Marek S. Bochniarz Trzeba wytrzymać. Rozmowa z Izabelą Chamczyk

Trzeba wytrzymać. Rozmowa z Izabelą Chamczyk
kadr z trzeciego filmu w ramach cyklu pt. „Pandemic dream” na wystawie online #LasRzeczy w Galerii Foksal w Warszawie, 2020, fot. Izabela Chamczyk

 

I Performance online: „Covid galopuje i nie zatrzymuje się”

Performance nie jest tylko formą sztuki, interwencją aktywisty, biznesowym systemem zarządzania, czy ćwiczeniem wojskowym. Zapewnia on perspektywę i ramy do zrozumienia praktycznie wszystkiego

Diana Taylor, Performance (Durham-London 2016)

Performance online CODZIENNOŚĆ W KORONIE w ramach cyklu #entropiawdomu, we współpracy z Galeria Entropia we Wrocławiu, 2020. fot. Izabela Chamczyk

 

Marek S. Bochniarz: W jakich okolicznościach zrealizowałaś swój pierwszy performance online Codzienność w koronie [31 marca, Galeria Entropia]?

Izabela Chamczyk: W pierwszym okresie pandemii ludzie odczuwali bardzo silne emocje, chaos i osaczenie. Większość z nas znajdowała się w złym stanie psychicznym. Odzwierciedliłam to za pomocą kompulsywnego, bardzo intensywnego performance’u. Jego odbiór był wyjątkowo dobry, a internauci utożsamili się z tym, co zrobiłam. Wiele osób pisało potem do mnie nawet prywatne wiadomości, dziękując mi za to działanie. Jedna pani poprosiła nawet o mój numer telefonu i rozmawiałyśmy przez ponad godzinę. Cieszę się, że zrobiłam Codzienność w koronie – poczułam się potrzebna.

Ja jednak raczej nie uprawiam sztuki społecznej. Robię prace o emocjach, człowieku – o tym, co mamy w środku. I Codzienność w koronie trafiła do ludzi, bo wtedy byliśmy właśnie bardziej „do środka” – z powodu zamknięcia kipiały w nas różne silne emocje. Z pomocą tego performance’u internauci mogli uświadomić sobie, że nie tylko oni tak przeżywają tę nową sytuację – że kogoś innego również to dotyczy, i pokazuje to w intensywny sposób. Z kolei tym, którym się moja praca nie spodobała, starałam się wyjaśnić, na czym polega sztuka performance. Zaczęli wtedy ze mną dyskutować, sięgając po różne argumenty, co było już z mojego punktu widzenia ciekawe.

Twoje kolejne performance’e online spotkały się jednak z nieoczekiwaną falą hejtu na facebookowej grupie Kultura w kwarantannie.

Jeżeli ktoś uważa, że to, co robię jest „słabe” – i w jakiś sposób umie to uargumentować – to jestem otwarta na krytykę, przyjmuję ją i liczę się z takimi uwagami. Performance jest przecież trudną dziedziną sztuki. Poza tym cieszy mnie, że moja twórczość znajduje szeroki odbiór, porusza ludzi i wywołuje dyskusje. Nie przechodzą nad nią obojętnie stwierdzając „a, to nieważne”, tylko są wręcz zaskoczeni: „o kurwa, ale to jest pojebane, muszę to skomentować”. Chociaż hejt związany z drugim performancem online Początek końca [26 czerwca, Galeria Kronika] był dla mnie psychicznie bardzo ciężkim doświadczeniem.

Performance online pt. „Początek końca” w ramach cyklu CODZIENNOŚĆ, we współpracy z Galerią CSW Kronika w Bytomiu, 2020, fot. Izabela Chamczyk

 

Uważam, że trzeba się liczyć z powszechnością zjawiska hejtu w internecie. Ludzie pisząc komentarze mogą ukryć się za zasłoną nicka. Nawet jeśli piszą swoje uwagi pod prawdziwym imieniem i nazwiskiem, to i tak mają poczucie, że nie stoją z nami twarzą w twarz. Łatwiej jest im wtedy napisać komuś, że go nie lubią, albo że  robi „gówno”. Nie dotyczy to tylko mojego performance’u, a wielu różnych ludzi, którzy upubliczniają swoje rzeczy w sieci.

Performance jest żywy, dzieje się, pojawia się w nim jakiś kawałek ciała – bo pokazałam ramiona, a więc pojawiają się kontrowersje – „ojej, tu jest golizna!” [śmiech].

Między premierą Codzienności w koronie (31 marca, Galeria Entropia) a Początkiem końca (26 czerwca, Galeria Kronika) minęły prawie trzy miesiące. Zauważyłem ciekawy zarzut ze strony internautów – mianowicie stwierdzili, że ten drugi performance był… spóźniony.

