tagi — Tymon Rogalski    Zbigniew Rogalski   

Zbigniew Rogalski, Tymon Rogalski Prawdziwe rysunki

Prawdziwe rysunki

Zbigniew Rogalski: Synu, od kiedy skończyłeś 1,5 roku, większość czasu spędzasz na rysowaniu. Co w tym takiego fajnego?

Tymon Rogalski: Ja po prostu nie mogę się powstrzymać. Jak rysuję, to czuję się taki, no… szczęśliwy. Wyobrażam sobie różne fajne rzeczy, których nie ma. Np. kiedyś zrobiłem rysunek przedstawiający najdłuższy ogon świata. W kąciku kartki narysowałem malutką myszkę i taki wieeelki ogon w postaci bardzo długiego, skręconego spiralnie węża.

Lubię sobie bazgrolić. Czasami są to rzeczy, które nie mają sensu, a czasami robię też takie „prawdziwe” rysunki. Często też rysuje sobie różne światy, które nie istnieją.

ZR: Światy, które są ciekawsze niż ten „prawdziwy”?

TR: Nie wiem czy ciekawsze, po prostu inne.

ZR: Pamiętasz swój pierwszy rysunek?

TR: Nie, musiałem być wtedy bardzo mały. U nas w kuchni wisi twój portret, który zrobiłem gdy miałem z 2 lata. Wcześniej narysowałem też babcię. Nie potrafiłem wtedy jeszcze mówić więc pokazałem palcem na rysunek i powiedziałem „baba”. Mama go podpisała.

ZR: Jak patrzysz na swoje rysunki sprzed kilku lat, to one ci się podobają?

TR: No coś ty! Bazgrałem jak kura pazurem. Ale chyba wszystkie maluchy tak bazgrzą. Tato, a to prawda, że niektóre obrazy, które kiedyś namalowałeś też ci się już nie podobają?

ZR: Prawda. Z kilku rzeczy jestem zadowolony, z kilku średnio, a z niektórych wcale. Te prace, które powstają w poczuciu, że się coś nowego odkrywa, że jest się wynalazcą – robi się wspaniale. Wtedy można pracować od rana do wieczora. Jak się zaczynam nudzić w pracowni, to przestaje mi wychodzić.

TR: A co czułeś, jak rysowałeś te szczyty, które są na naszej wystawie?

ZR: W cyklu Tatry bardzo ważny dla mnie był początek rysowania. Miałem przed sobą dwumetrowy, biały papier rozpięty na desce. Stawałem z linią i ołówkiem i musiałem wybrać miejsce, gdzie postawię pierwszy punkt, i kierunek, w którym pociągnę od tego punktu pierwszą linię. Czułem przedziwną ekscytację, że przełamuję biel kartki. Stawiam kreskę, później następną i następną, a potem wbijam cyrkiel, zakreślam łuki, i dopiero zaczyna się budować jakiś rysunek. Nowa rzeczywistość, która przed chwilą jeszcze nie istniała.

TR: A jak wpadłeś na to, żeby narysować te góry? Przecież ty kiedyś nie lubiłeś gór. Zawsze w wakacje sprzeczałeś się z mamą, że wolisz jechać nad morze.

ZR: Tak, ale zostałem zaproszony na wystawę Relacja Warszawa – Zakopane i musiałem zrobić coś na temat. Wymyśliłem, że narysuję górę. W jakiś zupełnie nowy dla mnie sposób. Nie chciałem robić kolejnego, realistycznego przedstawienia. Wymyśliłem sobie, że powinienem tę górę od nowa skonstruować. Dlatego użyłem cyrkla i linijki. Żeby to bardziej wyglądało jak projekt, a nie rysunek szczytu. A potem pojechałem na plener do Doliny Pięciu Stawów i zupełnie zmieniłam zdanie na temat gór.

TR: Mnie się podobają twoje obrazy, na których z papieru stworzyłeś makiety czołówek filmowych. Wiem, że ich nie było na wystawie, ale tak mi się przypominało.

