tagi — Marta Zgierska   

Marta Zgierska Pracownia

Pracownia

Trawnik

Pas splątanych modrzewi i bzów, oddzielający nas od asfaltowej drogi, nie należy do nas. Naszą ziemią jest tylko ten twardy grunt z lekkim spadkiem w kierunku budynku. Ziemia przed naszym północnym oknem przez lata została ubita przez parkowane samochody. Ciężko wbić w nią szpadel. Z wyjałowionego placu wydzieliliśmy prostokątne pole. Ten autonomizujący gest założenia trawnika wyciągnął mnie z łóżka.

Nasza praca zawsze trwa dłużej niż można by oczekiwać. Właściciel zamówionej koparki postanowił nie przyjeżdżać (nikt już nie chce przyjmować tak małych zleceń), niwelowaliśmy więc teren ręcznie. Rozsypywaliśmy tony ziemi, łopata za łopatą, wypełniając puste dni kwarantanny, wierząc, że posuwa nas to do przodu.

W tym roku miała być susza, w marcu nawet była, pojawiła się z całym złem tego świata. Przeżywałam ją mocno, na jedynym spacerze tamtego miesiąca. Potem przyszły deszcze. Trawa wzrastała, gęstniała, stała się nieobecnym dotąd, miłym dla oka i uspokajającym polem zieleni. Wciąż obserwujemy jej wzrost, neurotycznie reagując na każdy napotkany problem.

Marta Zgierska, Mateusz Sarełło, archiwum prywatne, 2020

Pracownia

Robię dziury w kieszeniach płaszczy, a potem nigdy nie mogę się zebrać, żeby je zaszyć. Zawsze większa dziura jest w prawej kieszeni. Jestem leworęczna – prawa dłoń musi być więc trochę niesforna – bez wyczucia rozpycha się i pruje szwy. Każda dziura z czasem powiększa się i cała jej zawartość ląduje gdzieś między materiałem a podszewką. W ten sposób tworzy się wielka, pojemna kieszeń, w której niestety bardzo ciężko jest coś znaleźć.

Nasza pracownia jest trochę jak ta przepastna kiesa pełna niespodzianek, powstająca i rozszerzająca się samoistnie tam, gdzie mieszkamy. Tak naprawdę z pracą przelewamy się między pomieszczeniami. Przy szczególnie brudnej robocie okupujemy kuchnię, ta bowiem zniesie wszystko.

Na górze szafy, stojącej po prawej od wejścia, kurzą się rzeźby taty Mateusza. Akt mamy i kilka mniejszych form. Przypominają mi jedyne spotkanie, kiedy miałam okazję poznać go przed śmiercią. Na półkach za szybami stoją książki. Jest też woskowy odlew mojej piersi, gipsowa forma jabłka, kilka drewnianych noży do papieru po dziadkach. Nigdy ich nie używam. To chyba jeden z głównych węzłów mojego charakteru. Choć cierpliwie i długo, często z prawdziwą zaciętością, mogę poświęcać się wybranym czynnościom, nie potrafię po ludzku otworzyć listu. Rozdzieram papier nierówno, używając palca jako ostrza noża. Niezależnie czy to zaproszenie na wernisaż, wezwanie do sądu czy rachunek, każda koperta jest tak samo poharatana.