Przygotowanie pierwszego performance’u Codzienność w koronie, który zrealizowałam we współpracy z Galerią Entropia, zajęło nam tydzień. Gdy z powodu pandemii moja wystawa indywidualna została zawieszona, galeria zaproponowała, aby zamiast niej w tym czasie, przeprowadzić działanie w sieci.

Późny termin premiery Początku końca wynikał z technicznych kwestii, związanych z ubieganiem się przeze mnie o przyznanie ministerialnego stypendium w ramach programu Kultura w sieci. Projekt mogłam zacząć realizować dopiero w czerwcu, a ta praca wymagała również uprzedniego ustalenia z Galerią Kronika terminu wydarzenia.

Performance online pt. „Złoty środek” w ramach cyklu CODZIENNOŚĆ, we współpracy z Galerią Lokal_30 w Warszawie, 2020, fot. Izabela Chamczyk

 

Faktycznie część osób uważała, że Początek końca był spóźniony. Z drugiej strony wydaje mi się, że ludzie wówczas wyparli pewne rzeczy – przekonując samych siebie, że ta pandemia się już nie dzieje. Odnosiłam się w tym performance’ie do sytuacji w Polsce – panującego w kraju chaosu, przekładanych z powodu pandemii wyborów, kwestii tego, że „trzeba wytrzymać”, niepewności stale zmienianych przepisów i obostrzeń.

Bardzo rzadko odnoszę się do polityki. Dotychczas moim jednym performancem tego typu było działanie w Iranie w 2015 roku. Wolę podejmować tematy uniwersalne, sięgając przy tym do psychologii. Ale w przypadku Początku końca trudno było politykę przemilczeć, bo w tamtej sytuacji bardzo ściśle łączyła się z naszą psychiką.

Latem wszyscy sobie odpuściliśmy – wmówiono nam, że to już w zasadzie koniec pandemii. Nie byliśmy już tak osaczeni, bo wyszliśmy na słońce. Ale u mnie to związane z covidem wewnętrzne napięcie trwało nadal. Sytuacja latem tak naprawdę wcale nie stała się normalna. Podejście ludzi do tej kwestii jest zresztą indywidualne – dużo zależy od tego, jak ktoś ten czas pandemii przechodzi, w tym od jego ogólnego stanu psychicznego. Część osób w pewnym momencie stwierdziła, że ten wirus nie istnieje i przestali się martwić, a inni wręcz przeciwnie – przyznawali się do tego, że nadal obawiają się podróży pociągiem czy nie wiedzą, czy w ogóle wyjadą na wakacje. Gorąco dyskutowano również o tym, czy słusznie jest iść na wybory, skoro wszyscy możemy się w ten sposób zarazić koronawirusem. Zresztą, sytuacja związana z pandemią stale się zmienia – i w moim odczuciu silnie odczuwaliśmy ją również w czerwcu, gdy zrobiłam performance Początek końca.

Porozmawiajmy o Twoim ostatnim performance’ie online Koniec końców [28 sierpnia, Galeria BWA Wrocław]. Czy spodziewałaś się, że tym razem reakcje internautów będą już bardziej stonowane? Miałem wrażenie, że trochę się już wypaliła frustracja w członkach grupy Kultura w kwarantannie. Czyżbyś ich jednak ostatecznie przyzwyczaiła do sztuki, którą uprawiasz?

Wydaje mi się, że spełniłam pewną rolę, wykonałam pracę u podstaw. Jedyne, czego żałuję, to że przy tym ostatnim performance’ie nie udało się już uzyskać aż tak wysokich osiągów – choć 14. tys. widzów to przecież wcale nie jest tak mało. Na grupie Kultura w kwarantannie znajdowało się wówczas ponad 60 tys. ludzi (obecnie ponad 90 tyś), ale umieszczałam odnośniki do swoich performance’ów również na innych grupach – Kultura w sieci, Modern art, Sztuka współczesna… Niektórzy z moich widzów być może po raz pierwszy mieli do czynienia z performancem – i rzeczywiście była to dla nich okazja, aby się oswoić z tym „potworem” sztuki współczesnej.

Performance online pt. „Koniec końców” w ramach cyklu CODZIENNOŚĆ, we współpracy z Galerią BWA Wrocław, 2020, fot. Izabela Chamczyk

 

W przypadku tego performance’u reakcje były dość opóźnione. Użytkownicy zaczęli reagować na ten materiał dopiero po kilku godzinach, w nocy około godz. 22-23. Przy tym działaniu nie mierzyłam się z takim hejtem, który towarzyszył drugiemu performance’owi online.

