tagi — Adam Jastrzębski    Marek Wasilewski   

Adam Jastrzębski Transkultura hominidów. Część 2

Transkultura hominidów. Część 2

Swoje osobiste spotkanie z małpami zaplanowałem jako wycinek politycznej pracy, zmierzającej do budowy transkultury hominidów, czyli jednego z możliwych zrzeszeń formującego się Kolektywu. Twór ten, postulowany przez Latoura w Polityce Natury, nie jest prawną organizacją terytorium, nie jest powiązany z miejscem tak jak polis i nie posiada namacalnych granic. Ma za to instytucje i procedury, przez które cyklicznie przelewa się żywa materia kosmosu, wprawiając polityczną turbinę w ruch. Nieznane zjawiska pojawiają się na horyzoncie Kolektywu jako wyzwania jednocześnie polityczne i poznawcze, a złożona procedura ma przynieść jedno kompleksowe rozwiązanie dla wspólnego świata.

Poprzeczne cięcie przez stare instytucje władzy wyłoniło cztery obszary w modelu świata rozciętego dotąd na pół przez platoński jaskiniowy podział. Ruch ciał i wiedzy między obszarami odbywa się nadal, ale według nowej, wydłużonej procedury, która ma zapewnić nieznanym przybyszom sprawiedliwą reprezentację. Na jeden cykl pracy wyłaniającego się z tej operacji Kolektywu, składają się cztery etapy: niepewność i konsultacja (władza brania pod uwagę) oraz hierarchizacja i ustanowienie (władza porządkowania)1 B. Latour, Polityka natury. Nauki wkraczają do demokracji, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2009, s. 161–168.. Niepewność to właśnie wynik pojawienia się nowych faktów, otwarcie dyskusji nad udziałem nowych bytów w naszej wspólnocie. Ważne, żeby nie zignorować samego ich istnienia. Latour przypisuje temu etapowi pracy Kolektywu następujący wymóg: „nie będziesz upraszczał liczby propozycji, które należy uwzględnić w dyskusji”1 Tamże, s. 160.. Nowe byty zgłaszają do konsultacji swoje indywidualne propozycje, które muszą zostać odczytane jako określone wartości w politycznej dyskusji. Realizując to zadanie, Kolektyw musi upewnić się, że „nie ucięto arbitralnie liczby głosów uczestniczących w artykulacji propozycji”1 Tamże..

Taka konstrukcja władzy brania pod uwagę oznacza, że każde nowe odkrycie naukowe i każde zbliżenie z nieznanym bytem jest jednocześnie zaproszeniem go do wyartykułowania własnego politycznego głosu. Tylko w takim pakiecie Kolektyw uprawia swoją „politykę zagraniczną”. Władza porządkowania to podobny pakiet narzędzi polityki wewnętrznej. Hierarchizacja to praca nad uporządkowaniem nowych wartości, przedstawionych przez przybyszy w ramach hierarchii obowiązującej aktualnie wewnątrz Kolektywu, a ostatni etap – ustanowienie – zapewnia zamknięcie dyskusji poprzez ustalenie faktów, czyli umownego stanu rzeczy, na który zgadzają się wszyscy zainteresowani. Powiązanie pracy nad wartościami i faktami owocuje tym, że nowy stan prawny i nowe ustalenia nauki są w zasadzie tym samym.

Praca Kolektywu odbywa się w nieustannych cyklach. Byty przeoczone przez instytucję niepewności, których propozycje zostały źle wyartykułowane, niesprawiedliwie zhierarchizowane lub oficjalnie zidentyfikowane jako wrogie, mają szansę powrócić z apelacją w ramach kolejnego politycznego cyklu1 Tamże, s. 179.. Praca nie kończy się nigdy, gdyż nigdy nie kończy się zewnętrzność komplikująca polityczne równanie, a byty już rozpoznane, nigdy nie przestają się zmieniać i wymyślać nowych problemów.

Jeśli Kolektyw ma rzeczywiście zostać zbudowany, to praktyka, obserwacja i rzeczywista praca laboratoryjna – kluczowe wątki socjologii nauki Bruno Latoura – musiałyby wypełnić ramy jego politycznego projektu. Polityka Natury to dwie sprzeczne rzeczy: fantastyczna futurystyczna wizja, a jednocześnie surowy, techniczny model – wszystko, tylko nie opowieść o prawdziwej pracy w rzeczywistym świecie. Książka Latoura konsekwentnie wystrzega się tłumaczenia czegokolwiek na przykładach, co jest zrozumiałe wobec jej przesłania: dać arbitralny przykład rozstrzygnięcia konkretnego politycznego problemu oznacza odebrać głos i zamknąć dyskusję. Rozpoczynając pracę z pozaludzkimi aktorami, zdałem sobie sprawę, że Polityka Natury będzie mi pomocna tylko w negatywnym sensie: będzie przypominać, żeby nie odbierać głosu, nie skracać dyskusji, nie kamuflować procedur, weryfikować fakty pod kątem obecności wartości.

O ile przyjemniej byłoby, siedząc w obozie w samym środku tropikalnego lasu, wabić bananami ciekawskich nie-ludzi na międzygatunkowe negocjacje, translacje i warsztaty – robić to, co Penny Patterson, opiekunka Koko, ale tak jak Jane Goodal. Tego typu komfort neutralnego gruntu jest jednak tak samo modelowo fikcyjny jak wyobrażenie, że umowę społeczną zawarła między sobą grupa ludzi, którzy przypadkiem wpadli na siebie na leśnej polanie. W rzeczywistości struktury władzy są rozsiane i zreprodukowane w małej skali na każdym odcinku życia, fałszywie upraszczając i dzieląc to, co samorzutnie komplikuje się i splata. Znalazłem się w zoo, a moja polityka natury otrzymała potężną dawkę realizmu.

Zoo to miejsce dalekie od utopii neutralnego gruntu, na którym prowadzi się partnerski dialog. Właśnie dlatego na początku pracy przyjąłem, że moje spotkania z małpami nie powinny mieć żadnego scenariusza, żadnej gotowej, naniesionej z zewnątrz procedury, która dodatkowo kształtowałaby i tak mocno uformowane już pole gry. Z jednej strony, za tą postawą stała potrzeba wyartykułowania wobec nie-ludzi deklaracji symbolicznego, neutralnego gruntu, pustego miejsca lub pauzy, która oddzieli ich dotychczasowe relacje z ludźmi od obszaru nowych możliwości, który chciałem zaproponować. Z drugiej strony, za moją całkowitą biernością stał lęk przed kolejnym kolonialnym zawłaszczeniem, którego dokonam nieświadomie. Najbardziej niepokojąca była perspektywa, że narzucona przeze mnie forma relacji stanie się strukturalnym fundamentem jakiegoś dalszego ciągu, grzechem pierworodnym trwale formującym to, co miało być symbolicznym zalążkiem nowego, partnerskiego zrzeszenia.