ZR: W tych obrazach chodziło o to, żeby stworzyć martwe natury i patrzeć na nie jak na film.

TR: Ale to nie była martwa natura tylko zgniecione kawałki papieru.

ZR: Nie chciałem przemalować czołówek, tylko stworzyłem swoje i dopiero je namalowałem.

TR: I tak samo było z tą mapą świata?

ZR: W czasie gdy wymyśliłem tę pracę oglądałem dużo wiadomości, słuchałem o wojnach na świecie, i o tym, że ludzie wciąż ze sobą walczą, kłócą się. Stwierdziłem, że zatopię cały ten świat. Zostanie tylko piękny, błękitny kolor. Nie będzie tych strasznych, krzyczących ludzi itd.

TR: Ale nie będzie też sympatycznych ludzi ani pożytecznych zwierząt.

ZR: Dlatego właśnie to wszystko robię w sztuce, a nie naprawdę. Bo w sztuce można sobie kreować fikcyjne sytuacje. Możesz sobie zrobić jeden obraz o zatopieniu całego świata, a na drugim narysować jakąś fajną osobę, którą lubisz.

TR: Twój obraz Insomnia trochę mi się kojarzy z Undertelem.

ZR: A co to?

TR: Taka gra, gdzie musisz przeskakiwać serduszkiem przez kości.

A czułeś smutek, jak malowałeś Śmierć partyzanta? Bo to jest smutny obraz. Przecież ten partyzant został zastrzelony.

ZR: Czułem fascynację, że mogę sobie wyobrazić, jak widzi ktoś inny. W tym wypadku żołnierz, który leży w lesie, jest wycieńczony, albo może dostał jakimś pociskiem, i ma przed oczami ostatni kadr w swoim życiu.

TR: Dla mnie to jest smutne. Myślę, że gdyby ten obraz zobaczyły jakieś wrażliwe dzieci, mogłyby się nawet rozpłakać.

ZR: Ty też narysowałeś dość smutny, a może nawet przerażający rysunek: Kronosa, pożerającego własnego syna.

TR: Ta historia nie jest wcale przerażająca. Dobrze się skończyła. Przecież w mitologii greckiej było, że jak Zeus dorósł, to kazał swojej matce, Rei, wsypać Kronosowi do zupy środek na wymioty. I jak on to zjadł, to te wszystkie dzieci, które pożarł, zwymiotował. One ocalały, nic im nie było. To boskie dzieci, a bogowie są nieśmiertelni.

ZR: Mówisz o mitach, czyli o czymś, co jest wymyślone. Śmierć partyzanta też jest wymyślona. Moje i twoje prace powstały na bazie wyobraźni.

Ale Śmierci partyzanta nie ma na naszej wystawie, a to o niej mamy rozmawiać. Powiedz może, jakie prace z Ósmego kontynentu najbardziej lubisz?

TR: Z twoich, to głównie te tatrzańskie szczyty. Ale też kółka [płyty]. Ta praca wisi tez u nas w domu i od zawsze mi się podobała. Jak miałem trzy lata, to nawet postanowiłem zrobić taką samą. Ta moja „kopia” też jest na wystawie.

Z moich rysunków to chyba najbardziej lubię właśnie Kronosa i portrety. Ja wybrałbym też dwa rysunki, których nie powiesiliśmy. Narysowałem trzech Michaeli Jacksonów, w różnym wieku i z różnym kolorem skóry, a powiesiliście tylko jednego. Długo rozmawiałem z panią kuratorką, Aurelią Nowak, przekonywałem ją, żebyśmy powiesili cały cykl, ale w końcu to ona mnie przekonała. Pogodziłem się z tym, że będzie tylko jeden, ale jak kiedyś jeszcze będę miał jakąś wystawę to na pewno powieszę wszystkie trzy.

ZR: Która ze znanych osób na twoich portretach, jest dla ciebie najważniejsza?