W międzyczasie udzieliłam wywiadu dla radia. Tłumaczyłam, że czuję się odpowiedzialna za odbiorcę i chcę go oswajać ze sztuką współczesną. Mam wrażenie, że wykonałam kawał roboty, przybliżyłam ludziom sztukę performance, oswoiłam ich z nim. Mówiąc szczerze – to nawet czuję się dumna, bo mam wrażenie, że dzięki mnie wielu ludzi doświadczyło czegoś zupełnie dla nich nowego, nieznanego, obcego, odkryło nowy dział w sztuce.

Czy w ostatnim performance’ie użyłaś kosmetycznej maseczki do twarzy?

Tak, użyłam płynnej węglowej maseczki do twarzy. Jeden internauta zapytał się, czy to odniesienie do górników… [śmiech] Dla mnie była ważna czarna kolorystyka, która symbolizuje śmierć – przynajmniej w kulturze europejskiej. 

 

II Malarstwo performatywne: „Zmieniając się, moje obrazy cały czas się dzieją”.

Malarstwo performatywne: CZERWONY (zbliżenie na szczegół obrazu) 2020, fot. Izabela Chamczyk

Opowiedz o czarnym obrazie, którym posłużyłaś się jako „tłem” dla performance’u Koniec końców.

Ten obraz jest zatytułowany Smutek. Dlatego zależało mi na tym, aby użyć w tym kontekście czarnej maseczki węglowej. Smutek to obraz dotykowy, haptyczny, zmieniający się w czasie.

Wykonuję malarstwo performatywne, posługując się farbami alkidowymi, solą, procesami chemicznymi, destrukcją. To mój własny pomysł – nie udało mi się znaleźć na świecie kogoś, kto tak nazwałby malarstwo, określiłby je mianem performatywnego. Ponieważ performatywność dotyczy głównie cielesności oraz „dziania się”, dotyczy ożywionego, a ja używam słowa performatywne do martwych obiektów, którymi są obrazy. Jednak one są martwe tylko pozornie.

Co oznacza obraz „dotykowy”, „zmieniający się w czasie” – czy wskazuje na to, że ciągle poddajesz go modyfikacjom?

Nie, taki obraz ulega samoistnej modyfikacji – zmienia się tak, jak ludzkie ciało, jest żywy, performuje. W zasadzie wszystko przekształca się wraz z upływem czasu, prawda? Chodzi tylko o to, że ludzie udają, że takie „klasyczne obrazy”, jak choćby płótna Van Gogha, są stabilne i niezmienne w czasie – choć tak naprawdę również i one podlegają ciągłym zmianom, przez co wymagają cyklicznej renowacji. 

Ja z kolei nie udaję, że takie zmiany nie zachodzą – wręcz stawiam w malarstwie na procesualność i performatywność obiektu. I stąd swoje obrazy nazywam performatywnymi. Używam na przykład farby, która wysychając kurczy się, staje się mniej elastyczna, pęka. Jednak na początku gdy się jej dotyka jest miękka a pod naciskiem naszych placów odkształca się, formuje…

ODDYCHANIE, inkrustacja miedzią, krystalizacja soli, śniedź, rdza na płótnie, 45x60cm. 2019, fot. Izabela Chamczyk
DESTRUCTION IS CRESTION, Farba alkidowa, żywica epoksydowa, rdza, krystalizacja soli, na płótnie, 90x70cm. 2020, fot. Izabela Chamczyk

Kiedy zaczęłaś tworzyć obrazy performatywne?

Wydaje mi się, że malarstwo performatywne uprawiam od zawsze, ale dopiero niedawno tak je zaczęłam nazywać. Cały czas szukałam formuły na połączenie malarstwa z performancem, aby energia ciała była również i w obrazie, by emocje, odczuwanie, przeżywanie, sensualność związane z cielesnością udało się zawrzeć w malarstwie.

Około dwóch lat temu doszłam do wniosku, że moje obrazy „performują” – żyją własnym, osobnym życiem. Zaczęło się od obrazów, które pęczniejąc wylewały się – gdy ktoś je dotknął, bądź po obróceniu ich do pionu. „Wyrzygiwały się” na podłogę i na inne obrazy. Później zaczęłam realizować obrazy, które trafią na moją przyszłą wystawę w galerii Foksal – i to właśnie o nich myślałam jako o malarstwie performatywnym przede wszystkim, a potem zorientowałam się, że ja w ogóle uprawiam po prostu malarstwo performatywmne. Nie są to prace płaskie – i bardziej sprawiają wrażenie obiektu. Wystają do przodu i „atakują” widza, wchodząc z nim w różne interakcje na zasadzie współgrania bądź przeciwdziałania. Wydaje mi się, że nie da się ich po prostu oglądać jak obrazy, lecz trzeba na nie zareagować.