Przez szereg pierwszych sesji z gibonami biernie czekałem, aż wyemanują one porcję swojej autonomii, która w połączeniu z moją autonomią stworzy zaczyn zdrowej, dającej się bezpiecznie ekstrapolować transkultury. Z tego okresu mojej pracy pochodzi szereg zapisów filmowych dokumentujących swoiste „antyperformanse”, w których moja obecność w pomieszczeniu gibonów – tylko pozornie neutralna – ma być dla nich wyłącznie zaproszeniem do działania. Film Dekolonizacja to zapis jednej z takich sytuacji, w których staram się nie robić nic poza wyciąganiem ręki na znak zaproszenia do kontaktu. Scena rozgrywa się w „domku” Betsen i samca – gdzie rozpocząłem pracę. Odwiedzałem gibony razem z ich opiekunem, a następnie pozostawałem tam około godziny, podczas której gibony miały ze mną swobodny kontakt. Budynek, w którym małpy spędzają noce oraz cały okres zimowy, podzielony jest na trzy sektory, z których dwa dostępne są dla nich na co dzień (użytkują jednak tylko jeden), a trzeci ma charakter gospodarczy. Podczas tych spotkań otwierałem drzwi pomiędzy sektorami i pozostawałem w części gospodarczej, podczas gdy gibony miały swobodę przemieszczania się pomiędzy sektorami. Krążyły wokół mnie, nigdy nie pozwalając się dotknąć, jednak samiec co jakiś czas decydował się dotknąć mnie. Pod koniec filmu między mną i nim wywiązuje się gra: każdy stara się dotknąć drugiego, sam nie będąc dotkniętym.

Fetyszyzacja ahistorycznej pauzy i dzielącego nas pustego miejsca to oczywiście fundamentalny metodologiczny grzech w obliczu misji odkrywania i konstruowania skomplikowanych sieci powiązań. Absurdalność tej perspektywy zrozumiałem, kiedy uświadomiłem sobie, że w żadnym sensie – również symbolicznym – nie jestem dla gibonów gospodarzem pola kultury, jak również, że małpy nie przybywają do mnie spoza murów miasta, a znajdują się w nim od dawna, choć pozbawione wciąż politycznej reprezentacji. Tkwią zawieszone gdzieś między niedbale wykonaną pracą niepewności, a wciąż nierozpoczętą konsultacją.

Adam Jastrzębski, „Dekolonizacja”, wideo

W pracy z gibonami zacząłem szukać jakiegoś medium, przedmiotów, sytuacji lub znaków, wokół których moglibyśmy rozwinąć wspólną aktywność. Poszukiwania te ilustruje film Zabawy lodem. Jednocześnie przesunięcie uwagi na nieusuwalny kontekst, jakim jest zoo, pozwoliło mi odczytać własną rolę raczej jako rzecznika – instytucjonalnej figury przynależnej strukturalnie do biurokratycznej machiny Kolektywu, ale zawodowo reprezentującej interesy i apelacje nie-ludzi – lub może jako tłumacza przysięgłego, związanego podwójnym zobowiązaniem – wobec struktury języków i urzędowych procedur. Temat przyjmowania perspektywy gibonów i relacjonowania ich doświadczenia podjąłem w filmowym dyptyku ŚniadanieŚniadanie (Remake).

***

Bruno Latour i Shirley Strum na przykładzie życia pawianów przedstawili interesującą teorię progów organizacji społecznej, w świetle której na bezpośrednim znaczeniu traci cały zestaw zjawisk, odkryć i formuł naukowych, jak język, pismo czy wytwarzanie narzędzi, za pomocą których próbowano dotąd dzielić społeczeństwa na zwierzęce i ludzkie lub prymitywne i wysoko rozwinięte. Zgodnie z teorią Latoura i Strum, pawiany posiadają miękkie życie społeczne, które jest złożone [complex], ale ma niski poziom komplikacji [complication]. Każdy osobnik za pomocą „miękkich” narzędzi, jak jego ciało, umysł i znajomość aktualnego stanu życia społecznego, cały czas negocjuje ze wszystkimi swoją pozycję w grupie. Ludzie wytwarzają wielopoziomowe systemy kontroli innych ludzi za pomocą szeregu społecznych narzędzi, nadając swojemu życiu społecznemu większą komplikację, ale redukując jego złożoność. „W rezultacie aktorzy zamiast kreować społeczeństwo, wydają się być umieszczani w społeczeństwie materialnym, które nad nimi panuje”1 B. Latour, S. Strum, Redefining the social link: from baboons to humans, „Social Science Information”, vol 26, 1987, s. 796..

Z perspektywy teorii Latoura i Strum takie zjawiska jak znak, język, pismo, reprezentacje, narzędzia, figurki, znajomość okolicy lub praw fizyki – wszystko, co urozmaica grę społeczną – mogą stawać się węzłem, punktem wzrostu społecznej komplikacji, nowym poziomem zarządzania innymi istotami. Żadne z tych zjawisk nie jest znaczące z samej swojej natury, obecność żadnego z nich nie przesądza o zmianie. Dopiero ich zastosowanie w procesie komplikacji życia może być zauważalne i mierzalne.

Znaki zbudowane ze znaczeń i mediujących je, coraz bardziej złożonych w produkcji przedmiotów, odgrywają kluczową rolę w organizowaniu władzy nad innymi i zwiększaniu komplikacji życia społecznego. W nowoczesnych społeczeństwach ludzkich funkcjonują wielopiętrowe systemy wytwarzania narzędzi kontroli. Obdarowując zwierzęta zabawkami ludzkich dzieci, nie tylko kolonizujemy je kulturowo tym, co ludzkie, ale też przypisujemy im bardzo specjalne miejsce w wytworzonym przez ludzi, wielopoziomowym systemie wytwarzania i obsługiwania przedmiotów-znaków. Jest to inne miejsce niż to, które wytwarza na przykład międzygatunkowy transfer technologii. Spośród wszystkich technologii przetransferowanych przez ludzi do świata małp, język migowy wydaje się najbardziej uczciwą. Cechuje ją otwarty kod i fakt, że jest wolna od wymogu zewnętrznego medium, operując na poziomie ciała.

W przypadku nowoczesnych ludzkich społeczeństw możemy obserwować nie tylko proces, w którym przedmioty pośredniczą w sprawowaniu władzy, ale również fakt, że dochodzi do akumulacji środków wytwarzania przedmiotów-znaków komplikujących życie społeczne. Ta sama nierównowaga zachodzi w relacjach kolonialnych: władza opiera się tu na środkach, formach i sytuacjach, których opresjonowana strona nie jest w stanie przechwycić, gdyż sama stanowi tylko wycinek wielkiej machiny reprodukującej tę narzuconą władzę.

Zanoszenie czegokolwiek do „domku” gibonów obciążone było ryzykiem zaciągnięcia tam macek cudzej władzy zakodowanej w przedmiotach i oczywistych dla mnie formach ich używania. Szukałem więc higienicznych „wolnych mediów” analogicznych do języka migowego: „naturokulturowych” złożeń, takich jak owoce czy patyki, obiektów, które byłyby ogólnodostępne i gotowe przyjąć na siebie nowe znaczenia.

Przedmioty które proponowałem, nie budziły dłuższego zainteresowania małp. Dopiero lód okazał się intrygującą formą pośrednictwa. Film Zabawy z lodem dokumentuje reakcję gibonów na sople, które zwieszały się od zewnątrz z dachu ich domku i które postanowiłem dostarczyć do wnętrza klatki. Zamarznięta woda nie występuje w doświadczeniu gibonów żyjących na wolności, ale europejskie gibony zoologiczne – jak Betsen i jej partner – znają zimę i towarzyszące jej zjawiska z obserwacji prowadzonych przez okna. Bezpośredni kontakt z lodem był dla nich zaskoczeniem: element natury okazał się na tyle dziwny, że stał się czytelnym rozdarciem w ich doświadczaniu codzienności.