TR: Trudno powiedzieć. Piłsudskiego narysowałem w szkole, bo się o nim uczyliśmy. O Janie Pawle II opowiadała mi babcia Basia, która ma jego zdjęcie przy łóżku. Archimedesa narysowałem, bo on odkrył ważną rzecz, że jak człowiek zanurzy się w wannie, to poziom wody się podnosi. Hawkinga, bo był całkowicie sparaliżowany, a mimo to był bardzo mądry. Jak miał 21 lat rodzice zauważyli, że często się przewraca i nie kontroluje słów, które wypowiada no i zabrali go do szpitala. Lekarze mu powiedzieli, że przeżyje tylko dwa lata, a wtedy Stephen zaczął badać kosmos i tak się nim zafascynował, że pokonał chorobę i żył jeszcze nie dwa, a pięćdziesiąt lat. Był bardzo dzielny. I chociaż wkrótce mógł poruszać już tylko oczami, napisał wiele książek.

Żałuję tylko, że nie narysowałem Newtona.

ZR: Narysowałeś za to Michaela Jacksona.

TR: Tak, bo on, chociaż był najsławniejszy na świecie, to nie był za bardzo szczęśliwy. A nawet może trochę głupi, skoro zrobił sobie tyle operacji plastycznych, że aż mu odpadł nos. Wpadłem na pomysł, żeby go narysować, bo chciałem, żeby na wystawie znalazł się król popu. Może nie był jakiś wybitnie inteligentny, w przeciwieństwie do wszystkich innych ludzi na moich portretach, ale też był bardzo ważny, skoro wszyscy tak go kochali. Jackson umarł w tym samym roku, w którym się urodziłem, dokładnie 22 dni wcześniej. Bardzo lubię jego piosenki i teledyski. Jestem takim jego pośmiertnym fanem.

ZR: A dlaczego na wystawie znalazła się tylko jedna kobieta, Maria Curie Skłodowska?

TR: Bo, niestety, to była jedyna kobieta, taka wybitna, o której słyszałem. Uczona, pierwsza noblistka. Potem z Polek to już tylko Wisława Szymborska zdobyła Nobla. Innych wybitnych kobiet po prostu nie znałem. W szkole uczymy się głównie o sławnych mężczyznach.

ZR: Jak to jest mieć prawdziwą wystawę swoich prac w wieku 9 lat?

TR: Ekstra. Generalnie lubię z tobą robić różne rzeczy. Np. chodzić do pracowni, oglądać wszystkie twoje dzieła i sztuki.

ZR: Ale tam nie ma żadnych ekranów, gier, ani nawet Michaela Jacksona.

TR: Ale są za to fajne prace. Lubię patrzeć, jak malujesz obrazy.

Wracając do Michaela Jacksona: chociaż wszyscy go uwielbiali, to on siebie nie lubił i twierdził, że mógłby wszystko robić jeszcze lepiej. Nigdy do końca nie podobały mu się te jego teledyski, muzyka, ani nawet on sam.

I przypomniało mi się, że ty też namalowałeś kiedyś taki obraz pt. 25 000 Euro, który mnie się bardzo podobał, a tobie nie. Postanowiłem, że jak kiedyś cię nie będzie, to wejdę do pracowni, owinę ten obraz i wyniosę na jakąś wystawę. Ciekawe, co powiesz?

ZR: Raczej się nie ucieszę. I już może nie rozmawiajmy o tym obrazie. I tak niedługo go wyrzucę. Powiedz lepiej, co jest fajniejsze: rysowanie czy gra na Ipadzie?

TR: Chyba jednak rysowanie. Przecież na kartce możesz narysować to, co się dzieje w grze komputerowej. A jak grasz, to wszystko już tam jest i nie ma czego sobie wyobrażać. Tato, a tobie się podobają moje rysunki?

