Praca Andrzeja Stańka pt. Cocktail Creatures to spekulatywna, lecz oparta na konkretnych przesłankach propozycja filozoficzno-estetyczna, w centrum której znajdują się pytania eschatologiczne: kim jesteśmy i co z nami będzie? Są to co najmniej tradycyjne pytania, które autor stara się nie tyle zbyć prostą odpowiedzią, co wyartykułować w nietradycyjny sposób. Projekt składa się z dwóch części – eseju, w którym przyrodoznawstwo łączy się płynnie z kosmologią i refleksją transcendentalną (dotyczącą warunków możliwości poznania) oraz wystawy zorganizowanej w poznańskiej galerii Szczur, a następnie odtworzonej w zmodyfikowanej formie (Andrzej Staniek, Absent Visitors) w przestrzeni Krupa Gallery (patrz: Postmedium, Cocktail Creatures).
Tekst otwiera rodzaj statementu ustawiającego ramę konceptualną pracy: krytyka konserwatywnej wersji pojęcia natury jako czegoś, co po pierwsze przeciwstawia się ludzkiej kulturze, a po drugie zajmuje niższą względem rzekomo wyemancypowanego człowieka pozycję w hierarchii bytów. Taka perspektywa determinuje kategorię inności, która staje się czymś groźnym, co trzeba poskromić i upokorzyć, żeby podtrzymać antropocentryczne status quo. Tym mniej więcej zajmował się przez kilka ostatnich epok gatunek homo sapiens – zatajaniem swojego przyrodniczego rodowodu. Andrzej Staniek, zgodnie z obowiązującymi w filozofii współczesnej trendami, ten element historii zachodniej myśli – rozumianej tu jako historia alienacji – uważa za co najmniej szkodliwy. Dystansując się do innych form życia, człowiek sam stał się alienem, control freakiem chwytającym się coraz bardziej radykalnych, często idiotycznych, sposobów na zabezpieczenie swojej pozycji w hierarchii władzy; przy okazji osiągnął, pisze Staniek, bezprecedensowe wyniki w sprincie do zagłady.
Ten wątek, z akcentem na ludzkie zidiocenie, legł u podstaw projektu krytycznego Stańka, który obejmuje zarówno jego pracę teoretyczną, jak i artystyczną. Jako wyznawca barthesowskiej koncepcji śmierci autora, twórczość artystyczną postrzega on nie jako przejaw geniuszu autonomicznych indywiduów, lecz raczej jako proces metaboliczny, dłubanie w istniejącym i poprzedzającym twórczy gest uniwersum znaków (na tyle przytomne, na ile to możliwe). Wymaga to pokornej akceptacji przypadku, a efektem ubocznym tej pokory jest coś w rodzaju twórczego rachunku różniczkowego. Całkiem żywotny jak martwego, autor z jednej strony jest nastawiony na analizę wydajności języka i uwydatnianie istniejących w nim pęknięć, od których, pisze w duchu lacanowskim Staniek, zaczyna się prawdziwa sztuka. Z drugiej strony pozostaje czujny na organiczną cechę bytu, w tym sztuki, jaką jest plastyczność. W ujęciu nieprzywołanej bezpośrednio, ale ewidentnie patronującej Stańkowi Catherine Malabou, plastyczność jest stawką w życiu podmiotu wystawionego na przygodność świata i przyszłość pozbawioną tożsamości.
Projekt krytyki pojęcia natury spełnia się w geście odrzucenia go jako bezsensownego: działalność ludzka jest destrukcyjna i jest też naturalna. Dlatego od teraz nie będę używać tego terminu, bo to, co robimy, nie jest ani przeciw naturze, ani w jej ramach – to po prostu część większego procesu, pisze (jakby-)autor. W podobny sposób można odsunąć do rejestru spraw drugorzędnych to, że posthumanizm to w zasadzie gałąź humanistyki, a pozycję płodnego artysty i myślącego krytycznie wykształciucha osiąga się poprzez współudział w procesach opartych na wyzysku; w końcu to przecież właśnie akademicy wypromowali pomysł, że jesteśmy lepsi od innych gatunków, bo oprócz glukozy i białek metabolizujemy także duże ilości informacji. To nie oznacza, że należy powrócić do stanu natury, by ratować matkę ziemię, cokolwiek to znaczy. Akceleracjonistycznym echem w pracy Stańka jest akceptacja faktu, że człowiek jest największym szkodnikiem w historii Ziemi i być może powinien odegrać tę rolę do końca. Na uznanie zasługuje przytomne spostrzeżenie, że troska o planetę zwykle jest wysublimowaną formą troski o gatunek ludzki, którego zagłada samej planecie raczej wyszłaby na dobre. Zerwanie z sentymentalizmem i metafizycznymi kliszami sprawia, że wypowiedź Stańka jest podręcznikowym przykładem świadomości współczesnej.