To w tym pokoju przez ponad dwa lata stały bukiety kwiatów ze zdjęć Mateusza. Zaschnięte w pięknych kształtach, z wyblakłym zapachem, łapiące promienie światła zza okien zajmowały większość pomieszczenia. Żyliśmy z nimi długo, były tutaj od początku naszego wspólnego mieszkania na wsi. Choć wszystkie wydawały się uschnięte, niektóre kwiaty przesączone chemią zgniły od środka i wypaliły w podłożonym pod nie prześcieradle ślady sięgające aż drewnianej podłogi, ślady, które zostaną z nami na długo. Garden to dla mnie odbicie czasu, w którym powstawały montaże. Silnie czuję w nich negocjację naszej relacji, ustosunkowywanie się do niedawno osobnych przeszłości. Z mojej strony to też próba zaznaczania siebie, do której jednak trzeba mnie było przekonać. Tak przynajmniej pamiętam. A nasze wspomnienia często się różnią. Kto zaczął, kto skończył. Wiem tyle, że to powielanie fragmentów własnego ciała i mozolne wtłaczanie go między łodygi było zaznaczaniem mojej obecności w obawie przed kolejną stratą. Każdy następny ciałokwiat wydaje mi się bardziej integralny, zwarty, w końcu ciało – a nawet włosy i żyły – niemal wtapiają się w roślinę.

Marta Zgierska, Mateusz Sarełło, archiwum prywatne, 2020

***

W pracowni z sufitu kapie woda. Dach ostatnio przecieka, mimo że naprawialiśmy go kilka razy. W starych papierach znalazłam, że zawsze był tu z tym problem. Mam taki obraz w głowie: w obawie przed nachodzącą ulewą Mateusz ustawia miski. Robi to bardzo uważnie. Patrzy w górę, na kable wystające z miejsca przeznaczonego na żyrandol, podnosi wyprostowaną rękę i opuszcza ją pomału, prostopadle do ziemi, wyznaczając w ten sposób miejsce, w którym postawi naczynia. Dla pewności powtarza ten ruch kilka razy. Skrupulatnie, dokładnie, jak to on. Mateusz jest jak dziecko, potrzebuje być rozpieszczany i kochany. Brakowało mu tego w twardym życiu, a zasłużył na dobro. Teraz w końcu umie je przyjąć. Chcę pielęgnować jego spokój ducha i dziecięcą radość z układania przedmiotów, pakowania paczek i dbania o wybrane rzeczy. Jednak ten spokój burzy się tak łatwo, tak jak łatwo zagiąć kartkę za mocno ścierając ołówek gumką.

Metr od kolorowych misek stoi oryginalnie zapakowany iMac. Stoi tak prawie rok odkąd dostaliśmy go w pewnym niezbyt udanym rozliczeniu, żegnając się z potrzebą posiadania reprezentatywnej pracowni czy studia w Warszawie. Od tamtej pory nasz czas się rozszerzył, nerwy zmalały, nie spędzamy tyle godzin na dojazdach, nikt nas nie oszukuje. Nigdy nie zaczęliśmy używać maców, a ze sprzedażą zawsze mamy duży problem. Dla postronnego obserwatora jest to raczej niezrozumiałe, ale wystarczy głębiej wejść do mieszkania i przypatrzeć się nam, żeby wszystko stało się oczywiste. Nasza motywacja jest limitowana, starcza jej tylko na najważniejsze rzeczy, tylko na określony czas. Często coś staje w połowie i ani drgnie, aż do wyniesienia na następnej fali.

Postrzeganie czasu jest tutaj zupełnie inne od przeciętnie rozumianej codzienności. Nie ma stale obowiązujących godzin, są tylko mobilizacje. Następujące po sobie dni mogą być zupełnie różne lub podobne jak krople wody sklejające się w strumień tygodni: wyjazdów, pracy, choroby lub niczego. Z ciągów niczego Mateusz czerpie przyjemność, ogląda, czyta, leży, odpoczywa, wydaje się relaksować. Ja do relaksu dochodzę długo, zwykle splątana w wyrzutach sumienia z powodu swojej nieproduktywności. Marnuję ten czas, trwam tylko w napięciu, które nie odpuszcza, nie daje ni pauzy, ni siły.