Tężenie i rozmarzanie to dobre metafory na opisanie cykliczności pracy Kolektywu. Czwarty etap, czyli ustanowienie, to moment, w którym wypracowany stan prawny „zamarza”, żeby stopnieć przy kolejnym otwarciu na etapie niepewności. Zamarznięte przedmioty na chwilę, dla naszej wygody udają, że posiadają ostre krawędzie, ale potem ustalone fakty ponownie odsłaniają swoją procedurę wytwarzania.

Jednak najwyrazistszym kłączem, przebiegającym w poprzek granicy oddzielającej w zoo ludzi od zwierząt, kulturę od natury, jest proces karmienia. Codziennie rano pracownice kuchni przygotowują dla gibonów sałatkę, w której skład wchodzą najczęściej ryż, szpinak, banany, winogrona, chleb itd. Opiekun dostarcza następnie to śniadanie małpom w blaszanej misce, która pozostaje w ich pomieszczeniu aż do następnego dnia. W Płocku gibony otrzymują porcje większe od swoich potrzeb: jedzą do syta, najmniej atrakcyjne rodzaje pożywienia pozostawiają niezjedzone. Ta rutyna była pewnym utrudnieniem w mojej pracy: nie mogłem kupować zaufania jedzeniem. Jednocześnie nie chciałem sankcjonować dostępu gibonów do ich „własnej” żywności, chcąc uniknąć sytuacji, w której moja praca i tak już niebezpiecznie zakotwiczona w strukturach władzy sprawowanej przez zoo nad zwierzętami, spotęguje jeszcze bezpośrednią opresję. Rutyna żywieniowa gibonów wytrąciła mi z ręki uniwersalne narzędzie motywujące, stosowane w prawie wszystkich znanych mi laboratoryjnych eksperymentach dotyczących psychologii zwierząt – smakołyki. Jeśli gibon zdecydował się wziąć jakiś kąsek bezpośrednio z mojej ręki, a nie z miski znajdującej się trochę dalej, to mogłem tylko zadawać sobie pytanie, czy to wyraz jego łaskawości, czy tylko lenistwa. Jeśli gibona porównać do obywatela nowoczesnego społeczeństwa, zoo do neoliberalnego państwa, oferującego obywatelom bezpieczeństwo w zamian za wolność, a mnie do rewolucyjnego agitatora, trzeba przyznać, że zostałem skutecznie spacyfikowany w starym stylu przez społeczeństwo konsumpcyjne. Dobrobyt gibona stał się techniczną przeszkodą w prowadzeniu politycznej pracy nad wyartykułowaniem właściwych mu form podmiotowości.

Adam Jastrzębski, „Zabawy lodem”, wideo

Pokarm gibona jest dobrany zgodnie z jego żywieniowymi potrzebami, ale przyjmuje formę właściwą kulturze ludzi: składniki są pokrojone i wymieszane w określonej proporcji. Kiedy później konfrontowałem gibony z całymi owocami w skórkach, okazywało się, że obiekty te były dla nich nieoczywiste jako pożywienie i to właśnie owoce stawały się obiektami „naturokulturowymi”, dziwnymi spożywczymi zabawkami zakłócającymi rutynę sałatek owocowych. Kolorowa sałatka, w której przeważają owoce, wygląda pociągająco również dla mnie, gdyż kultura konsumpcyjna uczyniła z obrazu atrakcyjnego posiłku gotowego do spożycia ważną ikonę współczesnego świata. Tylko siermiężna, blaszana miska, znajdująca się w kadrze wideo Śniadanie, ujawnia fałsz obecny w tym wizerunku. Wyciągająca się w stronę miski dłoń wykonuje bardzo specyficzne gesty: gibonica przebiera w pożywieniu i waha się – możemy się domyślać, że je dla przyjemności. Bardzo czytelny jest fakt, że gibonica dokonuje świadomych wyborów, ale jej konsumpcyjna wolność ogranicza się do z góry zdefiniowanej gamy produktów, dostarczonych przez niewidzialny ośrodek władzy – zupełnie, jak konsument produktów i rozrywek w Społeczeństwie Spektaklu Deborda. Warto dodać, że w poprzednim zoo Betsen była żywiona uniwersalnym, jednolitym granulatem, więc różnorodność świeżych owoców ma dla niej specjalną wartość.

Spotkanie wypełnionej dobrobytem miski i grymaszącej łapki to także spotkanie kultury i natury. Wbrew intencjom zoo, starającego się poprzez ogrodzenia wybiegów utrzymać w mocy granicę między tym, co ludzkie i co zwierzęce, oraz zachować gładkie krawędzie pojęcia natury, scena konsumpcji śniadania pokazuje powikłaną strukturę pogranicza. Kultura – w tym przypadku kultura kulinarna – przenika do klatki, w której próbuje się utrzymać naturalistyczny reżim. Uosobiona przez gibona Natura nie wgryza się w pokarm dzikim, wygłodniałym pyskiem, ale sięga po niego wyrafinowanym gestem dłoni.

Sposób, w jaki Betsen sięga po jedzenie, wydał mi się bardzo sugestywny i pełen znaczeń. Postrzegam go jako subtelny, pełen wahania, ale też wyrażający znudzenie. Odczytując emocje z gestów dłoni, możemy wziąć w nawias spory obszar nieporozumień i ograniczeń w formach percepcji i stanach świadomości, wynikających z różnic w budowie głowy i mózgu. Dłoń gibona staje się dla mnie aktorem, jak w teatrze pacynek. Moja własna dłoń to także aktor i to w pełni przygotowany do zagrania tej samej roli, napisanej w uniwersalnym języku chwytnych kończyn. Odtwarzając w Śniadaniu (Remake) sposób, w jaki Betsen sięga po jedzenie, gram gibona, staję się jego filmową reprezentacją w sposób nieweryfikowalny z perspektywy naukowej. Policja epistemologiczna1  B. Latour, Polityka natury…, dz. cyt., s. 66., strzegąca monopolu Nauki poprzez przywoływania epistemologicznych trudności zawsze wtedy, kiedy mieszkańcy Jaskini próbują wkraczać w kompetencje naukowców, regularnie zabiera głos w politycznej dyskusji o małpach i przerywa pracę małpich rzeczników. Powołując się na zakaz antropomorfizacji, tym razem zostaje jednak przechytrzona: transfer rzecznictwa dokonuje się pomiędzy dłońmi, a nie organami poznawczymi, których praca jest ukryta i miękko zatopiona w niedostępnej czarnej skrzynce umysłu, jak oczy, uszy czy nos. Niezależnie od tego, jak błaha może się wydawać ta konkretna forma rzecznictwa, Remake wskazuje na potencjał translacyjny ukryty w analogii organów, struktur ciała i aktywności fizjologicznych.