ZR: Bardzo. Podoba mi się jak wymyślasz różne kształty, jak fajnie upraszczasz twarze, znajdujesz ich charakter. Tak, jak np. w portretach Hawkinga czy Skłodowskiej. Nie było tam za wiele linii, a te postacie są bardzo podobne do pierwowzoru. Masz taką fajną dynamiczną kreskę. Twoje rysunki mają w sobie dużo energii. Lubię, gdy rysujesz tak, jak chcesz, w swoim stylów.

TR: Mój styl polega na tym, że nie rysuję uszu, rzęs, zamiast oczu – kropki, a brwi rysuję tylko wtedy, jak chcę podkreślić emocje. Nie rysuję też szyi. A kiedyś nawet rysowałem tylko trzy palce.

ZR: A dlaczego dzieci nie rysują szyi?

TR: Bo po prostu nie jest zbyt ważna. Ja rysuję szyję tylko na portretach realistycznych.

ZR: Masz ulubiony kolor?

TR: Złoty, srebrny, miedziany, brązowy błyszczący i cyjanowo- turkusowy. A ty?

ZR: Ciemnoczerwony. Przypomniałem sobie, że jak byłem w twoim wieku, to zastanawiałem się nad kolorami i doszedłem do wniosku, że jest ich bardzo mało, i że to wręcz niemożliwe. Że muszą być jeszcze jakieś inne, których nie widać.

TR: Przecież są jeszcze inne. Podczerwień i ultrafiolet.

A jak byłeś w moim wieku, to już wiedziałeś, że zostaniesz artystą?

ZR: Nie, dopiero jak poszedłem do liceum plastycznego pomyślałem, że fajnie byłoby w życiu zajmować się malowaniem, rzeźbieniem, rysowaniem. Ale w twoim wieku zupełnie tego nie miałem w głowie. A ty o tym myślisz?

TR: Ja już o tym myślę.

ZR: A jeszcze niedawno mówiłeś, że będziesz rysował gry komputerowe.

TR: Będę zajmował się różnymi rzeczami: także gotowaniem oraz pisaniem i ilustrowaniem książek. Głównie kucharskich, ale też przygodowych i komiksów.

A ty jesteś w ogóle szczęśliwy, że wybrałeś taki zawód?

ZR: Tak, nie wyobrażam sobie, że mógłbym robić coś innego.

TR: Fajne w rysowaniu i malowaniu jest to, że możesz sobie robić, co chcesz. W dzieciństwie ciągle trzeba być posłusznym, a w życiu dorosłym niby możesz już robić, co chcesz, ale musisz za wszystko płacić: za podatki, za prąd, za gaz, za mieszkanie. I to jest niefajne. A w sztuce i wyobraźni możesz być wolny. Pamiętam, że kiedyś, jak jeszcze byłem w pierwszym przedszkolu, z którego mnie potem zabraliście, to pani Anetka [przedszkolanka] powiedziała, że mamy rysować ptaszki. A ja narysowałem grzybka i była z tego wielka awantura. Ale wy z mamą wytłumaczyliście pani, że po to jest sztuka, żeby dzieci rysowały sobie, co chcą. I to obudziło we mnie twórczość. I wtedy dostrzegłem swój talent.

ZR: A co to jest talent?

TR: To taka wielka pasja, która ci świetnie wychodzi. Ale jak ktoś nie umie, to też może sobie rysować. Każdy po prostu ma swój styl. Jak czytałem książkę „Bałwan w lodówce” to tam było, że wszystkie dzieci są artystami, tylko niektóre później z tego wyrastają. I ty tato, chyba właśnie nie wyrosłeś.

ZR: Często ci nie wychodzą rysunki?

TR: Pomiędzy rzadko, a często.

ZR: A wtedy się denerwujesz albo smutno ci?

TR: Nie bardzo. Myślę, że to jest tak, jak w grze. Jak ci nie wyjdzie poziom to naciskasz: „play again” i masz grę od nowa. Bierzesz następną kartkę i po prostu próbujesz jeszcze raz.