tagi — Krzysztof Maniak   

Krzysztof Maniak Pole

Pole

Po dziesięciu latach leżenia odłogiem, pole, niegdyś uprawne, zaczęło przeradzać się w dziko rosnący las. Setki drzew – wówczas już kilkumetrowych – o pniach grubości przedramienia, utworzyły gęstą połać z daleka przypominającą nadrzeczne wikliny.

***

Pole zacząłem odnawiać w 2017 roku, wiosną. Najpierw jednak poprosiłem geodetę, aby ponownie wytyczył jego granice. Wstawiłem ogrodzenie. Początkowo z jednej strony – tam, gdzie była potrzeba. Z tym dniem, w obrębie mojego terytorium (składającego się z trzech osobnych, przylegających do siebie działek) zacząłem zaplanowane na kilkanaście najbliższych lat działania.

Najpierw były to roboty ziemne. Zacząłem od usunięcia niechcianych samosiejek, zostawiając tylko stare, dorodne drzewa. Pamiętam zapach wilgotnej ziemi odsłanianej przez długie pociągnięcia żelaznej łyżki koparki. Zaczęło lekko padać. Zrobiło się grząsko. Kleista gleba odbijała stalowe barwy nisko wiszącego nieba. Pod koniec dnia pole wyglądało na gładkie.

Kilkanaście dni później, kiedy wiosenne deszcze ustały, z powrotem wszystko się zazieleniło. Nawet mocniej, jakby powietrze, dotleniając ziemię, przyspieszyło wzrost opanowujących pole roślin. Nie do końca wyrwane drzewa – nawet te wgniecione przez gąsienice koparki, trzymające się podłoża jedynie szczątkiem korzenia – bez trudu wróciły do życia. Rosnąc poziomo, pokrywały się soczystymi liśćmi. Podobnie nawłocie, pokrzywy, bluszcze i dzika winorośl – choć wyrastające „z niczego”, razem stworzyły gęstą, trudną do przejścia strukturę, wyższą od wzrostu przeciętnego mężczyzny.

W lecie na polu byłem tylko kilka razy. Z każdym kolejnym krokiem grzązłem w oplatających nogi trawach bądź wpadałem w pozostawione przez koparkę koleiny. Po pracach ziemnych nie było śladu. Wydawało się, że pole wygląda gorzej niż wcześniej. Jesienią gęstwina wciąż stanowiła fizyczną barierę – nie tylko dla człowieka, ale i dla kosiarki rotacyjnej. Koparka musiała przyjechać jeszcze raz i dokończyć to, czego nie zdążyła zrobić wiosną.

Po uprzątnięciu wyrywanych przez maszynę gałęzi i korzeni, w końcu można było zaorać grunt. Głęboko, jak to się robi przed zimą. Pług przecinał i obracał ziemię, tworząc ostre skiby wielkości mojego korpusu. Położone jedna na drugiej w długich rzędach, zdawały się falować w granatowych odcieniach popołudniowego nieba. Z ziemi wypełzły kolejne, niezliczone ilości patyków, nierzadko długich na ponad metr.

Na obrzeżach działki ułożyłem z nich kilka stosów. Kiedy ziemia skruszała, pole zostało zabronowane. Na spulchnionym i rozdrobnionym gruncie spaliłem wszystko to, co wcześniej na niej rosło. Trwało to cały dzień, zanim tuż przed zapadnięciem mroku, pod ostatnią miedzianą pręgą wiszącą na bordowym niebie, wiadrami wody ze studni, dogaszałem wyglądające jak miasta nocą paleniska.

Nazajutrz, w ostrym, listopadowym słońcu, popiół jeszcze tlił się jasnobłękitnymi barwami.

***

Wobec odziedziczonego pola miałem kilka planów. Pierwszy wiązał się z posadzeniem tarniny na jednej z działek. W zasadzie z myślą o tarninie podjąłem się trwającego blisko pół roku rekultywowania ponad trzydziestoarowego obszaru.