Wcześniej obserwując gibony, przez cały czas intuicyjnie przypisywałem im przeróżne stany psychiczne. Wiele współczesnych „odkryć” dotyczących psychiki zwierząt to sprawy zupełnie oczywiste dla osób mających bezpośredni z nimi kontakt. Niekiedy wynika to z socjalizacji, jakiej poddawane były zwierzęta, które, tak jak pies, stopniowo nauczyły się komunikować z ludźmi. W innych przypadkach jest to po prostu efekt ewolucyjnego pokrewieństwa, za sprawą którego dzielimy podobne ciała i wspólne wzorce zachowań. Ważnym elementem takiej biologicznej wspólnoty między nami i innymi małpami jest chwytna dłoń. Amerykański język migowy, który opanowała Koko i którego nauczyła następnie innego goryla, to doskonały przykład tego, jak dłoń staje się nośnikiem uświadomionych znaczeń, przekraczających granice gatunku skuteczniej niż głowa. Mimika czy odgłosy wydawane paszczą pozostają w silnym związku z gatunkową specyfiką głowy, ale dłonie mamy w zasadzie identyczne, możemy wykonywać nimi prawie te same gesty, zarówno świadome, jak i te mimowolne.

Badacze gibonów przekonują, że ich sprawność manualna stawia je raczej w szeregu z małpami nowego świata1 Termin „małpy nowego świata” to potoczna nazwa jednostki systematycznej Catarrhini., wskazując, że nie występują u nich gesty manualne oraz gesty wskazujące na przedmioty i że mają tendencję do gestów dotykowych1 A.M. Yocom, Physical and Social Cognition in the White-handed Gibbon (Hylobates lar), Ohio State University, Columbus, OH, 2010, s. 13 [http://rave.ohiolink.edu/etdc/view?acc_num=osu1285083190].. Moje obserwacje potwierdzają to odnośnie pary czapników, ale zupełnie co innego zaobserwowałem u Asha i Sky. Najbardziej spektakularnym przykładem gestu manualnego było zachowanie Sky, która starała się zachęcić Asha do seksu. Sky wypinała pośladki tuż przed jego twarzą, a następnie odwracała się do Asha i bardzo czytelnym gestem ramienia, identycznym z tym, jaki wykonują ludzie, przywoływała go do siebie. Oczywiście jest bardzo prawdopodobne, że gibony nauczyły się używania gestów od ludzi, jednak nawet jeśli tak było, potwierdzałoby to tylko tezę, że ciała i ich ekspresja są czytelne dla innego gatunku, który może adaptować zawarte w nich kody.

Do 2017 roku, po ponad rocznej znajomości z Betsen i jej partnerem, moje artystyczne założenia ewoluowały. Od całkowitego redukcjonizmu i utopii kulturowej higieny, którą muszę zachować w imię zachowania politycznej poprawności pierwszego kontaktu, poprzez eksperymenty z zapośredniczaniem relacji w naturo-kulturowych obiektach takich jak owoce, lód czy nagrane dźwięki, przeszły w spontanicznie skonstruowany eksperyment, w którym skonfrontowałem gibony z plastikową figurką, co obrazuje film Spider-Man.

Przez cały czas byłem bardzo ostrożny z fundowaniem gibonom bodźców z ludzkiego pola kulturowego, ale jednocześnie miałem wrażenie, że w dłuższej perspektywie są obojętne na przedmioty, które dostarczałem, i sytuacje, które aranżowałem. Podstawowym problemem w zabawach była pozornie drobna, dzieląca nas różnica ekologiczna: gibony są zwierzętami nadrzewnymi i chociaż swobodnie poruszają się po ziemi i to w postawie wyprostowanej, wiele z nich traktuje to jako stan wyjątkowy. Przez cały czas, kiedy obserwowałem ich życie, żadne z pary nigdy nie dotknęło stopą gruntu, ani w pawilonie, ani na wyspie. Jedynym, ale codziennym wyjątkiem od tej zasady jest dla nich konieczność odbicia się od ziemi w celu wejścia do tunelu prowadzącego na wyspę. Betsen i samiec czapnika traktują rzeczy, które spadają na grunt, jako bezpowrotnie stracone i tylko kilka razy zaobserwowałem, jak podczas pobytu na wyspie, Betsen schodzi na sam dół stojącej tam konstrukcji, żeby nie dotykając gruntu, sięgnąć ręką po coś leżącego na ziemi. Ash i Sky nie traktują ziemi z aż taką niechęcią i chociaż preferują gałęzie i półki, schodzą śmiało na dół, na przykład, żeby podnieść leżące tam pożywienie.

Kiedy gibony decydowały się wziąć do rąk jakiś przedmiot, który umieszczałem w ich klatce, zabawa trwała zawsze aż do pierwszego rozproszenia uwagi. Wtedy gibon wyrzucał lub upuszczał przedmiot i nie interesował się nim więcej. Tak było na przykład z cytrusami w skórkach, których gibony na co dzień nie otrzymują i których najwyraźniej nie umiały otwierać. Zwykle po kilkunastosekundowym badaniu owoce były wyrzucane na ziemię.

Plastikowa figurka Spider-Mana pojawiła się przypadkiem: znalazłem ją na ulicy, idąc do zoo na spotkanie z gibonami. Okoliczność przypadkowego znalezienia plastikowego ludzika posłużyła mi za chwilowe usprawiedliwienie dla działania sprzecznego z moim redukcjonistycznym paradygmatem. Figurka nie była moim cywilizacyjnym przedłużeniem, czymś co wybrałem z premedytacją, żeby móc rządzić relacją, ale czymś, co przypadkiem wpadło pomiędzy nas i stało się dla nowej interakcji formą jeśli nie neutralną, to przynajmniej chaotyczną. Później stało się dla mnie jasne, że wybór nie był wcale neutralny i w dniu, w którym, idąc do zoo, znalazłem ludzika, zignorowałem jednocześnie całe mnóstwo przedmiotów, które mogły okazać się ciekawe dla gibonów.

W technicznym sensie, figurka, którą wprowadziłem do pawilonu gibonów, to postać mężczyzny o przerysowanej atletycznej budowie, wykonana z czerwonego plastiku, z którego starła się już część farby. Figurkę tę umieściłem na małej platformie, na której zwykle przebywa bezimienny samiec, kiedy odpoczywa. Wcześniej, kiedy postępowałem w ten sposób z owocami, kulką papieru i soplami lodu, samiec nigdy nie wahał się przed usuwaniem tych przedmiotów i zajmowaniem swojego miejsca. Również Betsen nigdy nie przejawiała żadnego onieśmielenia wobec przedmiotów. W przypadku Spider-Mana było jednak inaczej.

Gibony zaczęły krążyć wokół figurki, jednak żadne z dwojga najwyraźniej nie miało odwagi jej dotknąć. Oboje kilkukrotnie zbliżali się do niej z wyraźnym zamiarem dotknięcia, po czym wycofywali się. Każde przyjmowało indywidualny sposób reagowania: samica siadała za Spider-Manem i starała się od góry dotknąć jego głowy czubkiem języka, a samiec wykonywał gest, jakby chciał dotknąć go od boku dłonią. W końcu Spider-Man został przez niego przewrócony. Upadek i ruch wywołał chwilowe zaniepokojenie, ale przy kolejnej próbie figurka została zrzucona z platformy. Samiec wrócił na swoje stanowisko, strącony na ziemię Spider-Man był od tej pory zupełnie ignorowany.