ZAWIESZENIE Malarstwo performatywne, farba alkidowa na płótnie, obiekt w procesie, 2020, fot. Izabela Chamczyk
POŁĄCZENIE, dyptyk Malarstwo performatywne, farba alkidowa na płótnie, malarstwo w procesie, dwa obrazy wielkości 120x90cm, 2020, fot. Izabela Chamczyk

Jak było wcześniej z twoimi obrazami?

Bardzo podobnie. Na przykład moje prace solne wchodzą w reakcję z miedzią bądź z metalem – rdzewieją, krystalizują się, pęcznieją i pękają. Zmieniając się, moje obrazy cały czas się dzieją.

Czy po raz pierwszy to działanie mogli na żywo doświadczyć widzowie ostatniego, zeszłorocznego Mediations Biennale w Warszawie?

Wcześniej, bo jeszcze w 2016 roku na wystawie Malarstwo jako choroba w warszawskiej galerii Supermarket Sztuki (która już nie istnieje) jeden, niewielki obraz skapywał na drugi, znajdujący się pod nim. Z kolei na mojej wystawie w Aptece Sztuki przez przypadek inny mój obraz kapał na podłogę. Nie wiedziałam nawet, że do czegoś takiego dojdzie – nie spodziewałam się tego po nim [śmiech]. Zadzwoniła do mnie wtedy galerzystka z pytaniem: „Iza, tak ma być???”, a ja na to: „Nie wiem – jak już tak jest, to niech tak będzie!”.

Akcja, która odbyła się na Mediations Biennale, została zaplanowana i była bardziej efektowna. Wykorzystane w niej obrazy były tym razem znacznie większe – oba miały rozmiary 120×90 cm. Jeden „wylał”się na drugi, przez co doszło do całkowitego „wyrzygania”, urodzenia jednego obrazu przez drugi.

Malarstwo performatywne: ZÓŁTY (zbliżenie na szczegół obrazu) 2020, fot. Izabela Chamczyk

Podróżując po świecie i obserwując różne akcje artystyczne, Tomasz Wendland był bardzo otwarty na eksperymenty z moim malarstwem performatywnym i zależało mu na tym, żeby doszło do takiego działania w trakcie wystawy na biennale. Polscy kuratorzy rzadko się jednak zgadzają na takie doświadczenia. Zdaniem większości galerzystów w Polsce – obojętnie, czy prowadzą działalność komercyjną czy nie – obraz ma być po prostu ładny, olejny na płótnie – i wisieć nad sofą. Dla ludzi o szerszym światopoglądzie malarstwo może wyglądać jednak zgoła inaczej – pozwalają na to, aby obraz „performował”, zmieniał się i deformował.

 

III Pandemic Dreams: „Sny, z natury będąc absurdalne, doskonale odnoszą się do naszej obecnej sytuacji”.

kadry z pierwszego filmu w ramach cyklu pt. „Pandemic dream” na wystawie online #LasRzeczy w Galerii Foksal w Warszawie, 2020, fot. Izabela Chamczyk

 

Jak doszło do realizacji serii filmów Pandemic dream we współpracy z galerią Foksal?

Galeria Foksal – tak, jak inne galerie w Polsce – została zamknięta z powodu pandemii. Pracująca w niej Katarzyna Krysiak uznała, że zorganizuje wystawę online, aby nie zaprzestać zupełnie działań i wykorzystać fundusze przeznaczone na program wystawienniczy. Zaprosiła do udziału kilkoro artystów i artystek, z którymi współpracuje – w tym i mnie. Zresztą – od dwóch lat planujemy w galerii Foksal zorganizować moją indywidualną wystawę. Mam nadzieję, że wreszcie się ona odbędzie, bo z powodu pandemii terminy wydarzeń stale się przesuwają.

Po tym, jak w kwietniu zostałam zaproszona do udziału w zbiorowej wystawie online, zastanawiałam się, co w zasadzie mogłabym pokazać. Pod wpływem doświadczeń z formatem performance’ów online wiedziałam, że musi być to działanie dopasowane do internetu. Rzeczy, które ja i inni artyści/stki robimy na żywo, zupełnie nie sprawdzają się online. Moim zdaniem prezentowanie zdjęć malarstwa czy dużych wydruków, które zmniejszają się do wielkości ekranu naszych komputerów i telefonów, nie wypada zbyt dobrze.

