tagi — Szymon Wildstein   

Szymon Wildstein Klasztor głupiego myślenia

Klasztor głupiego myślenia

“To, co zwiemy różą,

Pod inną nazwą równie by pachniało”

“Gadał dziad do obrazu, a obraz do niego ani razu”

 

Jadę na rowerze od Wawrzyniaka 27 przez Jackowskiego, potem skręcam w prawo, na ukos w Zwierzyniecką, którą jadę chwilkę, między innymi wzdłuż Starego Zoo, przejeżdżam Rondo Kaponiera w Świętego Marcina, aż do ulicy Kościuszki, z której zjeżdżam w Taczaka, gdzie mieszczą się Kisielice, i przejeżdżając Ratajczaka wjeżdżam do Pasażu Apollo, z którego skręcam w lewo w Piekary (po prawej jest galeria 9/10) i skręcając w prawo znowu wjeżdżam na Świętego Marcina, którym zjeżdżam w dół, aż do Kupca Poznańskiego, wzdłuż którego chwilę jadę Podgórną, aż przechodzi w Zieloną, i przejeżdżając Plac Bernardyński dojeżdżam do skrzyżowania Garbar z ulicą Dowbora-Muśnickiego, którą jadę aż do Mostowej, od której wjeżdżam na Most Świętego Rocha, z którego kieruję się Kórnicką w stronę Serafitek, którym jadąc – chyba pod prąd – dojeżdżam wprost pod gmach Telewizji Polskiej, oddział Poznań. 

Pracuję tu już dwa lata na stanowisku montażysty newsowego programu informacyjnego Teleskop. Początkowo próbowano mnie wypychać gdzieś na montowanie dłuższych i lepiej płatnych form, ale zrezygnowano, kiedy zobaczono, jak mocno zapieram się, żeby pozostać tu, na swoim stanowisku w pokoju 110. Przechodzę przez portiernię, gdzie siedzi dwójka ochroniarzy i idę wzdłuż szklanej ściany newsroomu, za którą pracują dziennikarze, wydawcy, kierownicy produkcji etc. Szybciej byłoby mi przejść tamtędy, ale wolę iść bokiem, żeby nikt mnie nie zaczepił z jakąś prośbą w stylu ściągnij wideo z tego i z tego i podmontuj coś tam i coś. Wchodzę później na pierwsze piętro po ciemnej klatce pomalowanej paskudną beżową farbą i wychodzę na jeden z czterech długich korytarzy określających kwadraturę budynku. Korytarz z pokojami montażystów, tak samo jak klatka schodowa, jest ciemny, z nigdy nieotwieranymi małymi okienkami pod sufitem, wychodzącymi na wewnętrzne podwórko. Na linii wzroku, po przeciwległej stronie w stosunku do pokoi, zawieszone są zdjęcia byłych i obecnych pracowników firmy, niektóre z dopiętymi nekrologami. Pomimo niby-zabawnych podpisów wprawiają mnie zawsze w lekkie przygnębienie. 

Jak wspominałem, moim pokojem zazwyczaj jest pomieszczenie 110. Jednak zanim się w nim zainstaluję, na początku zaglądam do pokoju 109, gdzie na ogół pracuje Pan Jacek. 

Pan Jacek pracuje od ponad trzydziestu lat na stanowisku montażysty, więc zaczynał od klejenia taśm i obrabiania wideo, i stosunkowo niedawno nauczył się montować na programie komputerowym. Jest lepszym ode mnie montażystą, ale wolniejszym, i w sumie bardziej mu zależy. Ja mogę wypuścić byle co i prawie nigdy nie stresuję się samym materiałem. Panu Jackowi bardziej zależy, w związku z czym cierpi na różne wrzody i łatwo się denerwuje. Lubię go, chociaż ciężko znoszę jego tyrady na temat bolszewii i ubeków albo różnicy między TVP Poznań a resztą lewackich mediów. W moim pokoju, tak, jak wszędzie, jest ciemno i sucho. Siedzę naprzeciwko dwóch ekranów komputera, na którym pracuję, i trzech dodatkowych ekranów telewizyjnych, na których oglądam zmontowane materiały. Poza tym jest jeszcze mały telewizorek, który odbiera darmowe programy, czyli inne stacje TVP i coś tam jeszcze – prawie nigdy go nie włączam. Za mną znajduje się przeszklona budka na lektora, do której wchodzą dziennikarze, żeby naczytać tzw. offy, czyli jedną z trzech części składowych materiału. Na materiał składają się więc: offy (głos z offu), setki (wypowiedzi osób do kamery) i efekty (efekty dźwiękowe służące przykuciu uwagi widza, czasem też podkreślające jakąś myśl, np. dziennikarz naczytuje offa o korkach – widzimy zakorkowaną Kaponierę. Kończy zdaniem:  władze miasta wciąż nie odniosły się do petycji posłów opozycji dotyczących czegoś tam i po tych słowach słyszymy serię klaksonów – te klaksony spełniają funkcję efektu). 

