Aleksy Wójtowicz Ogródki i antykultura

Ogródki i antykultura

W połowie XVIII wieku Jean-Jacques Rousseau zapytany o to, czy postęp nauk i sztuk przyczynił się do poprawy obyczajów odpowiedział zdecydowanie: otóż nie, „nasze dusze wypaczały się, w miarę jak nasze nauki i sztuki zmierzały ku doskonałości”1 J.J. Rousseau: Rozprawa o naukach i sztukach. W: Idem: Trzy rozprawy z filozofii społecznej. Wrocław—Warszawa—Kraków 1956, s. 15. Wówczas, w momencie oświeceniowego fermentu, powiedzieć (a co więcej – napisać), że cywilizacja jest źródłem nieszczęścia ludzkości to niemały ekscentryzm. Rousseau wsadzając gałąź w szprychy machiny postępu nie spowodował jej wykolejenia, zresztą – nie to było jego celem. W swym irracjonalizmie nie pragnął palić bibliotek i ścinać głów, bowiem proces cywilizacyjny – podobnie procesowi starzenia się ludzi – był nieunikniony. Stawką była jednak walka o inny sposób organizacji życia, wychodzącej poza racjonalizm i empiryzm epoki. Nic zatem dziwnego, że stał się akuszerem „buntowniczych myśli”, które w latach 80. XVIII w. przybrały formę realnie rewolucyjną. Samej rewolucji Rousseau nie dożył, jednak było go w rewolucji pełno – takoż na sztandarach jakobinów, jak i w samej koncepcji podważania zastanych cywilizacyjnych oczywistości. Pisząc o buncie, osobiście rewolucji nie wywołał, a mówiąc o wychowaniu dzieci – własne oddał do przytułku. Uprzedzając złośliwości przypomnę za Schopenhauerem: choć drogowskaz pokazuje drogę do miasta, sam do niego się nie wybiera. To raczej pewne, że Rousseau ani miast, ani dzieci nie lubił.

Buntownicza teza o tym, że racjonalny rozwój kultury nijak nie czyni ludzi lepszymi stała się chlebem powszednim pooświeceniowej rzeczywistości.  Sięgnęły po niego głodne masy usposobione rewolucyjnie, jak i syte elity o sympatiach konserwatywnych, a nieszczęście zwane kulturą stało się centralną osią refleksji dwudziestowiecznej – zmieniały się jedynie akcenty, na które kładziono nacisk sprzeciwu. Od maszyny parowej do zbrodni modernizmu droga nie była długa, zawsze jednak usiana aktami buntu i wypowiedzenia służby – mniej lub bardziej doniosłymi w skutkach. Widmo Rousseau nawiedza tylekroć, ile „buntownicze myśli” wobec puścizny Oświecenia zostają wypowiedziane – niezależnie od tego, z jakich pozycji światopoglądowych one przychodzą i wobec czego „z Oświecenia rodem” wyrażają one sprzeciw. Subtelny rechot russowskiego duszka pobrzmiewa równie dźwięcznie w teorii krytycznej, jak i teoriach spiskowych utyskujących na następstwa pojawienia się teorii krytycznej. Jest w apokaliptycznych jękach o upadku obyczajów i realnym przestrachu nad stanem ekosystemu splądrowanego postępem. Jest on i w nieprzeprowadzonych do końca rewolucjach i bezlitosnych odwetach kontrrewolucji. Rousseau znów powie – tak rodzicie się wolnymi, a wolności nigdy nie zaznajecie, co tego jest przyczyną? Ano racjonalna cywilizacja, która przeczy stanowi naturalnemu. O ile dla Rousseau epoka była łaskawa i mógł on oddawać się melancholii w krajobrazie dopiero wkraczającym w rewolucję przemysłową, tak w erze antropocenu stan naturalny wydaje się niemożliwym punktem odniesienia. Co więcej, sama Natura zostaje odarta ze swojej pozakulturowej niewinności – wobec czego „stan naturalny” wydaje się wtedy kolejnym konstruktem cywilizacyjnym. Mówiąc inaczej: jest to pułapka na russowców, którzy wierzą w życie pozakulturowe.