Wiosną ubiegłego roku bardzo dużo się działo w internecie. Również i ja przeszłam do życia online w sieci prowadzone były choćby ćwiczenia pilates, w których uczestniczyłam, czy inne aktywności jak spektakle teatralne czy festiwale filmowe. Powstało też wiele nowych, pandmiecznych grup na Facebooku. Jedną z nich była dream pandemic, utworzona jeszcze w marcu. Czytając publikowane tam posty byłam oszołomiona tym, że ludzie tak otwarcie dzielą się z innymi, opisami tak bardzo intymnych doświadczeń, jakimi są sny.

Jak wyglądała twoja praca nad opisami snów zamieszczanymi na grupie?

Opisów snów na grupie dream pandemic jest bardzo dużo. Przeczytałam ich około tysiąca – spędziłam nad tym trzy tygodnie, codziennie siedząc nad ich lekturą po kilka godzin. Wyselekcjonowałam w ten sposób 120 opisów, a z nich ostateczne wybrałam dziesięć, które wykorzystałam w filmach. Kontaktowałam się z administratorem grupy, pytałam autorów postów,  czy mogę użyć ich snów, a właściwie opisów ich snów. Ale potem dowiedziałam  się od prawniczki, że muszę zdobyć pisemne zezwolenia od autorów opisów snów, na ich użycie  – i zdobyłam w sumie sto takich zezwoleń. To dziwnie brzmi, ale tak – musiałam uzyskać zgody na użycie opisów czyichś snów.

kadry z czwartego filmu w ramach cyklu pt. „Pandemic dream” na wystawie online #LasRzeczy w Galerii Foksal w Warszawie, 2020, fot. Izabela Chamczyk

 

Obawiałam się, że z moich filmów powstanie coś tak bardzo banalnego, jak Zaczerpnąć dłonią [projekt fikcyjnego debiutu Adasia Miauczyńskiego, o którym, stojąc przy budce telefonicznej i moknąć na deszczu, opowiada zaprzyjaźnionemu operatorowi w komedii Nic śmiesznego Marka Koterskiego: „Film nie ma klasycznej akcji, tylko jest czymś w rodzaju snu na jawie. I w tym śnie na jawie bohater rozmawia i w ogóle ma do czynienia z postaciami z jego myśli”]. Bo ciężko na podstawie snów stworzyć coś, co nie będzie kiczowate.

Gdzie realizowałaś zdjęcia do filmów?

Zaczęłam od nagrywania wideo w domu, bo nie można było wtedy, na początku kwietnia, wychodzić z mieszkania. Były to głównie różne zbliżenia. Zarejestrowałam tyle materiału, że zabrakło mi miejsca na komputerze i szukałam wolnej pamięci na swoich starych dyskach, których mam sporą kolekcję. Na jednym z nich odkryłam 240 GB niewykorzystanego materiału. Były to moje stare, prywatne filmy, które nakręciłam jeszcze w 2010 roku w trakcie podróży po Francji, Hiszpanii i innych krajach. Uznałam, że są świetne i teraz je wykorzystam – sięgając po prostu po to, co już mam – w ramach akcji #zostańwdomu.

Na początku czytałam na głos i nagrywałam opisy snów, rejestrując „oniryczną” narrację. Co prawda często używam w filmach swojego głosu, ale w tym przypadku wypadało to bardzo źle – wychodziło z tego właśnie takie kiczowate Zaczerpnąć dłonią. Potem próbowałam umieszczać napisy u dołu obrazu. Ostatecznie doszłam do wniosku, że będę adaptować wyłącznie bardzo krótkie i mocne w wyrazie opisy snów, nakładając na wideo po zaledwie kilka wyrazów na raz. Było to o wiele bardziej spójne wizualnie, bo tekst potraktowałam jako równorzędny element tych filmów. Potem zrobiłam jeszcze anglojęzyczne wersje gotowych materiałów.

kadry z piątego filmu w ramach cyklu pt. „Pandemic dream” na wystawie online #LasRzeczy w Galerii Foksal w Warszawie, 2020, fot. Izabela Chamczyk

A dźwięk?

Przygotowanie ścieżki dźwiękowej okazało się najbardziej pracochłonne. Zdarzało się, że w tych półtoraminutowych filmach używałam po kilkadziesiąt różnych dźwięków, korzystając z darmowych materiałów dźwiękowych dostępnych w sieci.

Niektóre filmy z tej serii zawierają też ukryte niuanse, przeznaczone tylko dla uważnych widzów. Wydaje mi się, że niewielu ludzi zwróci na nie uwagę. Obrazom z filmów przydarzają się „absurdy” wizualne – dochodzi do powielenia się obiektów, zaburzenia płynności ich ruchu, czy rozdzielania się przedmiotów. Zresztą, „absurd” to przecież najlepsze słowo na określenie tego, co dzieje się teraz w trakcie trwania pandemii. To choćby absurd reżimowy, polegający na blokowaniu nam dostępu do wszystkiego. Ludzie, wychodząc z absurdów nowej codzienności, również i sny mają absurdalne – co oddałam w swoich filmach. Pokazuję w nich to, że znaleźliśmy się w bardzo dziwnym, czasem wręcz kuriozalnym momencie.