Adam Jastrzębski, „Spiderman”, wideo

Eksperyment powtarzałem jeszcze kilkukrotnie: za każdym razem tempo obalania intruza było szybsze, a jego symboliczna władza mniej sugestywna. W zasadzie już za czwartym razem po krótkim zastanowieniu samiec wziął Spider-Mana do ręki i od razu rzucił go na ziemię, przywracając stosunkom w pawilonie normalność. Po przeprowadzeniu tego cyklu eksperymentów, figurka pojawiała się w naszych relacjach jeszcze kilka razy, jednak teraz to samica przejawiała szczególne zainteresowanie czerwonym ludzikiem, którego chętnie zabierała i badała zębami.

***

Istotą transkulturowej sztuki hominidów, którą próbowałem stworzyć we współpracy, ale również niekiedy wbrew intencjom gibonów, było tworzenie sytuacji, działań oraz interakcji, które są atrakcyjne i znaczące dla wszystkich stron, a ich znaczenia – chociaż nie mogą być identyczne – korespondują ze sobą. Trzy strony w szczególny sposób uczestniczą w tej relacji: pierwszą z nich jestem ja sam: spełniałem swoje marzenie o osobistym poznaniu małp, wytworzyłem sobie dogodne pole o sporej – biorąc pod uwagę sytuację – autonomii i tworzyłem w ramach niego nowe sytuacje. Drugą są gibony, które współtworzą tę relację, a trzecią jest hominidzka publiczność. Nie mam wątpliwości że na filmie Spider-Man wykreowałem i udokumentowałem sytuację, którą gibony przeżywały jako silne emocjonalne doświadczenie. Spider-Man wywołał w nich szczególne zainteresowanie i szczególny lęk. Ludzki widz może tę scenę interpretować w sposób symboliczny – jako ilustrację doświadczenia quasi-religijnego, a w każdym razie sytuację wystylizowaną według pewnego kanonu prezentowania pogańskich idoli: fallicznych figur nadludzkich istot, które mogą być spektakularnie obalane. Zachowanie gibonów łatwo zinterpretować wtedy wpierw jako nabożny lęk, potem jako wewnętrzny konflikt, w końcu akt ikonoklastyczny. Badacz zachowania zwierząt będzie interpretować tę scenę jako silnie emocjonalnie nacechowane doświadczenie poznawcze: gibony są zaciekawione nieznanym przedmiotem o intensywnych kolorach, konfrontują się z nim, uznają, że jest niejadalny i wyrzucają go na ziemię. Ostateczne zinterpretowanie tego, czego doświadczyły gibony, wymaga jednak złożonej pracy nad rekonstrukcją ich „studni świadomości” i obrazu świata.

Zastanawiałem się, czy postać człowieka (nadczłowieka) jest czytelna dla gibonów i w jakim sensie. Czy obcując z figurką, podlegają władzy instynktu (np. interpretują ją jako nieruchomą małą małpkę), czy też władzy reprezentacji? Czy jednocześnie wiedzą, że jest martwa, ale też ulegają emocjom wynikającym ze skojarzeń z czymś żywym i rzeczywistym? A jeśli figurka odsyła do czegoś innego, to czy jest to człowiek (może po prostu jestem to ja, czyli Spider-Man, ale za razem mały czerwony pokurcz, którym można cisnąć o ziemię), czy jest to raczej małpa lub może upragniony uogólniony hominid? A może figurka zostaje obsadzona szeregiem emocji i wyobrażeń, o których nie mamy pojęcia?

Pierwszą modyfikacją, którą postanowiłem wprowadzić w eksperyment, była więc sama figurka. Spider-Man został zastąpiony przez inną plastikową postać – trochę większą i cięższą, ciemnozieloną istotę pozbawioną wyraźnie zarysowanej głowy, za to sylwetką przypominającą nieco goryla lub karykaturalnie umięśnionego gibona. Eksperyment miał podobny charakter i przebiegał dwa tygodnie później. Postać ta zupełnie nie zainteresowała żadnej z małp i w zasadzie od razu była zrzucana na ziemię przez samca. W kolejnym eksperymencie „małpoidalną” figurkę pomalowałem na czerwony kolor, w odcieniu podobnym do Spider-Mana. Samiec zajął miejsce za figurką, ale zamiast ją zrzucić, zaczął wykonywać szereg min, które zinterpretowałem jako niechęć, a nawet obrzydzenie, przy czym był to najbardziej ekspresyjny i karykaturalny grymas, jaki kiedykolwiek widziałem na jego twarzy. Przypuszczalnie figurka zachowała niewyczuwalny dla mnie zapach farby, który był przykry dla gibona. Chwilę później figurka została zrzucona. Na tym etapie eksperyment został zakończony.

***

Behawioryzm w swojej pierwotnej postaci, zdefiniowanej przez Johna Watsona, starał się dla każdego obserwowanego zachowania lub zespołu zachowań znaleźć pochodzący z otoczenia bodziec – tak, aby wytłumaczyć je bez przypisywania badanym zwierzętom intencjonalności czy żadnych innych stanów psychicznych1  M. Trojan, Na tropie zwierzęcego umysłu, Wydawnictwo Naukowe Scholar, Warszawa 2013, s. 13.. Jeszcze w latach trzydziestych XX wieku ta sztywna formuła uległa rewizji, głównie za sprawą badań Edwarda Tolmana, który model „bodziec-reakcja” zastąpił modelem „bodziec-bodziec”, wskazującym na ukryte dla obserwatora ciągi skojarzeń dzielących pierwszy impuls od ostatecznej reakcji1 W. Pisula [red.], Psychlogia porównawcza, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2006, s. 27.. Jednak przez wiele lat klasyczny behawioryzm pozostawał teoretycznym fundamentem dla pracy laboratoriów produkujących nagie życie, a formuła „bodziec-reakcja” znajdowała bezpośrednie przełożenie na relacje podmiot-przedmiot, w której bodziec jest suwerenny, a reakcja (niezależnie od tego, jaką niesie treść) zawsze pogłębia tylko uprzedmiotowienie. Sytuacja przedstawiona na filmie Gibbonenfänger to próba odwrócenia i zakwestionowania tych mechanizmów.

Film przedstawia samca podczas codziennych zajęć na wyspie, znajdującej się na wybiegu gibonów. Moje działania adresowane są właśnie do niego: siedzę na drugim brzegu z fletem przy ustach i za każdym razem, kiedy gibon spojrzy mi w oczy, gram do niego frazę trwającą tak długo, jak sam kontakt wzrokowy. W ten sposób odwrócony zostaje kierunek wysyłania bodźców i to małpa staje się suwerennym ośrodkiem. Związek bodźca i reakcji nadal jest implementowany w umyśle gibona, ale nie w ramach formuły, w której uczenie się i tresura są w zasadzie tożsame. Gibon, słysząc dźwięk fletu, uczy się związku między bodźcem a reakcją, ale inaczej, niż robią to zwierzęta laboratoryjne.

Dystrybucja spojrzeń jest kluczowym zagadnieniem zarówno w krytycznej analizie utworów filmowych i fotograficznych, gdzie oko kamery oraz spojrzenia sportretowanych osób i widzów wikłają się często w złożone struktury, jak i w badaniach nad umysłami zwierząt, w których śledzenie spojrzenia zwierzęcia może ujawniać treść jego świadomości, a śledzenie cudzego spojrzenia przez zwierzę może ujawniać treść danego wycinka relacji społecznych.