Jednak są i tacy, którzy oferują łatwe wyjście z tej pułapki – wystarczy w samej kulturze wydzielić tendencje naturalne i te, które tej naturalności przeczą. Te drugie należy bezwzględnie naprawić lub usunąć. I już. Nie bez przyczyny w wielu językach kulturę się „uprawia” – niczym ogród. Naturalne równa się pożądane, tak jak pożądanymi są trefione w kulki bukszpany czy pnące róże, nie-naturalne jest wszystkim tym, co przychodzi skądinąd i nie jest przewidziane w planie rozwoju ogrodu. Można pielić, można też chlusnąć herbicydem – ale zawsze w imię przywrócenia do stanu pierwotnie założonego ładu. W takim zwróconym ku przeszłości post-rusyzmie głównie chodzi o to, że kiedyś to było i wszyscy pamiętamy, jak niby było świetnie – a teraz jest inaczej i gorzej zarazem. Stonka jest zrzucana przez wroga, który równocześnie drąży krecie korytarze pod trawnikiem; rutynowe ogrodnicze zajęcia przeradzają się front walki z narastającymi przeciwnościami, które niechybnie sprzysięgły się z kapryśną pogodą. Prasa ogrodnicza, zamiast artykułów piętnujących frywolność łąk, radzi krok po kroku jak taką łąkę wyhodować. Dałoby się przysiąc, że gdzieś musi istnieć lobby anty-ogrodowe, które dąży do zachwaszczenia nie tylko okolic, ale całego świata – tak twierdzą rzesze komentatorów na specjalistycznych forach. Temat podchwytuje prasa, politycy obiecują zająć się sprawą, bowiem ośrodkami lobbującym przeciwko kunsztownym bukszpanom wydają się ważne instytucje ogrodnicze. Te należałoby przejąć, aby nie dopuścić do totalnego zachwaszczenia. Wkrótce na ministerialnym kongresie pojawia się jeden z inicjatorów poruszenia działkowego – co prawda, sam ogrodu nie ma, ale nic to – tym bardziej jego głos się liczy jako niezależnego i nieprzekupnego. Łamiącym głosem czyta z kartki „To wysokie ogrodnictwo stało się dzisiaj ogniskiem pospolitości, wulgarności, prostactwa. To współczesne wysokie ogrodnictwo stworzyło nowy idiom kultury zachwaszczania i psychopatologii. I to stwierdzenie ilustruje cała historia współczesnego ogrodnictwa i działkownictwa”. Już obiecuje naloty dywanowe herbicydem, bo zachwaszczające lobby musi zostać wyparte siłą i sprytem. W międzyczasie wspomni co nieco o swoim dziele życia, samizdacie-podręczniku garden guerilla. Jest to nie lada gratka – cała historia degeneracji ogrodniczej za pięćdziesiąt złotych sztuka, w dodatku napisana fontem ułatwiającym czytanie. Idealna dla młodych adeptów sztuki ogrodnictwa szybko staje się bestsellerem. Przypisów, co prawda nie ma, ale przypisy w książce to raczej modna bzdura, którą nadużywają anty-ogrodnicze elity. I tak dalej, aż do oskarżeń natury ponadnarodowej – od powojnia rządzi zorganizowana mafia antyogrodnicza, która w ostatnich dekadach niebezpiecznie zwarła szyki. Zapowiada się wojna totalna.