Jest siedemnasty czerwca 2018 i wczoraj wróciłem z wakacji z Dominiką w Gardzie (miasteczku na północy Włoch, położonym na wschodnim brzegu jeziora o tej samej nazwie, na byłym obszarze Cesarstwa Austriacko-Węgierskiego). Wróciłem sam, bo Dominika pojechała jeszcze na międzynarodowe warsztaty w związku z otwieraniem przez nas galerii na Świętym Marcinie. Galeria/atelier/pracownia czy biuro będzie nazywało się Artel. Nazwa, chociaż brzmi jak nazwa firmy produkującej farby do ścian, zainspirowana jest formułą nieformalnych zrzeszeń zakładanych jeszcze w carskiej Rosji od drugiej połowy XIX wieku, w doraźnych celach, takich, jak np. przewiezienie jakiejś ilości drewna z jednego krańca kraju na drugi. Później jeszcze to wytłumaczę, ale na razie nie widzę specjalnie powodu. Póki co, Dominika pojechała do Turynu, między innymi z Zuzą Koszutą i Jankiem Zamoyskim z warszawskiej Galerii Czułość (z którymi się przyjaźnimy), i, jak się okazało niedawno, z Kubą Borkowiczem, prowadzącym galerię 9/10 na Piekarach, o której wcześniej wspominałem. 

Jest 13:00 i właśnie usiadłem naprzeciw ekranów. Zazwyczaj mam dla siebie tę godzinę-coś, zanim zaczną się schodzić dziennikarze i będę musiał montować. Właśnie tę godzinę staram się przeznaczyć na wymyślanie prac.

Jeden ekran miga co jakiś czas. Raczej co chwilę. Ten po lewej na półeczce ponad dwoma ekranami komputerowymi. Więc póki nikt nie przyszedł, wpadam na pomysł na pracę, taki obiekt jakby. Pomyślałem o nim tak naprawdę wczoraj, pijąc piwko i słuchając, jak ktoś tam gada o wystawie Diany Lelonek w Galerii Rodriguez. To taka galeryjka na Starym Mieście w Poznaniu prowadzona przez Agatę Rodriguez i jej męża Carlosa. Taka neoliberalna galeria, że tak to ujmę. No i była tam ta wystawa Lelonek o jakichś grzybach i ogólnie zdjęcia ładne i w ogóle, ale te pierdoły o końcu antropocenu to straszne bzdury. Niemniej podczas siedzenia i picia piwka ludziom różne rzeczy przychodzą do głowy, a mi coś takiego, że są takie pasożyty, które żerują na krabach i szacuje się, że nawet połowa populacji na całym świecie je ma, i to są worecznice. To są takie małe skorupiaki, co jak znajdą swojego żywiciela, czyli kraba, zrzucają własną skorupę i wchodzą w niego. Następnie oplatają jego system nerwowy i sterują nim tak długo, jak same żyją. Wraz z ich śmiercią następuje śmierć żywiciela. Worecznice rozmnażają się nawet w taki sposób, że doprowadzają do kopulacji pomiędzy zarażonymi krabami. No i ta praca w sumie polegała tylko na tym, że byłby taki plastikowy krab, z którego wydobywałaby się muzyka i on by gestem zapraszającym machał prawym szczypcem. 

Krab i Worecznica

Ale to jest taki pomysł zupełnie z dupy, nawet nie wiem, po co o nim opowiadam, skoro mam inne, ciekawsze. 