Zarówno w sytuacjach eksperymentalnych, jak i w środowisku naturalnym, naukowcom udaje się za pomocą analizy spojrzeń i punktów widzenia dowodzić posiadania przez badaną istotę teorii świadomości, czyli przekonania, że inni są świadomi1  M. Trojan, dz. cyt. s. 58-74.. Jednym z najprostszych eksperymentów pozwalających domyślać się posiadania przez zwierzę teorii umysłu jest sprawdzanie, czy jest ono zdolne do śledzenia wzroku. Śledzenie wzroku osobników własnego gatunku to według niektórych hipotez wrodzony mechanizm pozwalający zwierzętom żyjącym w stadzie dzielić informacje o nagle pojawiającym się drapieżniku lub o zauważonym źródle pokarmu1  Tamże, s. 62.. Niezależnie od tego, czy jest to zachowanie wrodzone, czy efekt dedukcji, zakładającej z góry istnienie świadomości u istoty, której wzrok zwierzę śledzi, wspólne patrzenie na te same ważne rzeczy (jak jedzenie czy drapieżnik) jest niewątpliwie punktem wyjścia do powstawania bardziej złożonych sytuacji społecznych, w których uwzględnienie czyjejś świadomości staje się coraz bardziej przydatne. Rozwinięciem testu sprawdzającego śledzenie spojrzenia jest doświadczenie, w którym spojrzenie eksperymentatora kierowane jest w miejsce niedostępne dla spojrzenia badanego zwierzęcia, ale leżące w jego zasięgu. Jeśli zwierzę zdecyduje się sprawdzić, co znajduje się w niedostępnym dla jego wzroku punkcie, oznacza to, że przyjęło w myślach perspektywę eksperymentatora.

Film Gibbonenfänger powstał już po serii spotkań, podczas których chciałem zachęcić gibony do zapoznania się z fletem. Oczywiście moim marzeniem było skłonić je do dmuchnięcia we flet, niestety ani dźwięki fletu, ani sam przedmiot nie spotkały się z ich zainteresowaniem. Dźwięk fletu nie był więc sam w sobie atrakcyjny dla gibonów i jestem pewien, że nie motywował on samca do spoglądania mi w oczy.

Samiec nie przepadał za mną, a okazywał mi to głównie przez obojętność na pomysły i płynące z mojej strony zachęty. Obojętność ta była udawana, o czym przekonywałem się kilkakrotnie, kiedy przebywając razem w pawilonie dłuższą chwilę, odwracałem od niego wzrok lub kiedy odwracałem się do niego plecami. Często w takich sytuacjach zakradał się w moje pobliże, żeby badać moje ubranie i włosy czy po prostu kopnąć mnie, wisząc na rękach. Podczas pobytu na wyspie gibony najczęściej pochłania zabawa – Betsen i jej partner to zgrana para, która pozostaje w niemal ciągłej interakcji. Jednak samiec – wiedząc, że siedzę nieopodal – nie mógł powstrzymać się przed zerkaniem w moim kierunku. Te krótkie badawcze spojrzenia postanowiłem wykorzystywać jako umowny bodziec płynący w moją stronę. Możliwość uruchamiania fletu, którą otrzymał gibon poprzez władzę nad moim ciałem, jest pozorna, bo spojrzenia, które kieruje w moją stronę, są w pewnym stopniu odruchowe i wynikają częściowo z nawyku kontrolowania spojrzeniem otoczenia. Jednak nie ma to wpływu na konsekwencje – aktywność ciała gibona jest jego własnością, niezależnie od tego, ile woli i samoświadomości wkłada on w swoje zachowanie. Ważne jest, że gibon może patrzeć, tam gdzie chce, więc jest w stanie obsługiwać ustanowioną relację.

Poprzez taką konstrukcję sytuacji chciałem odwrócić cele, które kierują laboratoryjnymi eksperymentami: nie chodzi mi o to, aby zamieniać gibona w przedmiot badawczy i testować go pod kątem samoświadomości lub posiadania teorii umysłu, ale o to, żeby samemu stać się dla niego przedmiotem – jednak tylko po to, by następnie wyłonić się przed nim ponownie jako podmiot. Jestem przedmiotem spojrzenia, który mówi: wiem, że jestem widziany; lub dokładniej: widzę twoje spojrzenie.

Film odwraca lacanowski porządek analizy ekranu, w tym przypadku widowiska zoologicznego, który przedstawiłem na początku tekstu. Teraz to gibon jest patrzącym, a moją realność zasłania ekran, na który gibon projektuje wszystkie swoje wyobrażenia na mój temat lub może nie projektuje nic, lecz po prostu ujarzmia mnie swoim spojrzeniem, zmieniając mnie w mało interesujący przedmiot. Teraz to ja, starając się pochwycić jego wzrok swoim wzrokiem, wiercę w tym ekranie dziurę.

Tytuł pracy stanowi nawiązanie do niemieckiej legendy o fleciście z Hameln, spopularyzowanej m.in. przez Braci Grimm. Rattenfänger, szczurzy pasterz, za pomocą fletu oswobadza miasto od plagi szczurów, wyprowadzając zwierzęta poza mury. Oszukany przez mieszkańców i pozbawiony zapłaty mści się, robiąc z dziećmi to samo, co ze szczurami: uprowadza je w nieznane za pomocą swojego instrumentu. Legenda splata kilka klasycznych wątków tradycji behawiorystycznej. Chociaż władza flecisty nad szczurami ma charakter magiczny, a w każdym razie niepojęty dla mieszczan, jest ona ujęta w formę procedury: dla szczurołapa jest to stała metoda pracy, a doświadczenie okazuje się weryfikowalne. Szczurołap za pomocą stałego bodźca osiąga powtarzalną reakcję.

Transkultura hominidów. Część 1

***

Moje krótkie i przejmujące relacje z Ashem nie miały nic wspólnego z zabieganiem o łaskę kontaktu fizycznego lub wzrokowego, jak miało to miejsce z bezimiennym samcem i jego partnerką. Ash, z którym udało mi się nawiązać natychmiastowy kontakt, wydał mi się najciekawszą i najinteligentniejszą gibonią osobą, jaką spotkałem. Kiedy go poznałem, był bardzo spragniony kontaktu, gdyż przebywał w klatce samotnie. Być może dlatego obdarzył mnie uwagą i zainteresowaniem, na które nie mogłem liczyć u czapników. Jakiekolwiek były tego źródła, przebywając z Ashem, miałem cały czas poczucie, że śledzi on mój wzrok oraz że ja jestem w stanie śledzić jego wzrok i domyślać się, na czym skupia uwagę i po co za chwilę sięgnie. W przeciwieństwie do niego, spojrzenie obojga czapników zawsze wydawało mi się trochę nieprzeniknione.

