tagi — Michał Sosiński   

Michał Sosiński Polska męska

Polska męska
Michał Sosiński, „Krzysztof uczęszczał do technikum budowlano-elektrycznego”, 30×40, olej na płótnie

Pomimo swojego żeńskiego rodzaju, Polska – parafrazując bohaterkę pewnej znanej komedii – jest mężczyzną. Obecny „zwrot konserwatywny” w Polsce (i nie tylko) jest w znakomitej części związany z męskością i podszyty uczuciem (niewypowiedzianego) sentymentu. Sentymentu za czasami, gdy to my, mężczyźni rządziliśmy światem, a władza, która – podobnie jak Polska – też jest rodzaju męskiego, była w naszych rękach. Za światem, który bardzo (bardzo) powoli bezpowrotnie przestaje istnieć.

Rebbeca Solnit w swojej świetnej książce Mężczyźni objaśniają mi świat bardzo słusznie zauważa:

„Kobieta jest wiecznym przedmiotem rozważań, podobnie jak jest wiecznie uprzedmiotawiana, ujarzmiana lub wręcz podbijana jak obce ludy. Zdecydowanie rzadziej natomiast pisze się o tym, czy mężczyźni są szczęśliwi albo czy ich małżeństwa się nie rozpadają, albo czy ich ciała są lub też nie są wystarczająco ładne, nawet jeśli chodzi o ciała gwiazd filmowych. Należą do tej płci kulturowej, która dopuszcza się większości przestępstw, zwłaszcza brutalnych, a zarazem najczęściej popełniają samobójstwa. (…) mężczyźni pozostają w tyle za kobietami, jeśli idzie o zdawalność na studia, i zostali jeszcze bardziej w tyle za kobietami w czasie obecnej zapaści gospodarczej – można by więc pomyśleć, że czyni to z nich interesujący przedmiot badań.”

Mając na uwadze ten znamienny tekst, chciałbym zachęcić do przyjrzenia się nam, mężczyznom. A zwłaszcza polskim, białym, heteroseksualnym mężczyznom.

Gdy spojrzymy na odbywający się co roku Marsz Niepodległości nietrudno będzie zauważyć, że jest to wyjątkowo męska impreza. Oczywiście znajdziemy w tłumie legendarne wręcz rodziny z dziećmi, jednakże stanowić one będą raczej tło pochodu. Pomijając całokształt złych emocji, które się tam pojawiają, szczególnie interesuje mnie fakt, że spora liczba mężczyzn biorących udział w tym wydarzeniu nosi kominiarki. Mają one oczywiście na celu ukrycie tożsamości, jednak dla mnie jest to pewnego rodzaju metafora. Nawet gdybyśmy zdjęli je z ich twarzy, nadal nic a nic nie będziemy wiedzieć o mężczyznach, którzy je noszą. W tym wręcz do znużenia męskim świecie pominęliśmy w naszych rozważaniach bardzo istotną jego cześć – mężczyzn.

Wynika to z jednej bardzo prostej przyczyny, stanowiącej fundament współczesnej męskości: mężczyźni nie rozmawiają. I nie mówię tutaj o pogaduchach przy piwie o piłce nożnej – mężczyźni nie rozmawiają o sobie, a przede wszystkim nie rozmawiają o swoich uczuciach i problemach. Kulturowo narzucone im postrzeganie męskości sprawia, że nie są w stanie poradzić sobie ze swoimi emocjami. To z kolei wzbudza w nich strach, który powoduje nagromadzenie gigantycznej ilości frustracji i złych emocji, czego świadkiem jesteśmy podczas wspomnianego już marszu.

Michał Sosiński, „Adrian w związku”, 90×120, olej na płótnie

Rzucanie racami i rasistowskie okrzyki nie są jednak tutaj największym z problemów. Odczytuję je raczej jako swoistego rodzaju nieuświadomione wołanie o pomoc. Nieumiejętność radzenia sobie z emocjami w przypadku mężczyzn nie tylko rodzi agresję (wg danych policji za 2017 liczba osób podejrzanych o przemoc domową wyniosła 76 206 z czego 70 035 to mężczyźni), lecz również potrafi prowadzić do samounicestwienia (w 2017 roku na 5 405 osób, które targnęły się na swoje życie, 4 638 to mężczyźni). Liczby te są tym bardziej przerażające, gdy uświadomimy sobie, że jedną z ich praprzyczyn było i jest pozornie niewinne zdanie, wypowiadane przez ojców do swoich synów: „chłopcy nie płaczą”.

Dlaczego mężczyźni nie rozmawiają o swoich uczuciach? Aby odpowiedzieć na to pytanie warto przyjrzeć się czterem zasadom-fundamentom współczesnej męskości, zdefiniowanym w 1984 roku przez Roberta Brannona. Przede wszystkim, warto przeczytać pierwszą – po angielsku brzmi ona no sissy stuff. Wyrażenie to do końca nieprzekładalne na język polski, można by luźno tłumaczyć jako „chcesz być mężczyzną – nie bądź mamisynkiem”. Jednakże większość polskich mężczyzn przetłumaczyłaby je raczej jako „nie bądź babą”.