W tej opowieści nie ma różnicy pomiędzy inwazją maków, sumaków octowców czy marksizmu kulturowego – na uwagę zasługuje jednak fakt, że o ile radykalni ogrodnicy pozostają (jak dotąd) niesłyszalni, tak zwolennicy teorii o wszędobylskim marksizmie kulturowym są głośni i zaczynają być wpływowi. W 2016 roku ministerstwo kultury zapytane o to, czy istnieje układ o charakterze mafijnym pomiędzy instytucjami kultury odpowiada: „Ze wstępnej analizy wynika, że owa »Mafia bardzo kulturalna« […] najprawdopodobniej funkcjonuje”1 http://www.sejm.gov.pl/sejm8.nsf/InterpelacjaTresc.xsp?key=316E43E4. Rok później z obrad Kongresu Kultury zorganizowanego przez ministerstwo płynie jasny przekaz „To współczesna sztuka wysoka stworzyła nowy idiom kultury wypróżniania i psychopatologii. I to stwierdzenie ilustruje cała historia sztuki współczesnej”1 Cyt. K.Karoń, wystąpienie w ramach panelu „Zagadnienia upowszechniania i popularyzacji sztuki oraz edukacji artystycznej”; 14-15.09.2017 – Ogólnopolska Konferencja Kultury – Sztuki Wizualne, Kraków. – a wypowiada je prelegent-amator drżącym głosem. Zastrzega na wstępie, że nie należy „do świata sztuki, ani krytyki, ani teorii artystycznej”, a to, co ma „do powiedzenia ma charakter głosu z zewnątrz i odnosi się nie do wewnętrznej sytuacji świata sztuki, ale do tego co jest poza tym światem, co przez ten świat sztuki nie jest najwyraźniej dostrzegane”1 Tamże.. Jak twierdzi, historią sztuki (i przy okazji idei) zajmuje się od 2010 roku – podsumowaniem niemal dekady tych zainteresowań jest książka wydana własnym sumptem, wokół której gromadzi się niemały krąg wyznawców, którzy za swym autorytetem wielogłośnie powtarzają tezy. Bycie amatorem – to jest: osobą spoza skorumpowanego środowiska instytucji i uczelni – wcale nie jest przeszkodą, jest wręcz atutem, bo gwarantuje „niezależność” i brawurę w wypowiadaniu oskarżeń. W oczach niektórych urasta do miana współczesnego Rousseau, który twierdzi, że nasze dusze wypaczają się, przy czym kluczowy udział ma w tym upadek nauki i sztuki. Druga część stwierdzenia jest kluczowa, bowiem upadek nie jest procesem – jak u Rousseau – wpisanym w charakter racjonalnego postępu kultury; upadek jest zaplanowany przez elity, które nazywa marksistowsko-liberalnymi. Ich zadaniem jest zdominowanie społeczeństw ideologią antykultury opartej na marksizmie, którego to rzekomym „celem jest nieograniczona władza, a środkiem likwidacja kultury i cofnięcie ludzkości do poziomu przedkulturowego, do poziomu zwierząt”1 Cyt. K. Karoń, Historia antykultury, 2018, s. 11..

Współczesna kultura jest jego zdaniem w stanie agonalnym, bowiem „sztuka współczesna jest bez wyjątku wyrazem chaosu, przypadku, bylejakości, destrukcji, brzydoty i w ostatecznej konsekwencji – patologii i w tym znaczeniu nie jest ona kontynuacją, ale zaprzeczeniem całej sztuki wcześniejszej”1 Tamże.. Wspomniana już nieograniczona władza ma być dystrybuowana przez instytucje kultury, wyższe uczelnie i szkolnictwo, a także przez Unię Europejską, którą nazywa wprost totalitarną1 https://www.historiasztuki.com.pl/strony/021-12-00-ANTYKULTURA-SYSTEM.html. Remedium na stan rzeczy jest proste, bowiem „obrona kultury wymaga zniszczenia instytucji ją utrwalającej”1 K. Karoń, Historia…, dz. cyt, s. 467.. Wobec tego bez związku (choć pewną ironią losu) wydaje się bliska współpraca amatora z Piotrem Bernatowiczem, nowo wyznaczonym dyrektorem Centrum Sztuki Współczesnej w Warszawie. Amator nie jest zwolennikiem irracjonalizmu jak Rousseau. To właśnie swoim przeciwnikom zarzuca odstępstwa od racjonalizmu i „naturalnego stanu rzeczy”, działanie na szkodę „naturze człowieczej” i prawom człowieka. Antykulturowcom przypisuje wynalezienie „marksizmu magicznego” – czyli, jak twierdzi, „ideologii gender”1 Zob. Tamże, s. 498 i 526., która ma zaklinać rzeczywistość, a w efekcie doprowadzić do ostatecznego upadku  etosu pracy, tożsamości i depopulacji planety1 Tamże, s. 472.. W tej wizji uczelnie i instytucje usiane są niekompetentnymi aktywistami antykultury1 Tamże, s. 467., których jedynym orężem jest markistowsko-liberalny przymus i terror genderu, zatem należy je w miarę możliwości przejąć lub obalać ich autorytet1 Tamże. jako ośrodków degeneracji i totalitaryzmu. Pomóc ma w tym „upowszechnienie wiedzy społecznej”1 Tamże, s. 529., do czego przyczynkiem ma być samizdat, bowiem „szerzeniem wiedzy społecznej nie są zainteresowani ani środowiska sprawujące władze, ani środowiska aspirujące do władzy”1 Tamże, s. 13.. Amator lojalnie uprzedza gości swojego portalu, że „informacje i interpretacje przedstawiane w tej witrynie są często sprzeczne z wiedzą rozpowszechnianą i egzekwowaną w szkołach, na uczelniach i na salonach formatowanych przez dominującą ideologię antykultury”1 https://www.historiasztuki.com.pl/index-sztuka.php. Wie, że dysponuje skarbcem wiedzy zakazanej.

