontrkanon?) dających dobry przykład słabeuszy, takich „mistrzów” jak u Zbigniewa Libery, ale mistrzów słabości. Jeśli się rozejrzeć po polskim podwórku, z łatwością da się wskazać paru słabych artystów, którzy pod względem artystycznym wciąż dają radę. Pierwsi przychodzą mi na myśl podstarzali performerzy: Oskar Dawicki i Cezary Bodzianowski. Obaj od lat wyróżniają się wysokiej jakości słabością wyrażającą się w dogrywkach, interwencjach, przeprosinach czy ceremonialnych aktach ustępowania miejsca młodszym, nie-cis-hetero-męskim osobom artystycznym. Zdekomponowanym słabiakiem zawsze był też wspomniany Libera, ale jak dla mnie on raczej performuje swoją męskość, a to jednak nie to samo. Libera jest zawsze na topie, w natarciu, i raczej nie przeprasza, ba, nawet nie ma za co przepraszać. Nad starzeniem się i „menskością” rozmyślali ostatnio Janek Zamoyski i Witek Orski, ale nawet z plakatu zapraszającego filuternie do anty-męskiej-wystawy wychodzi ostatecznie jakaś nostalgiczna prośba o atencję, próba zakonserwowania cool wizerunku pomimo płynących lat. Z kolei Józef Robakowski to artysta-jeleń, nawet jeśli rogacz, to mocarny, więc odpada, bo u niego sztuka to prawie zawsze potęga, a tylko czasami klapa. Z kręgu Robaka wywodził się słabszy, mniej oczywisty i nastawiony na bluff Zygmunt Rytka, który zwłaszcza na starość, gdy schorowany zmagał się z zawodną cielesnością, zasłużył w moim odczuciu na miano artysty kanonicznego. Waham się co do Jerzego Lewczyńskiego. Wprawdzie miał w sobie błazeński potencjał, ale jego filuterność, sardoniczny humor i uogólnione wujostwo w dzisiejszych warunkach raczej doprowadziłyby go do zguby. Jureczek jest na swój sposób słabiakiem, emanuje od niego aura artysty, który zajmuje się sztuką po pracy, na boku, który zrezygnował z przepychanek o władzę i czerpie rozkosz z buszowania w śmietniku.
Nie ma zbyt wielu artystów słabych, ciekawych i do tego żyjących. Łatwiej znaleźć przykłady pośród tych, którzy przechodzą lub już przeszli do historii. Pewnie późny Edward Krasiński albo Ryszard Winiarski pasowaliby do tego kanonu, ot, osoby męskie w kryzysie szaleństwa, ale niegroźne. Z tego warszawskiego kręgu dobrałbym kolejnych: Stanisława Cichowicza, Edwarda Narkiewicza czy Janusza Bąkowskiego. Z pewnością na uwagę zasługują obaj Kwiekowie, nieporadni życiowo i emanujący słabością: zarówno mistyczny Paweł, jak i materialistyczny Przemysław, przekorny, ale podporządkowany swojej pozostającej w wiecznej ofensywie iron maiden. Sekwencję mistrzów słabości można by rozszerzyć na pole sztuki światowej i zagłębić się w historii. Patronem byłby pewnie słabo obecny w do bólu merkantylnym polskim artworldzie Marcel Duchamp. Niby wielki, ale jednak jakiś niewyraźny w zestawieniu ze świecącymi mocno gwiazdami pokroju Warhola czy Beuysa. Duchamp da się lubić i jest pewnego rodzaju wybawieniem w tym anty-kanonie słabiaków, więc bynajmniej nie wypada go anulować. Mógłby zresztą – z tym swoim zagubionym pisuarem, pełnymi rupiecia walizeczkami i potłuczonymi szybkami, a nade wszystko latami milczenia – ustalić reguły obecności słabych mężczyzn w polu sztuki. Jest też bardzo ważny dla połowicznych, artystycznych pożal się Boże kuratorów. A jeśli nie Duchamp, to nadałby się też jego słabszy doppelganger Marcel Broodthaers.