Czy już wcześniej interesowałaś się snami?

Snami zajmuję się od dawna. Byłam nawet na warsztatach z interpretacji snów. Czytałam też prace Junga i Mindella na ten temat. Czasem interpretuję sny zarówno swoje, jak i innych ludzi. Od wielu lat są też one dla mnie jedną z inspiracji w malarstwie.

Co ciekawego znajdujesz w snach?

Sny interesują mnie jako dochodzenie do podświadomości. Moim zdaniem dobra sztuka wynika w dużej mierze właśnie z podświadomości – czyli z tego, czego o sobie nie wiemy. W pewnym sensie jesteśmy mądrzejsi, niż zdajemy sobie z tego sprawę, a najwięcej informacji wcale nie zbiera nasz mózg, lecz móżdżek, czyli podświadomość.

Czy zauważyłaś, aby pandemia miała wpływ na sny, których opisy czytałaś na grupie dream pandemic?

kadry z szóstego filmu w ramach cyklu pt. „Pandemic dream” na wystawie online #LasRzeczy w Galerii Foksal w Warszawie, 2020, fot. Izabela Chamczyk

 

Interesował mnie właśnie potencjał kryjący się w snach, które człowiek przeżywa w trakcie pandemii. Wybrałam opisy snów z tego „pierwszego” covida, głównie z miesięcy marzec-maj. Marzenia senne świadczą o stanie psychicznym społeczeństwa. Pokazują nam, jakie ludzie odczuwają zagrożenia, czego potrzebują, czy czego im najbardziej brakuje. W śnie przybiera to zwykle formę metafory. Gdy na przykład zamknięto lasy, to wówczas ludziom śniły się te lasy na balkonie. Gdy trwała susza, jednej dziewczynie przyśniło się, że kobietom, które siedziały w domu i nie mogły wychodzić, wyrastały między nogami truskawki. Ten stan społeczeństwa przebywającego w zamknięciu oddawał też sen o tym, że całe życie składa się z bezustannego grania przed komputerami – takiej „gry w przetrwanie”.

Czy szukałaś w tych snach tego, co było ważne również i dla ciebie? Czy odnosiłaś je jakkolwiek do własnych snów?

Wcześniej w swojej twórczości często odnosiłam się do własnych snów malując obrazy. Jeden z nich zatytułowałam Petite mort – zainspirował mnie sen o orgazmie, który nie był jednak wcale przeżyciem seksualnym, lecz widziałam go synestetycznie, w kolorze i kompozycji. Często takie senne narracje przekładałam w swoich obrazach na kolory, abstrakcyjne formy, odczucia, performance.

Do projektu Pandemic dream sny wybierałam chyba bardziej podświadomie, intuicyjnie. Możliwe, że szukałam w nich tego co dotyczyło też mnie, co było dla mnie ważne. Jednak najbardziej chciałam się przyjrzeć ludziom i pokazać, czego im/nam brakuje – ukazując w tym również i te stany skrajne, oraz jak reagujemy albo odreagowujemy w snach ten czas zagrożenia. Nie chciałam też, aby wybrane przeze mnie treści były zbyt jednoznaczne, lecz raczej subtelnie przemycały pewne informacje.

Jak w ogóle wyglądało przygotowanie wystawy #LasRzeczy za pomocą komunikacji online?

Kuratorka nie chciała nam niczego narzucić. Przez dwa miesiące spotykaliśmy się na Skype’ie aby ustalić, co to w ogóle ma być za wystawa. Katarzyna uznała, że ten proces powinien odbyć się demokratycznie, co okazało się bardzo trudne.

Jak taka idea „demokratycznego procesu” została przez was zastosowana w praktyce? Czy się sprawdziła?

kadry z dziewiątego filmu w ramach cyklu pt. „Pandemic dream” na wystawie online #LasRzeczy w Galerii Foksal w Warszawie, 2020, fot. Izabela Chamczyk

Wystawa miała nie mieć narzuconego tematu, a kuratorka nie decydowała o jej kształcie. Oryginalna idea Katarzyny Krysiak była taka, abyśmy współpracowali ze sobą. Każdy w swojej pracy miał kontynuować to, co podjęła poprzednia osoba – tak, jak kiedyś praktykował to Kantor.