Tłumaczenie sugeruje nam coś bardzo istotnego – męskość definiowana jest jako przeciwieństwo kobiecości, a mężczyzna – aby być męski – musi udowodnić swoją odmienność wobec kobiet. Gdy chcemy obrazić drugiego mężczyznę, przypisujemy mu „kobiece” atrybuty. Możemy to zaobserwować w stosunku heteroseksualnych mężczyzn wobec mężczyzn homoseksualnych, którym w ten sposób odmawia się męskości. Pozwala to nam wytłumaczyć również wspomniane wcześniej zdanie – „chłopcy nie płaczą”. Płacz to domena dziewczynek, a jeśli chłopak płacze, to jest „babą”. Takie myślenie to prosta droga do zostania emocjonalnymi pustyniami.

Według współczesnego dogmatu męskości to, co kobiece, nie może być męskie, a wręcz jest z definicji niemęskie. Tutaj warto przyjrzeć się kolejnej z zasad Brannona: sturdy oak. W wolnym tłumaczeniu można by ją opisać w biblijny sposób jako bycie „skałą” lub fundamentem. Zasada ta może nieść ze sobą pozytywne cechy (jak stabilność czy spokój) jednakże w połączeniu z pierwszą nabiera o wiele bardziej pesymistycznego wydźwięku. Prawdziwi mężczyźni mają być twardzi, nie czuć bólu, strachu czy radości, a okazywanie uczuć jest im obce. Przeciwstawiając to powszechnemu paternalistycznemu przekonaniu, że to kobiety są emocjonalne (bardzo często używając tego wręcz jako obelgi) okazuje się, że aby być prawdziwym mężczyzną, nie należy mieć z uczuciami nic do czynienia. Gdy się pojawią, należy stłumić je w sobie i nie rozmawiać o nich, aby nie narazić się na upokorzenie bycia porównanym do kobiety.

Michał Sosiński, „Alan mieszka w Newcastle”, 30×30, olej na płótnie

Upokorzenie jest dla nas, mężczyzn, bardzo bolesne i wiążę się z trzecią zasadą Brannona – męskość jest wyznaczana przez status społeczny oraz hierarchię. Im wyżej w hierarchii jesteśmy, tym bardziej męscy jawimy się innym mężczyznom oraz samym sobie. Gdy jesteśmy upokarzani, nasz status spada, a nasze męskie ego kurczy się. Rozmowa na ten temat dodatkowo wystawiłaby nas na kolejne upokorzenie – przyznanie się do słabości. Jakby tego było mało, status społeczny nierozerwalnie połączony jest z sytuacją ekonomiczną. W większości, polscy mężczyźni nie mają możliwości spełnienia swojej „męskiej powinności”, która zawiera się w polskim powiedzeniu, iż powinni oni zbudować dom, zasadzić drzewo i spłodzić syna. Polskiego mężczyzny często nie stać na dom (a nawet na kredyt na ten dom), a co dopiero na zasadzenie drzewa i wychowanie potomka. To upokarza nas, mężczyzn, jeszcze bardziej i doprowadza frustrację do punktu wrzenia.

Najczęstszym jego objawem jest agresja – to czwarta i ostatnia zasada Brannona, bardzo obrazowo przez niego opisana jako give’em hell – zniszcz przeciwnika. Mężczyźni powinni być agresywni. I nie chodzi tutaj tylko o akt fizycznej agresji. Mężczyzna musi okazywać swoją siłę i dominację w każdej sytuacji, a agresywność działań potwierdza jego status i męstwo. Nieumiejętność radzenia sobie z tym uczuciem zazwyczaj kwitujemy dyskusjami o wysokim poziomie testosteronu, co w bezpieczny sposób sprowadza nas z drogi ewentualnej rozmowy na temat problemu. Skoro powodem naszej agresji jest hormon, to przecież nic z tym nie możemy zrobić – tak po prostu jest.

Jak to wszystko ma się do naszego mężczyzny z marszu? Aby spróbować zrozumieć jego sytuację warto wrócić do pojęcia władzy i jej „męskości”. Męska dominacja na świecie jest niezaprzeczalna. Wystarczy spojrzeć na liczbę mężczyzn prezydentów, głów państw, ministrów, prezesów firm czy też członków różnego rodzaju rad nadzorczych. Jednakże gdybyśmy zapytali uczestnika marszu o jego poczucie władzy, najpewniej natkniemy się na jeden z paradoksów męskiego świata. Gdybyśmy zadali mu pytanie o to, czy czuje że jako mężczyzna rządzi światem, najpewniej odpowie, że nie.