Jako kurator jestem zmęczony słuchaniem wynurzeń sfrustrowanych mężczyzn w średnim wieku, którzy wciąż nie mogą pogodzić się z utratą szans na retrospektywne wystawy, monograficzne katalogi, uwagę wszystkich mediów i zajmowanie pozycji mistrza, pożądających całego tego splendoru i pieniędzy ze sprzedaży do prestiżowych kolekcji. To temat tabu, bo wszyscy wiedzą skąd wieje wiatr, więc robią dobrą minę do złej gry, ale gdy tylko znajdą się na uboczu w warunkach sprzyjających wynurzeniom, nawet najbardziej lewicowe i zaangażowane w emancypację jednostki ujawniają nostalgiczną „menskość”, uzurpują sobie władzę i w skrytości wylewają gorzkie żale. Wtedy mówię, że dobrze ich rozumiem, bo sam jestem artystą, ale słabym, i za późno dołączyłem do dyscypliny, więc nic już nie wygram, kariery nie zrobię, wystawy w MSN czy Zachęcie nie dożyję, a pieniądze na życie mam skądinąd. Oczywiście łatwiej mi tworzyć, bo mimo wszystko jestem w establishmencie, płacę składki ZUS i jeśli dożyję starości, to będę nawet miał emeryturę. Swojej skądinąd słabej pozycji w artystycznej hierarchii władzy nie nadużywam, bo i tak nikt mojej sztuki nie bierze na poważnie. Przekonuję innych, że czasy męskiej dominacji już nie wrócą, zresztą wcale nie chciałbym, żeby wróciły, bo musiałbym rywalizować z innymi mężczyznami na rankingowe punkty i artystyczną potencję, a to zawodnicy dużo mocniejsi, zaprawieni i nabuzowani energią frustracji. Tymczasem ja wolę bez dramy emanować słabością, robiąc sobie po cichu w swojej niszy sztukę dla siebie i bliskich. Jeśli się chwilę zastanowić, to taka słaba pozycja ma sporo zalet. Nie prześciganie konkurentów, lecz osłabienie sensu samego wyścigu przynosi ulgę (nadal zbieramy punkty, ale bez presji i celu, nie chwalimy się wynikami, bo wiemy, że nie ma czym). Podobnie działa zarzucenie dążenia do oryginalności. Większą przyjemność może dawać eksploracja rozmaitych dziwactw, które uchodzą, bo są na marginesie, w niszy nisz, kompletnej ariergardzie. Tak, świadomość, że jest się cis-hetero białym dziadersem z liberalnego establishmentu jest wspaniała. Nie trzeba udawać i szukać sojuszników. Nie trzeba wspierać żadnych wielkich idei, bo i tak zostanie się zdemaskowanym, przyłapanym na jakiejś niekonsekwencji, i będzie wstyd. Zostaje więc coś w rodzaju radykalnego konserwatyzmu de Maistre’a. Tylko że w tym moim kościele niemocy Zbawicielem jest Marcel, Świętym Piotrem Edzio, a Pawłem Rysiek.
Wracając do artystów-kuratorów (i artystek-kuratorek) – myślę, że przy odrobinie sprytu dałoby się z nas zrobić artystów, pytanie brzmi jednak: czy ma to sens? Na pewno to, co robimy w tej osobliwej szarej strefie sztuki współczesnej, jest w Polsce niedostatecznie problematyzowane, co ma jednak tę zaletę, że dzięki temu można więcej. Większość obywateli pola sztuki koncentruje się na dopłatach do składek ZUS dla osób do kwadratu artystycznych, a pół-artystyczne osoby kuratorskie mogą sobie po cichutku działać, byle nie zawadzać. Kuratorstwo dziś nie popłaca, bo kasa jest żadna, odpowiedzialność spora, a egzekwowanie władzy nieprzyjemne, ale jeśli potraktować to jako sztukę, nawet taką pół-sztukę, to da się jeszcze ten ciężar kuratorstwa znieść. I będzie to wzorcowa praktyka słabości, bo przecież nawet gdyby udało się efektywnie opisać własne kuratorstwo w kategoriach dzieła sztuki, to i tak nie ma to większego sensu z punktu widzenia historii sztuki. Ta odmiana słabości jest nowa, bo jeszcze niedawno ci wszyscy gwiazdorzy kuratorstwa byli wielkimi panami (i paniami), rozdawali karty i dyktowali trendy, a teraz co? Odbierać osobom artystycznym widzialności nie wypada, więc następuje regres do anonimowości i generowania wystawek. I bardzo dobrze. Słabym podmiotom pozostaje sztuka oportunistyczna, robiona przy okazji, przy i ku wsparciu czegoś i kogoś innego, niemal wyłącznie na zamówienie. Takie są dziś gwiazdy pożal się Boże kuratorstwa i taka jest sztuka kuratorowania wystaw. Wolę mocy zastępuje radykalna wola słabości.