Nie wyszło nam to jednak w czasie tych dwóch miesięcy. Wspólne działanie z innymi na zasadzie kooperacji okazało się niezwykle trudne. Każdy z nas miał zbyt silny charakter, a poza tym również posiadał artystyczny egotyzm, przez co trudno było dojść do jakiegokolwiek porozumienia. Przez pierwszy miesiąc spotkań online albo ktoś się nie zgadzał na dany pomysł, bądź wspólnie wypracowanym przez nas koncepcjom brakowało spójności.

Punktem wyjścia do pracy miał stać się tytuł, a tych wymyśliliśmy mnóstwo – Siedzę w domu, Nic nie robię, NIC, Fuck this…. Każdy wpadał na inny pomysł, lecz nikt się z niczym nie chciał zgodzić. Ostatecznie Katarzyna wymyśliła tytuł po łacinie, który ja wrzuciłam do translatora Google i tak powstał Las rzeczy i wszystkim się on bardzo spodobał. Miał oznaczać mnóstwo rzeczy, które się ze sobą nie łączą, lecz do siebie przyrastają. Ten wspólny projekt bardzo się nam przeciągał, bo na jego potrzeby musiała powstać osobna strona, a my zastanawialiśmy się nad jej formą. Jeden z artystów wpadł na to by użyć zbioru hasztagów, które się będą powiększać ilekroć ktoś na nie kliknie. Internetowa wystawa #LasRzeczy została otwarta dopiero na jesień i nadal jest dostępna w sieci pod adresem: https://galeriafoksal.pl/las-rzeczy/. Było to bardzo ciekawe doświadczenie, aczkolwiek raczej się wzajemnie nie inspirowaliśmy [śmiech]. Wystawa będzie się rozrastać i wcielać nowych artystów i artystki.

 

IV film dokumentalny BRAK „Sieć kontaktów się rozrosła – a potem zatrzymała się w odpowiednim momencie”.

Plakat z filmu BRAK, 2021, fot. Izabela Chamczyk

Jak wybierałaś rozmówców do filmu BRAK?

Miałam spory dylemat, w jaki sposób powinnam ich wybrać. Pierwszą osoba była Barbara Głocka. Chodziłam do klubu rehabilitacyjnego i fizjoterapeutycznego na prowadzone przez nią zajęcia z rolowania. Basia mi powtarzała, jak wszystko jej przez pandemię „zabrali” – kawiarnie, spotkania z koleżankami, wypady na lunch w przerwie w pracy. To kontakt z nią uświadomił mi, że muszę zrobić ten film.

Zastanawiałam się, czy powinnam rozmawiać ze zwykłymi ludźmi, czy jednak z postaciami medialnymi. Doszłam do wniosku, że film będzie miał szerszy zasięg, jeśli wybiorę bardziej znane postaci. Chciałam jednak ich wypowiedzi wymieszać wypowiedziami osób wykonujących zwykłe, to znaczy „niecelebryckie” zawody – ale ci drudzy nie zgadzali się na wystąpienie przed kamerą. Nie zgodził się ani ochroniarz, który pilnuje terenu gdzie mieści się moja pracownia, moja ulubiona krawcowa, fryzjerka czy sprzedawca z Biedronki. Uznałam więc, że napiszę do tych ludzi, którzy występy przed kamerą traktują jak normalną rzecz, czyli do osób znanych z mediów, rozpoznawalnych.

Zaczęłam od Mariusza Szczygła, który polecił mi kolejne osoby, a te z kolei rekomendowały mi następnych ludzi. Prosiłam też o pomoc moich znajomych. Pisząc do tych wszystkich osób byłam w pewnym momencie przekonana, że zbierze się ich za dużo – że ten zbiór przez wielość rekomendacji nadmiernie mi urośnie. Napisałam naprawdę sporo wiadomości, korzystając z kontaktów na portalach społecznościowych…

Kadr z filmu BRAK, Karolina Sulej, 2021, fot. Izabela Chamczyk
Kadr z filmu BRAK, Roma Gąsiorowska, 2021, fot. Izabela Chamczyk

Ile wypowiedzi chciałaś zawrzeć w filmie?

Uznałam, że potrzebuję czterdziestu. Co prawda 40 i 4 osoby pojawiły się w Gadających głowach Krzysztofa Kieślowskiego, który to film był oczywiście inspiracją dla mojego BRAKU, ale ja pomniejszyłam tę liczbę o cztery, bo w covidzie (2020 roku, 20+20) skończyłam czterdziestkę, a również rok temu wypadła 40. rocznica premiery tego klasycznego dokumentu. Gadające głowy trwają czternaście minut, więc ta liczba wypowiadających się ludzi wydawała mi się optymalna. Pozwalała na oddanie w filmie przekroju społecznego, a poza tym umożliwiała nasycenie publiczności odpowiednią ilością wypowiedzi.