Skąd jednak bierze się popularność amatora – a właściwie magistra sztuk pięknych, grafika i fotografa dość prężnie działającego w latach 70. i 80., publikującego na łamach PRL-owskich „Literatury” i „Świata mody”, który skrzętnie ukrywa swoją przeszłość? Być może z niby-russowskiego uroku psuja zabawy, który nawołuje do zniszczenia instytucji i przywrócenia kulturze jej „naturalnego stanu” przed XX wieku. Strategia bycia samoukiem okazała się skuteczna, mógł grać figurą cudownego mędrca znikąd, który zainteresował się sztuką, bowiem jego – wyłącznie jako odbiorcę – niepokoił jej upadek. Jego czytelnik może się z nim utożsamić, jego oburzenie uznać za własne. Natomiast jego historia jako artysty, którego kariera zgasła wraz z transformacją ustrojową i próbami dostosowania się do gospodarki wolnorynkowej (najpierw jako właściciel agencji reklamowej, a później klubokawiarni) wpisuje się w szereg pokoleniowych historii rozczarowania III RP. Choć w swojej książce mógłby pisać o niedoli PRLowskiego twórcy skazanego na łaskę państwowego mecenatu – tę epokę skrzętnie pomija. Uwagę skupia na ostatnim trzydziestoleciu jako źródle nieszczęścia o rzekomo marksistowsko-liberalnym rodowodzie, bowiem ono dało fotografowi, który na początku lat 80. wystawiał w paryskim Pompidou1 K. Jurecki, Diariusz wybranych wystaw fotograficznych i intermedialnych, spotkań i sympozjów z uwzględnieniem video i filmu eksperymentalnego w latach 1980-1987, [w:] Polska fotografia intermedialna lat 80-ych. Fotografia rozproszona, red. zbiorowa, Poznań 1988 s. 8. nic oprócz rozczarowania i przymusu dostosowania się do wymogów rynkowych – komercjalizacji, a później przebranżowienia. Na nic zdał się etos pracy, którego tak zaciekle broni w swojej książce. Podobnie wielu innym osobom okazał się twórcą niedostatecznie elastycznym, jak określiliby go ówcześni zagorzali sympatycy polskiej odmiany kapitalizmu. Jednak tej historii od niego nie usłyszymy, jak i nie usłyszymy oskarżeń skierowanych w stronę transformacji, która bezwzględnie obeszła się z kulturą. Zamiast tego mamy ciągnącą się przez ponad pięćset stron opowieść o totalitarnym spisku marksistów, którzy pragną zamordować kulturę poprawnością polityczną, krytyką kościoła katolickiego i polityką Unii Europejskiej. A ta – cóż tu kryć – niechybnie dąży do przebrania wszystkich chłopców w sukienki i depopulacji Europy poprzez promocję teorii krytycznej.