Michał Sosiński, „Przemek z Mławy”, 40×50, olej na płótnie

Bo przecież w pracy jego szef (nie szefowa) ma go za nic i w każdej chwili może go zwolnić, w domu żona się emancypuje i każe mu brać udział w pracach domowych, a do tego on sam musi zmierzyć się ze wspomnianym już wcześniej (a całkowicie przestarzałym) stereotypem mężczyzny jako żywiciela rodziny. Co gorsza, nikt z najbliższych go nie rozumie, a coraz częściej słyszy od innych, że jako mężczyzna i tak ma lepiej niż inni i powinien pochylić głowę i posypać ją popiołem. To sprawia, że czuje się bardzo niepewnie i zaczyna odczuwać strach, ale – jak już wcześniej zauważyliśmy – nie umie sobie z tym poradzić, ponieważ nie potrafi o nim rozmawiać – jego męskość mu na to nie pozwala. Kanalizuje więc frustrację w jedyny znany sobie sposób – poprzez agresję, którą wyładowuje najczęściej na kimś słabszym: żonie, mniejszościach seksualnych, imigrantach czy kimś po drugiej stronie ekranu komputera. Nasz mężczyzna marzy o odzyskaniu kontroli i władzy, pozbyciu się strachu. Tutaj pojawia się uczucie sentymentu za minionym światem i to tu zaczyna się „konserwatywny zwrot”, ponieważ strach radykalizuje poglądy.

W różnych krajach ten zwrot przybiera lekko odmienną barwę. W Polsce nabiera on militarno-plemiennego charakteru, bo przeszłość Polski to głównie wojna. My kontra oni, my przeciwko zaborcom i okupantom, ale też przeciw sąsiadom czy samym sobie. Wojna jest bardzo męska, nie ma w sobie nic z kobiety (wystarczy spytać Swietłanę Aleksijewicz), na wojnie trzeba być twardym, nie czuć bólu i nie okazywać emocji. Wojna to też hierarchia i status społeczny, a przede wszystkim agresja. Wojna podtrzymuje współczesny dogmat męskości. Wojna, jak Polska i władza, jest rodzaju męskiego. Męskość walcząca.

Michał Sosiński, „Sławomir z Morąg”, 90×120, olej na płótnie

Wojna, o której mówię, to oczywiście wojna wyobrażona. Ta z przypowieści o bohaterach, dzielnych mężczyznach, honorze i odwadze. Ta z gier komputerowych i haseł na koszulkach. Najprawdopodobniej nikt z tych radykalizujących się mężczyzn nigdy nie był na wojnie, a jej wyobrażenie, tak jak wyobrażenie o męskości, czerpie z kulturowych naleciałości. Ta przypowieść ma jednak w sobie coś bardzo przekonującego: obietnicę (wyobrażonej) męskości. Męskości, która nie opiera się na regułach współczesnego świata pokoju i nie jest wystawiona na bolączki współczesnej ekonomii czy też dyskursu partnersko-równościowego, ale która jest o wiele bardziej pierwotna. Nienarażona na dyskusję o emocjach i możliwa do udowodnienia za pomocą przemocy na polu walki.

Czy zatem czeka nas wojna (z męskością)?

Zazwyczaj uważamy mężczyzn za bezimienny tłum i na co dzień nie przyglądamy się im zbyt dokładnie. Jednak to w nich, w ich życiu, sytuacji ekonomicznej, w ich dramatach,  problemach i przegranych potyczkach z męskością należy szukać praprzyczyny obecnych wydarzeń w Polsce i na świecie. Dopóki nie zaczniemy rozmawiać o męskości, nie zanurzymy się w niej, nie zobaczymy i nie zdefiniujemy jej na nowo, dopóty czeka nas wojna z męskością. Nie jest za późno, żeby to zmienić, chociaż to długa i trudna droga. Na całe szczęście mamy sojuszniczki – kobiety. One przeszły już drogę redefiniowania swojej tożsamości i poszukiwania miejsca na świecie, a przede wszystkim potrafią rozmawiać o emocjach i z wielką chęcią nam pomogą.

Musimy tylko jako mężczyźni zrobić coś, co na pierwszy rzut oka wydaje się bardzo niemęskie. Musimy przyznać, że potrzebujemy pomocy. Bo aby nie musieć walczyć, to my (biali, heteroseksualni) mężczyźni musimy sobie uświadomić, że rządziliśmy światem, zbudowaliśmy obecny porządek ekonomiczny, stworzyliśmy mit męskości i to my jesteśmy odpowiedzialni za to, jak obecnie wygląda nasz świat. A to, jak wygląda, oznacza naszą porażkę. Gdy tylko przyznamy się do tego, otworzymy się na zmiany i przede wszystkim podzielimy się tym światem z innymi, możliwe, że będzie to największy z aktów męskości, jakiego do tej pory dokonaliśmy.

 

Michał Sosiński, „Wojciech mieszka w Londynie”, 70×120, olej na płótnie