Andrzej Staniek podchodzi do kwestii życia ludzkiego w sposób nieortodoksyjny – przygląda mu się z perspektywy przyrodnika, z zainteresowaniem, ale bez przesadnego zaangażowania emocjonalnego. Jest w tym coś psychotycznego, ale nie bardziej, niż w natchnionym humanizmie. W jednym z rozdziałów autor fantazjuje na temat organizmów, które mogłyby pojawić się na ziemi dziesięć milionów lat po Szóstym Masowym Wymieraniu Gatunków, na przykładzie których opisuje proces ewolucyjnej konwergencji, która oznacza tyle, że organizmy nie powstają ex nihilo, ale w odpowiedzi na czynniki środowiskowe, a świat rozumiany jako łańcuch przyczynowo-skutkowy charakteryzuje duża plastyczność. Dotyczy to także pojedynczych indywiduów; czytamy na przykład o tożsamości ludzkiej ujętej jako nieskończony ciąg drobnych modyfikacji: To, co nazywamy sobą, jest efektem nieustannej symulacji: chwilowej konstrukcji bazującej na strumieniach percepcji, pamięci, emocji i fizjologicznych procesów. W kolejnych rozdziałach pracy Staniek rozwija kwestie związane z ludzką odbiorczością i percepcją oraz metodami zaburzenia lub modyfikowania organizujących je procesów. Jedną z takich metod jest zakłócenie gospodarki chemicznej mózgu przy zastosowaniu substancji psychoaktywnych, z wyszczególnieniem ketaminy. Staniek pisze: Ketamina interesuje mnie jako rodzaj technologii ontologicznej. Jest to pomysł odważny, ale nie nowy. Analogiczną technologią w nurcie antypsychiatrii, reprezentowanym m.in. przez Felixa Guattariego, było LSD. Projekt wskrzeszenia autentycznego doświadczenia na masową skalę poprzez tripowanie na kwasie upadł ze względu na przykre konsekwencje bad tripów i skomplikowaną sytuację na rynku narkotykowym, ale w systemie Stańka są to czynniki drugorzędne, ponieważ liczy się nie tyle dobrostan poszczególnych jednostek, co globalny przepływ energii.
Jeśli musiałabym się do czegoś przyczepić, to być może do tego, że człowiek ostatecznie, na przekór konsekwentnie rozwijanej narracji posthumanistycznej, zachowuje w pracy status szczególny. Co prawda szczególny inaczej, w tym sensie, że ze swoimi kolonizatorskimi zapędami i całą rasistowską bufonerią wypada na gatunek skrajnie wyalienowany i najgorzej zintegrowany z resztą istnienia. Oczywiście nie da się zaprzeczyć, że coś w tym jest. Przywołam w tym miejscu mem German “Enlightenment”1, w którym Immanuel Kant wydusza z siebie stłumione: Eghh… Don’t murder or steal, na co Johann Gottfried Herder odpowiada mu entuzjastycznym: WOW!, po czym w kadrze pojawia się sekwencja obrazów w stylu Huśtawki Fragonarda, przedstawiających bombastyczną celebrację ludzkiego geniuszu – tu ironicznie streszczonego do prostej formuły, która w dodatku średnio się sprawdza w praktyce. Taki mniej więcej obraz człowieka – jako egzaltowanego matołka – miejscami wyłania się z pracy Stańka. Między innymi sformułowaniu: nasza relacja ze światem jest całkowicie zapośredniczona. W zasadzie nie widzimy świata. Widzimy jego wersję demo – skrojoną pod nasze zmysły i potrzeby.
Skoro podział przemycony w ekskluzywnym pojęciu natury jest fikcyjny, to być może taką samą fikcją jest wizja słabej integracji człowieka ze światem. Mam tu na myśli tyle, że nasze poczucie dezintegracji może zwyczajnie być naszym sposobem integracji, a nasza wersja demo świata wciąż pozostaje światem (twierdzić, że jest zlokalizowana poza nim albo coś w tym rodzaju, to wchodzić w buty Boga snującego kosmiczną metanarrację, czego chyba chcieliśmy uniknąć). Jest to jedynie część całości, być może mikroskopijna, ale niekoniecznie gorsza od pozostałych i nie mniej realna. Jeżeli można zaakceptować, że ewolucja ma prawo wydać z siebie najbardziej absurdalne twory, to należy w konsekwencji zaakceptować także takie zjawiska przyrodnicze, jak ludzka kultura, religia i metafizyka, ze wszystkimi ich wewnętrznymi sprzecznościami i ograniczeniami. Najgroźniejszy jest oczywiście przesąd, że człowiek ma monopol na orzekanie, jak jest – co Staniek wyraźnie zaznacza: jednym z największych błędów poznawczych jest wiara, że to, co widzimy, to cała rzeczywistość. Tym niemniej być może do tworzonej przez niego listy alternatywnych zmysłów, zawierającej m.in. echolokację, wyczuwanie pól magnetycznych i mikrodrgań, należałoby dla sprawiedliwości dopisać także, jakkolwiek absurdalną, zdolność do operowania symbolami i prowadzenia znacznej części życia na poziomie wirtualnym. Że skutki tych operacji bywają opłakane, to inna sprawa – ale zgodnie z przyjętymi przez Stańka założeniami nie oznacza to bynajmniej, że trzeba od razu wszystkich scancelować.