Liebal i Kaminski na podstawie badań nad czapnikami sugerują, że zdolność podążania za ludzkim wzrokiem u gibonów może wynikać po prostu z wychowania w bliskim kontakcie z ludźmi1 J. Kaminski, K. Liebal, Gibbons (Hylobates pileatus, H. moloch, H. lar, Symphalangus syndactylus) follow human gaze, but do not take the visual perspective of others, „Animal Cognition”, vol. 15 (6), 2012, s. 1212.. Innym wytłumaczeniem jest fakt, że gibony wykazują dość duże osobnicze zróżnicowanie, kiedy poddaje się je typowym testom kompetencji poznawczych1  A.M. Yocom, Physical and Social Cognition…, dz. cyt., s. 12.. Niezależnie od tego, czy Ash nauczył się dużo od ludzi, czy jest po prostu bystrzejszy od pary czapników, relacja z nim dostarczyła mi silnego poczucia bliskości i porozumienia. Moje kontakty z Ashem były bardzo ograniczone: początkowo znajdował się w pawilonie, który nie pozwalał na zorganizowanie bezpośredniego spotkania w neutralnej przestrzeni. Po przenosinach do nowego pomieszczenia, udało mi się przeprowadzić kilka spotkań, a podczas jednego z nich powstał film Lekcja Banana. Później Ash wraz ze sprowadzoną dla niego partnerką, Sky, trafili ponownie do starej klatki Asha, gdzie spłodzili dwójkę dzieci.

W okresie przed narodzinami giboniątka udało mi się zorganizować z Ashem i Sky krótką sesję, podczas której komunikowaliśmy się przez szparę w uchylonych, okratowanych drzwiach. Sky okazała się bardzo otwarta na kontakt, jednak nie miałem okazji poznać jej tak dobrze jak pozostałych gibonów. Obserwując relacje pary, nabrałem przekonania, że Sky jest dominującą stroną w tym związku, odwrotnie niż miało to miejsce u Betsen i jej partnera. Relacja łącząca parę czapników wydawała się dość partnerska – poza tym, że zawsze kiedy samiec chciał odebrać Betsen coś, co trzymała w dłoni (najczęściej jedzenie), ta dość szybko ustępowała. W relacjach Asha i Sky nie zauważyłem nigdy dominacji na polu dostępu do żywności, ale wesoła i aktywna Sky wyraźnie przytłaczała swoją witalnością refleksyjnego i trochę wycofanego partnera. Kilkukrotnie obserwowałem sytuacje, w których Sky wymuszała na Ashu seks, a pracownicy zoo byli również świadkami jej przemocowych zachowań wobec samca. Bardzo ciekawej obserwacji dokonano podczas porodu: Ash aktywnie pomagał samicy. Kiedy w klatce pojawił się noworodek, opiekun gibonów poprosił mnie o ograniczenie kontaktów, więc dalszą znajomość z parą kontynuowałem tylko przez kraty, z perspektywy alejek przeznaczonych dla gości.

Jeszcze zanim zacząłem realizować swój projekt, pracownicy zoo zdecydowali się urozmaicić życie samotnego Asha za pomocą pluszowej małpki. Warto zauważyć, że małpka posiada ogon, nie jest więc wiarygodnym modelem gibona. Film Artificial Gibbon pokazuje zażyłą relację, łączącą Asha z zabawką: Ash śpi razem z pluszakiem, wykonuje akrobatyczne ewolucje, cały czas trzymając go w jednej z kończyn, a kiedy jego sztuczny towarzysz spadnie na ziemie, szybko schodzi po niego. Jedno z ujęć pokazuje, jak gibon zbliża swoją twarz do twarzy zabawki. Po pewnym czasie zabawka trafia na ziemię, a Ash siada nad nią i wydaje się zatopiony w myślach. W ostatniej scenie drobny hałas wyrwa gwałtownie Asha ze stanu, w którym się pogrążył.

Urozmaicanie życia zwierząt zoologicznych za pomocą zabawek to praktyka bardzo powszechna w ogrodach zoologicznych, mająca zapobiegać nudzie i poprawiać dobrostan. Niekiedy są to obiekty projektowane z myślą o konkretnych zachowaniach zwierząt, jak na przykład wielka, zawieszona na łańcuchu kula, z którą mieszkające w Płocku słonie mogą się mocować. W innych przypadkach zwierzęta otrzymują zabawki ludzkich dzieci. To właśnie na małpy szczególnie często projektuje się wyobrażenia o umysłowych możliwościach i potrzebach małych dzieci. Ogrody zoologiczne i azyle, które prezentują życie swoich małpich podopiecznych w mediach społecznościowych, regularnie prezentują zdjęcia małp bawiących się kolorowymi plastikowymi zabawkami oraz pluszakami.

Adam Jastrzębski, „Śniadanie”, wideo

Podobnie jak Spider-Man, film Artificial Gibbon nie pozwala jednoznacznie rozstrzygnąć, jak Ash postrzega swojego „przyjaciela”: czy przypisuje mu życie lub podmiotowość, czy też postrzega go jako przedstawienie, a jeśli tak, to przedstawienie czego? Małpy w ogóle, wyimaginowanego dziecka, utraconej rodziny czy anonimowego gibona? Chyba zdaje sobie sprawę, że zabawka posiada głowę, bo kieruje do niej swoją twarz. Niewątpliwie lubi ją jako przedmiot (nosi ze sobą), ale też traktuje z troską jako postać – pracownicy zoo widzieli nawet, jak stara się ją karmić.

Nie sądzę, żeby można było przywiązanie Asha do małpki interpretować wyłącznie jako instynktowne zachowanie, poszukujące jakiegokolwiek obiektu do obsadzenia. Taki sposób interpretowania relacji małp z modelami innych małp forsowali behawioryści w serii słynnych, okrutnych eksperymentów ze sztucznymi surogatkami, w których małe małpiątka bezwarunkowo ufały zadającym im cierpienie modelom matek1 D. Haraway, Primate Visions: Gender, Race, and Nature in the World of Modern Science, Routledge, New York, London, 1989, s. 236–243.. Zachowania Asha nie przypominały żadnego porównywalnego modelu: teraz, kiedy Ash jest partnerem i ojcem, widać, że wcale nie poświęca aż tak intensywnej uwagi swojemu dziecku ani partnerce, ani nie bawi się z nimi w podobny sposób. Ten dystans jest typowy dla samców gibonów, a w porównaniu z zachowaniami ojcowskimi opisanymi przez Christiana Braendle’a i Thomasa Geissmanna1 C. Braendle, T. Geissmann, Behavioural development of a Pileated Gibbon, „International Zoo News”, vol. 44, No. 1, 1997., Ash i tak wydaje się wyjątkowo zaangażowany w sprawy rodziny. Jego zachowanie wobec pluszowej małpki przypomina trochę sposób, w jaki wolny czas spędzają Betsen i jej samiec: serie akrobacji przeplatane sesjami iskania. Zachowania Asha z małpką to ogólne formy życia towarzyskiego, zabawa i opieka, która nie sprowadza się do odgrywania określonych ról rodzinno-społecznych. Zabawka jest aktorem, co w tym przypadku znaczy, że nie napełnia się automatycznie znaczeniami podyktowanym przez ewolucję, ale bohatersko przyjmuje wszystkie role, które druga strona wysuwa jako propozycję nowej społecznej gry.