Marta Zgierska, Mateusz Sarełło, archiwum prywatne, „Garden”, 2017
Marta Zgierska, Mateusz Sarełło, archiwum prywatne, 2020

W rogu, koło przemysłowego regału, stoi zwinięta kotara w kolorze pudrowego różu, kartony, tła, nieotwarte jeszcze rolki papieru, mieliśmy przecież robić printy przed Mediolanem, Bazyleą i Paryżem, zanim wszystko się zamknęło. Choć czujność wobec obecnej sytuacji przykryły wakacje i upały, mi ciągle brakuje wiary w powrót do intensywności i stabilności planów. Wszystko się osuwa, zawisa, przepada. Nie daje nawet siły, aby konturować swoje pomysły. I stan ten mi się podoba. Bo w końcu chyba odpoczywam. Nie raz w momentach przepracowania łapałam się na pragnieniu obudzenia się w szpitalnym łóżku. W rzeczywistości, gdzie zewnętrzny świat zupełnie się odsuwa, przestaje istnieć, gdzie jedyną realnością jest trwanie. A tu właśnie świat na chwilę się anulował. Od siedmiu lat pierwszy raz zanurzam się w pobliskim jeziorze. Uczę się leżeć na własnej trawie.

Na ścianach pracowni od roku wiszą obrazy Mateusza. Na tle brązowego papieru i niebieskiej taśmy wyglądają jak porzucone w połowie. Czekają na moment, na łaskę, na chwilę uwagi. Gdy Mateusz robi coś dla niego ważnego, zawsze staram się cicho stąpać i nie zwracać na siebie uwagi. Sama nie zaznaczam tak swoich potrzeb, więc jeśli sporadycznie to się zdarza – moja, pewnie niezbyt dobrze wyartykułowana, asertywność jest raczej początkiem kłótni. Najczęściej denerwuję go ja. Wtedy zawsze przypomina sobie jedną rzecz – że nie pociągnęłam niektórych rzeczy odpowiednio mocno w odpowiednim czasie. Ale ja czuję się gotowa dopiero kilka lat później. Intensywność jest dla mnie problemem, oddech mam jednak słaby, sił mało, po wypadku nie ćwiczę, a przecież powinnam.

Marta Zgierska, Mateusz Sarełło, archiwum prywatne, „Votive Figure”, 2020
Marta Zgierska, Mateusz Sarełło, archiwum prywatne, 2020

Pod oknem piętrzą się pudła z woskowymi odlewami mojego ciała, których nie udało się jeszcze wykorzystać. Bardzo ciężko jest nam rozstawać się z czymkolwiek. Trudno jest po skończonym zdjęciu wyrzucić obiekty. Na lewo od wejścia stoi trzydrzwiowa, przedwojenna szafa, o rysunku słojów układającym się w nieludzkie twarze. W szafie piętrzą się pudełka. W nich archiwa, publikacje, ale też wszystko, czego szkoda wyrzucić. Skurczone, zeschnięte resztki maseczek kosmetycznych i drugie tyle nieużytych, w nietkniętych opakowaniach, worek pszenicy, pakuły, spory zapas wosku i świeczek, kleje, masy dentystyczne, druty, obciążniki, a na szafie obraz malowany kila lat temu kołami samochodu i ziemią. Są jeszcze próbki w niezliczonej ilości tak charakterystyczne dla naszego działania: korekty druku, testy farb, profile ram, eksperymenty.

Pracownia urzeka mnie jako refleks naszego związku. Odbijają się w niej nasze charaktery. Od niemal obsesyjnej dokładności, wyliczeń, prób, po pogubienie się w nadmiarze rzeczy, w przybywających pudełkach i skrzyniach. Od równo ułożonych pędzli i szpachelek, po wieczny kurz na zapomnianym fragmencie podłogi.


Tekst jest efektem pracy nad wystawą Z nikim się nie dzielę w ramach Miesiąca Fotografii w Krakowie 2020. Informacje o manifestach, prezentacjach, rozmowach i dziełach sztuki artystek i artystów biorących udział w projekcie, a także katalog w formacie PDF dostępne będą na stronie photomonth.com/pl/portfolio/z-nikim-sie-nie-dziele/.