Krzaki miały znajdować się na ostatniej parceli i tworzyć zakończenie ogrodu. Wsadziłem tam kilka pierwszych sztuk przeszczepionych z okolic domu rodzinnego. Na próbę. Tarniny (w większej ilości) mogłyby też pełnić funkcję naturalnego kolczastego żywopłotu. Przede wszystkim jednak, jeden z moich ulubionych krzewów (silnie obecny w regionalnym pejzażu, zwłaszcza wiosną, kiedy obsypany białymi kwiatami tworzy na szczerych polach lub przy lasach puszyste wyspy) – miał być pamiątką moich artystycznych zmagań jeszcze z czasów studiów.

Wówczas, w latach 2010-2015, stworzyłem wiele fotografii i filmów, na których przedzierałem się przez jej cierniste gałęzie. Znikałem w jej soczystych połyskujących w słońcu liściach czy obsypywałem sobie twarz drobnymi płatkami kwiatów, spadających przy każdym dotknięciu. Pisałem instrukcję, jak przemierzać te nieprzyjazne dla ludzkiego ciała chaszcze. Jest to możliwe, zwłaszcza przy odpowiedniej technice, którą cały czas dopracowywałem, mając w pamięci płynne układy ruchów mistrzów tai chi bądź tancerzy.

Jeszcze tej samej jesieni, kiedy doprowadziłem pole do stanu użyteczności, w wybranym miejscu dosadziłem do przeszczepionych wiosną roślin sto zamówionych przeze mnie krzaków tarniny. W miarę zapełniania kolejnych metrów działki, narastała we mnie chęć na więcej. Tarniną zapragnąłem zagospodarować obszar, jakiego jeszcze nie widziałem.

Nastała jednak zima. Z planem tym musiałem poczekać. Często śniły mi się miękkie jak puch pola. Odbijały słońce. Gdy się na nie patrzyło, otoczenie traciło swoje kontury. Błyszczało jak po deszczu, pojawiały się aberracje chromatyczne. Wszystko migotało niczym obsypane brokatem. Nad polem wisiała biała łuna. Spacerowałem po tych polach bez pośpiechu i bez celu. Wchodziłem pomiędzy wyższe i niższe partie dopiero co ukorzenionych roślin. Delikatnie łaskotały mnie w łydki, czasem lekko drapały – przyjemnie, jak kot. Wdychałem ich subtelny zapach. Potem na spacery w tarniny wybierałem się coraz rzadziej. Z trudem się przez nie przeciskałem, by na końcu, brutalnie kalecząc sobie dłonie i twarz, włamywać się do ich wnętrza. Były już wysokie, zasłaniały horyzont.

Po jakimś czasie nie mogłem ich już zwiedzać. Obserwowałem je tylko, zwłaszcza wczesną jesienią, o poranku. Ich rosochate odgałęzienia otulała wtedy chłodna mgła, słychać było wydobywającą się z nich ścianę ptasich śpiewów. Wraz z nastaniem nowego roku zamówiłem tysiąc sadzonek tarniny i kilkadziesiąt dzikich róż. W środowisku naturalnym często rosną przy sobie, wraz z innymi gatunkami tworząc czyżnie.

Teraz czekam na wiosnę i sadzonki. To już pewne, że śliwą tarniną obsadzę całą szesnastoarową, trzecią działkę. Rośliny prawdopodobnie wkopię grupami, w trochę większych odstępach, niż początkowo planowałem. Tak, jak widziałem to we śnie. Powstaną dzikie alejki. Mniej zarośnięte przestrzenie będą niczym pokoje, w których po przemierzeniu gęstwiny będzie można się schronić, kucnąć i zniknąć – przynajmniej w pierwszych latach wzrostu tarnin. Później krzewy rozsieją się, tworząc nie do końca przewidzianą przeze mnie, ale wciąż gęstą, może nawet jednolitą kompozycję. Obejmować będzie ona jedną trzecią posiadanego przeze mnie areału. Przeznaczony na tarninę teren stanie się nieużyteczny.

Trudno będzie na niego wejść (być może ludzka stopa już tam nie postanie?). Scenografia ta rośnie na działce o numerze 1889/6. Docelowo tworzyć ją będzie ponad tysiąc tarnin i około stu dzikich róż. Będę w niej.