Amator, choć pisze o powszechnym upadku i ma ambicje wychowania nowego pokolenia, nijak nie jest Rousseau – bliżej mu do alt-medowych idoli, którzy zalecają kurację witaminą C w przypadku nowotworu. Ma spore grono wyznawców, posłuch wśród internatów dostatecznie duży, aby nazwać go najbardziej wpływowym publicystą zajmującym się kulturą w Polsce. Przez ministerstwo kultury nazywany jest ekspertem, a wkrótce zyska instytucjonalną afiliację w postaci warszawskiego CSW. Wyznawcy piszą o nim jako o myślicielu samorodnym, który wreszcie powiedział jak jest – jednak to także nie do końca prawda. To, o czym mówi i pisze nie jest specjalnie nowe – bliźniaczo przypomina czasy Zimnej Wojny, gdy w Ameryce rozpętano rękami McCarthy’ego polowanie na rzekomych komunistów. Wtedy także wygłaszano płomienne mowy o morderczym wpływie Jacksona Pollocka na kulturę i nadgorliwie szukano tych, którzy postępują „nie-amerykańsko”, godząc w harmonijny rozwój imperium – lewicowców, pacyfistów, feministki, osoby nieheteronormatywne. Sporo jest w nim nostalgii do lat 80. i ówczesnego konserwatywnego zwrotu w polityce, jak i nieco późniejszych utyskiwań przekleństwa postmodernizmu. Jest w nim też swojski resentyment, idealnie rezonujący z teorią spiskową dotyczącą marksizmu kulturowego i przekonaniem o istnieniu instytucjonalnych „mafii”. Zatem jeśli szukać w Polsce ambasadora alt-rightu – z całą pewnością jest nim amator, którego tezy trafiają na podatny grunt realnie konserwatywnego zwrotu w polityce. Globalnego alt-rightu z całym inwentarzem – z lekko skrywanym antysemityzmem, otwarcie homo- i transfobicznego, wrogiego mniejszościom etnicznym i kobietom, nawołującym do międzynarodowego nacjonalizmu w imię rzekomej obrony uniwersalnych wartości. Nie dalej niż kilka dni temu pewna polska fundacja zaczęła nawoływać do „pilnowania kultury”. Jedno jest pewne – radykalni ogrodnicy będą pilnować swoich bukszpanów i rabat. Nie myślmy, że są niegroźnym marginesem, bowiem mówią już pełnym głosem w mainstreamie. Mają zakasane rękawy do pielenia i roundupowania w imię samozwańczej racjonalności.

 

***

Łagodny bieg w dół | Liliana Piskorska

Tekst i kalendarium stworzone przez Aleksego Wójtowicza powstało na moje zaproszenie, jako część projektu Łagodny bieg w dół podczas rezydencji artystycznej w Centrum Kultury Zamek w 2020 roku. 

Łagodny bieg w dół to rozpoczęty w 2020 roku eksperyment artystyczno-badawczy, w ramach którego realizowane są spotkania performatywne, powstają opowieści i analizy. Ma być platformą do budowania przestrzeni emocjonalnego przetwarzania zwrotu prawicowego w Polsce. W ramach pracy nad projektem zaczęłam studiować język jakim posługuje się prawica i który przesączył się z niszowych prawicowych narracji do mainstreamu politycznego i medialnego w ostatnich latach. Interesuje mnie sprawdzenie różnych sposobów, jakimi możemy mówić o tym zjawisku w Polsce oraz znalezienia języka, którym można o nim skutecznie opowiadać. Dlatego też do wzięcia udziału w “Łagodnym biegu w dół” zapraszam osoby, które analizują ten język w swój autorski sposób.

Aleksy Wójtowicz, Ogródki i Antykultura
Kalendarium: Krótka historia marksizmu kulturowego 

tekst: Aleksy Wójtowicz | projekt: Ewa Hejnowicz, Centrum Kultury ZAMEK

Rezydenci w rezydencji 2020

Kuratorka Jagna Domżalska