W statemencie wieńczącym esej i stanowiącym oś narracyjną prezentowanej na wystawie animacji Andrzej Staniek pisze: Moje ciało to nie jest stały kształt. To raczej tymczasowy koktajl – mieszanka rzeczy, które się ze sobą spotykają tylko na chwilę. (…) Nie jestem kimś stałym – jestem wydarzeniem. Jego praca artystyczna to seria odpowiedzi na tak skonstruowaną koncepcję tożsamości.
Na wystawę Cocktail creatures składa się seria rzeźbiarskich obiektów utrzymanych w technoorganicznej estetyce i animacja 3D. Jako rzeźbiarz, Staniek jest kimś w rodzaju wnuka Cronenberga wychowanego na motywach estetycznych 2K, charakterystycznych dla pokolenia Z. Konstruowane przez niego formy przypominają organy pochodzące z sekcji zwłok Aliena; nie ma w tym jednak niczego specjalnie makabrycznego, ponieważ w świecie Stańka między wnętrzem i zewnętrzem nie przebiega obowiązujący podział, a rozpad i śmierć są częściami życia – nie jako jego limit czy zagrożenie, ale równoprawna część. Jest to świat, w którym nie ma piekła, ponieważ gwarantujące jego istnienie wartości tracą swoją moc obowiązującą. A jeśli istnieje jakaś jego alternatywa, to wyraża się w sartrowskiej formule: l’enfer, c’est les autres2, przy czym skoro l’autre c’est moi3, z logiki wynika, że piekłem jest sama jaźń – czyli mutacja postępująca od chwili, w której ewolucja wyposażyła naszych praprzodków w jamę ustną, organ służący do pożerania i produkowania dźwięków, w których zasiedliło się życie w wymiarze symbolicznym. The aliens are inside, the aliens are you – tak brzmi ostatnie zdanie Cocktail Creatures, spinające całość działań Stańka w spójny komunikat i stanowiące oś witalistycznej, zdeheroizowanej mitologii. Skoro inny to ja sama, wówczas powracający w projekcie problem kolonizacji nabiera nowego znaczenia; jest czymś, co zastępuje zarazem self-care, jak i wojenną przemoc. Staniek pisze: nowy rodzaj kolonizacji powinien być nowym rodzajem czułości – strategią przetrwania, subtelnym ruchem ku temu, co inne, bez chęci dominacji. Sposób, w jaki Staniek opisuje swoją relację z istnieniem, wydaje mi się wzruszający, ponieważ udaje mu się uniknąć zarówno etosu rycerskiego, jak i cheezy nihilizmu.
Bohater animacji Cocktail creatures to znane z jego wcześniejszych realizacji alter-ego Stańka, rodzaj współczesnego proroka i przewodniczki po przyszłości, w której żyjemy już od dawna, chociaż robimy co możemy, żeby sobie tego nie uświadomić. Można zakładać, że podmiotką jest tu ketamina, a jej głos to głos nowego zdrowego rozsądku, w ramach którego jasnym jest, że to nie my stworzyliśmy technologię, lecz ona stworzyła nas. Jest to głos bezosobowy, trudno stwierdzić, czy wypowiada się w imieniu człowieka, obcego, czy technologii, co nie ma zresztą większego znaczenia ze względu na dezaktualizację kategorii podmiotu. Ponieważ jednak osobiście wciąż żyję w erze po Chrystusie, a nie, jak Staniek, po 6 Wielkim Wymieraniu Gatunków, śmiem zauważyć, że dla przeciętnego zjadacza chleba idea boskości plastiku i widok organicznych bebechowatych form mogą być trudne do przełknięcia. Jest to jednak kwestia gustu, natomiast twórcza precyzja, samoświadomość i sprawność techniczna lokują Stańka daleko poza obszarem tzw. sztuki studenckiej. Warto tu dodać, że Cocktail creatures powstało jako magisterska praca dyplomowa na Wydziale Fotografii Uniwersytetu Artystycznego w Poznaniu. Dzięki takim pracom rola recenzentki z obowiązku zamienia się w przyjemność. Staniek osiąga jeden z trudniejszych do osiągnięcia pułapów – tworzy tekst, który nie jest nudny, a przy okazji swobodnie operuje kategoriami filozoficznymi, co jest tym bardziej imponujące, że na prowadzonych przeze mnie fakultetach był notorycznym wagarowiczem.