Tak jest przynajmniej w moim wypadku. Co do metody, to poza wspomnianym oportunizmem lubię oczywiście akumulację i bezwzględne instrumentalizowanie teorii. A także kolaboracje, kontynuacje i facylitacje, a więc relacyjność. Od nowości i oryginalności wolę dodawanie, aplikację i amplifikację. Gonitwa za nowym nie ma sensu w dobie AI (którą, przyznaję to, uwielbiam), ale warstwa meta póki co daje jeszcze przewagę ludzkim podmiotom. Właśnie takie kontekstualne rozumienie sztuki i osadzenie praktyki wydaje mi się najbardziej inspirujące. Być może to nie jest już nawet metarefleksja. W dobie LLM-ów chyba lepiej mówić o jakiejś formie intrarefleksyjności nastawionej na adaptację do aktualnego modelu. Chodzi mianowicie o przetwarzanie i odgrywanie, halucynowanie i rozszerzanie, upscalowanie tego, co już się wytworzyło. A jest tego sporo i można traktować ten zasób, tzw. dorobek czy dziedzictwo, jako niezły dataset. No, może z pominięciem sztuki polegającej na ekspresji własnego ego, bo jest równie wtórna, co sprzedawane od metra, zdeskilowane malarstwo AD 2025. Ale poza tym dany zasób, przebrany pod kątem analityki, może być początkiem działań relacyjnych pozwalających wyznaczać nieznane wcześniej kierunki rozwoju (nie tylko artystycznego). Jeśli sztuka współczesna była ekspresją ja jednostki wspaniałomyślnie udzielającej się innym, najnowsza słaba sztuka orientuje się bardziej na facylitację i przyswaja lub wchłania liczne strategie charakterystyczne dla kuratorstwa: wyrasta z takich praktyk, jak pomaganie innym lub podpieranie się innymi, budowanie sieci nawiązań, ponowne używanie rzeczy pozornie zużytych, sięganie po to, co znane, znalezione i w zasięgu ręki. Brzmi to mętnie, wesprę się więc fragmentem zredagowanym przez Claude’a: „Nowość stała się tania. To, co kiedyś wymagało lat, dziś można zasymulować w kilka minut. AI przyspieszyło nie tylko produkcję obrazów, ale także inflację gestu ‘pierwszeństwa’. W tej sytuacji wartość przenosi się gdzie indziej: w stronę kontekstu, warstwy meta, genealogii, montażu, zdolności czytania i używania tradycji bez kompleksu wtórności. Dlatego materializm połączony z konceptualizmem nie jest już historyczną etykietą, lecz metodą przetrwania. Akumulacja zamiast fetyszu przełomu. Dodawanie zamiast neurozy innowacji. Aplikacja zamiast permanentnej rewolucji. Tradycja nie jako kostium, lecz jako narzędzie”.
Trudno dziś o bardziej irytującą puentę dla kruchego artystycznego ego niż wzmianka o AI. Nic tak nie denerwuje niepogodzonych z upadkiem dawnych artystycznych mitologii, jak inżynieria promptów, która odbiera resztki nadziei na restytucję „oryginalności”, życie z „copyrightów” i celebrowanie „własnego stylu”. Ja natomiast jestem stuprocentowym średnim pół-artystą aspirującym do słabości, dlatego poprosiłem ChataGPT o zamianę tego tekstu w prompt, a następnie wrzuciłem go do Midjourney, które wykonało dla mnie pracę na wskazany temat i od razu trafiło w punkt. W ten sposób powstał kanon uogólnionych słabiaków. Niektórzy przypominali Szeemanna w pracowni, inni Michajłowa w studio. Co ciekawe, wariant z Nano Banana przypominał uśrednioną wersję profesorów intermediów wszystkich polskich uczelni. Nieważne. Jedni mieli okulary, inni łysinę, wszyscy byli biali, wyliniali, zmęczeni i skonsternowani; wory pod oczami, zmarszczki na czole i dojmująca słabość. Aż żal patrzeć. „Nie mają już siły nawet na tę ostatnią walkę”, pomyślałem. „Może jednak sobie odpuszczą”.
- Można by nawet pokusić się o wprowadzenie rozróżnienia między artystą-kuratorem (czyli artystą, który akurat pełni też funkcję kuratora wystawy) i kuratorem-artystą (czyli kuratorem, który nagle zaczął robić sztukę). Obie te pozycje kwalifikują się jako w danej dziedzinie połowiczne, natomiast do kategorii „do kwadratu” należałoby zaliczyć purystów, czyli artystów-artystów i kuratorów-kuratorów. ↩︎