Dziwnym trafem, kiedy miałam już prawie wszystkich nagranych, zadzwonił do mnie Krzysztof Materna, więc pojechałam do niego, zarejestrowałam jego wypowiedź – i to on okazał się ostatni. Co prawda planowałam umówić się jeszcze z dwiema osobami, ale że miały kontakt z kimś zarażonym koronawirusem, to odraczałyśmy te spotkania, a potem nie udało mi się z nimi skontaktować. Byłam nawet przekonana, że będę musiała zrobić „przesiew” i rezygnować z różnych wypowiedzi. Sieć się rozrosła – ale potem w odpowiednim momencie zatrzymała, okazało się, że mam nagranych dokładnie 40. osób. Nie umiem tego nawet dziś wyjaśnić.

Ci, którzy wypowiadają się w BRAKU, mówią w większości o tym samym – tęsknią za kontaktem z drugim człowiekiem. Czy identyfikujesz się z tym, co powiedzieli? A może gdybyś samej sobie postawiła pytanie czego ci brakuje, to miałabyś inną odpowiedź?

Kadr z filmu BRAK, Sebastian Cichocki, 2021, fot. Izabela Chamczyk
Kadr z filmu BRAK, Krzysztof Materna, 2021, fot. Izabela Chamczyk

Co prawda zrealizowałam ten film jako swój kolejny projekt artystyczny, szukając nowego tematu do podjęcia, ale po prostu chciałam spotkać się z ludźmi. Ten film był trochę pretekstem, żeby móc poprzebywać z ludźmi, porozmawiać z nimi, bo na co dzień siedzę całe dnie sama w pracowni. A co oni mówią w tym filmie? Że brakuje im ludzi [śmiech]. Wszyscy mamy te same potrzeby, bo tworzymy organizm społeczny. Okazuje się, że obojętnie kim jesteś i co robisz – to potrzebujesz tego samego. Może się zdarzyć też tak, że poszukuje się przeciwności. Gdy Karolina Sulej przyznała, że chciałaby pobyć sama – to jej przecież również chodziło o ludzi. Czyli w BRAKU idzie o brak drugiego człowieka, bądź odczuwanie przesytu innymi. 

BRAK odnosi się też do dysponowania kontaktami ludzkimi – tym, jak można je poustawiać i jak bardzo stało się to w pandemii ograniczone. Dziś albo musisz z kimś przebywać i jesteś na niego wręcz skazany, bądź nie możesz się z kimś spotkać. Można też powiedzieć, że osoby wypowiadające się w filmie odpowiedziały przede wszystkim… na mój brak, zgadzając się na udział w tym projekcie. Realizując BRAK mogłam się z nimi wszystkimi spotkać, porozmawiać, posiedzieć „na kawce”, poplotkować… Poza tym – była to również okazja na to, aby pojechać w różne dzielnice Warszawy, a także poza miasto, odwiedzić ludzi w ich domach i miejscach pracy, przystanąć w bramach ich kamienic, na podwórkach, w pobliskich parkach. Nareszcie zmieniłam na trochę miejsce swojego przebywania, bo już nie mogłam znieść rutyny bezustannego wędrowania między domem a pracownią.

Jak długo powstawał ten film?

Myślałam, że nie mając ekipy, operatora i dźwiękowca, zrobię go bardzo szybko – bo będę tylko ja, kamera, statyw i dyktafon – oraz bohater czy bohaterka. Oczekiwałam, że cała praca potrwa dwa tygodnie – a przeciągnęła się aż do dwóch miesięcy [śmiech]. Powodów było wiele – czasochłonne okazało się zarówno umawianie się z tymi wszystkimi ludźmi, jak i powtarzanie nagrań z powodu złej jakości dźwięku, czy wreszcie obróbka materiału filmowego i dźwięku, oraz sam montaż. Miałam sprzęt sprzed jedenastu lat i okazało się, że nie jest już taki dobry. Potem musiałam ten materiał dopracowywać w postprodukcji zarówno pod względem obrazu, jak i dźwięku. Były to dwa miesiące dobrej zabawy. To chyba niedużo, jak na film? Ja zresztą robię przecież działania dokamerowe – i tak również traktuję BRAK. Najważniejsze było dla mnie to, że mogłam wyjść ze świata domu i pracowni, aby poznać nowych ludzi.

 


Pandemic Dreams, wystawa zbiorowa #LasRzeczy, Galeria Foksal https://galeriafoksal.pl/las-rzeczy/tag/pandemic

BRAK http://izabelachamczyk.com/brak/

 

Tekst powstał w oparciu o rozmowy prowadzone w okresie sierpień 2020 – marzec 2021.