Film Lekcja Banana dokumentuje scenę, w której zapoznaję Asha z nieobranymi i niepokrojonymi owocami, które – tak samo jak miało to miejsce u czapników – nie były częścią jego codziennej żywieniowej rutyny. Podając gibonowi kolejne owoce, starałem się zasugerować mu formułę handlu wymiennego. Za pierwszym razem Ash ulega mojej sugestii: oddaje mi trzymaną w rękach pluszową małpkę i bierze owoc. Kiedy jednak chce dokonać kolejnej zamiany i sięgam po owoc trzymany przez Asha, ten wyraźnie odsuwa moją rękę. Gest, który wykonuje, jest zawieszony w pół drogi między bezpośrednim działaniem a znakiem tego działania. Gest jest zbyt słaby, żeby faktycznie powstrzymać moje zamiary, ale Ash nie musi uciekać ani używać większej siły, aby wyegzekwować swój sprzeciw. Chociaż nie odwołuje się on do żadnej zewnętrznej konwencji symbolicznej, treść gestu jest zupełnie jasna dla nas obu. Znaczące rodzi się tu przez redukcję znaczonego, tak jak piktogram powstaje z redukcji przedstawienia do reprezentacji. W podobny sposób Sky nakłaniała Asha do seksu: wykonywała ruch ręką, jakby chciała go przyciągnąć do siebie, ale nie chwytała jego ciała, redukując swój ruch do zachęcającego gestu.

Chwilę później Ash otrzymuje ode mnie banana i zaczyna obgryzać go, połykając kawałki skóry. Staram się odwieść go od tego i dokonuję prezentacji: obieram drugiego banana, jem oczywiście tylko miąższ. Ash naśladuje mnie, zjada miąższ, a skórkę wyrzuca na ziemię. Nauka obierania banana przypomina trochę praktyki z lasu treningowego dla rehabilitantowanych orangutanów. Natura okazuje się tu wobec socjalizacji wtórnym konstruktem, którym zawsze przecież była, skoro socjalizacja z własną grupą lub chociaż jakimś innym osobnikiem jest pierwotnym doświadczeniem formującym podmiot.

Filmy, które stworzyłem w oparciu o zebrany materiał, składają się z pojedynczych ujęć lub zestawień długich dokumentalnych kadrów, w które nie ingerowałem. Nie stanowi to w żadnym razie gwarancji obiektywności ani nie daje im mocy naukowych dowodów, ale jest znakiem przywiązania do zadania rzecznictwa i przypisanego do niego zobowiązania transparentności pracy politycznej. Sam gest selekcji materiałów to tylko ostatni poziom wielowymiarowej kreacji złożonej z tego, co zoo robi z małpami, i tego, co pokazuje widzom; tego, co z małpami robiłem ja, oraz tego, czym one same zdecydowały się wypełnić wytworzoną dla nich przestrzeń wolności.

Żaden z filmów nie zawiera intencjonalnych manipulacji – to znaczy wszędzie tam, gdzie podejmuję wątek zawartości małpiego doświadczenia, pokazuję tylko to, co miałem wrażenie zobaczyć. Zresztą, żadna z zarejestrowanych scen nie stara się dowodzić jakichś ryzykownych hipotez na temat zwierzęcej świadomości: wszystkie stany umysłu, których dopatruję się u gibonów i które staram się zreferować w moich filmach widzowi, zostały już zarejestrowane wcześniej przez naukowców. Z drugiej strony, w internecie znaleźć można coraz więcej amatorskich (tzn. nieakademickich) zapisów filmowych, pokazujących polityczną pracę z małpami i rodzące się formy hominidzkiej transkultury, znacznie wymowniejszych od tego, na co pozwoliły mi instytucjonalne okoliczności mojej pracy. Postępowe ogrody zoologiczne próbują na przykład wielogatunkowych wybiegów – szczególnie widowiskowym i obiecującym połączeniem wydaje się stowarzyszanie gibonów z orangutanami. W internecie znaleźć też można wiele filmów przekonujących, że udomowione gibony potrafią znakomicie dogadywać się z psami.

Adam Jastrzębski, „Lekcja banana”, wideo

Dzikie gibony chętnie socjalizują się z turystami, a w każdym razie turyści chętnie wytwarzają i publikują tego typu dokumenty. Jeden z najciekawszych, ale i najsmutniejszych przykładów transkulturowych relacji przedstawia dokument Kalia the Lost Gibbon 1  [https://www.youtube.com/watch?v=obfa_YJg3M8]., opowiadający o samicy, która po stracie rodziny spontanicznie stała się członkinią wiejskiej społeczności, mieszkając wśród ludzi i budując zindywidualizowane relacje z różnymi ludźmi i psami. Decyzja ta kosztuje ją życie – zostaje zabita przez członków społeczności, z którymi wchodzi w konflikt. Wszystkie tego typu filmy stanowią przejaw kruszenia się wszechwładzy policji epistemologicznej. Chociaż wszystkiemu, co pochodzi spoza pola akademickiego, można zarzucić błędy metodologiczne, przeróżne formy antropomorfizujących lub naturalizujących projekcji, a także zwykłą manipulację, to jednak materiały te skutecznie przyczyniają się do rozwoju polityki międzygatunkowej, kształtują opinię publiczną i mogą stanowić skuteczniejszy kanał dla zwierzęcego rzecznictwa niż wolno ewoluujące pole akademickie.

Moje prace nie sytuują się w awangardzie tego ruchu, ale też nie było moim celem zmieniać moich bohaterów w kaskaderów laboratoryjnej inteligencji lub żywe pomniki dla całego gatunku. Chciałem za to zrealizować dwa cele. Przede wszystkim, oddać głos, wytworzyć – wbrew okolicznościom – przestrzeń wolności, stworzyć hominidzki happening, w którym moje prowokacje nie muszą prowadzić do żadnej zaplanowanej puenty. W tym, co leżało po mojej stronie i co intencjonalnie wnosiłem do powstających zapisów, czyli w treści projektowanych sytuacji i późniejszej selekcji materiału, starałem się być wierny drugiemu celowi: myśleć o hominidzkiej publiczności. Szczególnie dyptyk ŚniadanieŚniadanie (Remake) może być doskonale czytelny dla bardzo różnych gatunków odbiorców, przy jednoczesnym subtelnym przesunięciu znaczeń w zależności od tego, czy widzem jest człowiek, gibon czy inna małpa. Nawet jeśli gibony zostały czasem zmanipulowane jako aktorzy (tak jak dzieje się to w filmie Spider-Man) to nie jest to forma reżyserskiej kontroli, wymuszającej atrakcyjną dla własnego oka reakcję, ale raczej zapis transkulturowego chaosu, który może formować się ciągle w nowej postaci, zależnie od rodzaju hominida, który zapis ten ogląda.

Domyślny, futurystyczny hominidzki widz to produkt ekstrapolacji moich własnych działań na wielopokoleniowy proces polityczny, który zgodnie ze wskazówkami Bruno Latoura powinien gromadzić skrupulatnie dokumentację wszystkich swoich stanów pośrednich. W archiwum tym filmy takie jak Dekoloniacja, Spider-Man, czy Śniadanie stanowić będą dokumentację pierwszego, może nawet przedwstępnego obrotu koła Kolektywu. Na razie trwa napędzany zewnętrzną siłą rozruch, ale polityczny silnik za chwilę zaskoczy, a wehikuł wyruszy w nieznane.

 

Tekst jest fragmentem pracy doktorskiej Adama Jastrzębskiego Transkultura hominidów + gibonów, przygotowanej pod opieką prof. Marka Wasilewskiego na Uniwersytecie Artystycznym w Poznaniu.