Do mojego pokoju przyszła Anna Molska z materiałem na temat odejścia jakiegoś posła z Platformy Obywatelskiej. Rzecz jasna, czegoś takiego nie można przepuścić. Będą trąbić o tym jeszcze najbliższy tydzień, jestem pewien, ale nic mi do tego – przecież ja tylko montuję. Zresztą mam to naprawdę w dupie, a to dopiero początek i z pewnością w miarę, jak dzień będzie mijał, przyjdą gorsze materiały.

Wróćmy więc do sedna sprawy. Mam na przykład taki pomysł, że jest mieszkanie, takie podstawowe, że cztery pomieszczenia są, czyli sypialnia, salon, kuchnia i łazienka. Nazwałbym to Wszystkie mieszkania, w których nigdy nie mieszkałem. Takie to byłoby trochę romantyczne. Wyobrażam to sobie jako bryłę składającą się z czterech sześcianów. Jeden duży, drugi o jedną czwartą mniejszy i dwa tej samej wielkości, mniejsze od tego drugiego pomieszczenia o połowę, tak, że jakby się je złożyło razem, to by były jego wielkości. Największe pomieszczenie to byłby salon, drugie sypialnia, a następne dwa to łazienka i kuchnia. Każdemu przypisany byłby jeden dźwięk. W sypialni byłby to budzik, w salonie jakiś przeszkadzacz w stylu radia czy telewizora, w łazience byłby to dźwięk wody, że niby kibel czy prysznic, a w kuchni odgłos tłuczonych  naczyń. Bryły by się poruszały cały czas, tworząc określone konfiguracje. Pośrodku takiej maszynki znajdowałby się nieruchomy głośnik, który by odtwarzał przynależny akurat nachodzącej na niego bryle dźwięk. Głośnik funkcjonowałby tu jako taki bohater, wokół którego porusza się cała maszyneria. Na głośnik nachodziłyby odpowiednio sypialnia – łazienka – kuchnia – łazienka – salon – kuchnia – łazienka – salon  –  łazienka i powtórka. 

Wszystkie Mieszkania w Których Nigdy Nie Mieszkałem

Tak se wymyśliłem na przerwie na papierosa, że clue to przenoszenie struktur różnych rzeczy na inne rzeczy. Wtedy to wydaje się wszystko jakby ładniejsze.

Prosta sprawa. Wszystkie mieszkania, w których nigdy nie mieszkałem.

Dyżur dopiero się zaczyna, więc wszystkie mądre głowy męczą się jeszcze nad swoimi tematami w newsroomie. Nie pozostaje mi nic innego, jak kontynuować. 

Wyobrażam sobie obiekt zrobiony z takiego ekspresu do kawy, co się wlewa wody do środka i wyciska kawę leżącą na dnie. Więc obiekt przedstawiałby walec zbudowany na metalowym pręcie, z tego ekspresu, a na jego górze byłaby właśnie ta płaska okrągła forma, którą się wyciska kawę. Ta część obracałaby się w różnym tempie i w różnych cyklach a jej średnica byłaby odrobinę większa od średnicy walca. Na jej szczycie byłyby ustawione trzy figurki. Jedną z nich byłaby staruszka siedząca przy stoliku kawiarnianym nad miską z lodami, przy stoliku siedziałaby druga postać o niezdefiniowanej płci, a trzecią byłaby figurka kelnera. Do tego byłby tekst. 

Hotel Arka w Kołobrzegu

W sumie w ogóle nie podoba mi się ten pomysł, ale tekst byłby fajny. Wiem, bo go napisałem. To jedyne, na co znajduję ewentualnie czas. Jeśli robi się pracę z tekstem, to to musi być dobra praca, a ta byłaby po prostu zobrazowaniem tekstu, więc to bez sensu. Ten pomysł odpadł w przedbiegach. Czy gdybym nie musiał chodzić do pracy, rzeczywiście zrobiłbym te projekty? Może nie. Może na przykład miałbym więcej czasu na myślenie i same pomysły na te prace byłyby lepsze? 

Zrobiłbym też film o wyprawie Amundsena na biegun południowy i inny, o miasteczku Aspen. To taki kurort turystyczny w Stanach, ale nie zapowiada się, żebym wybierał się tam w najbliższym czasie. 

Amundsen i Aspen

Do radia zrobiłbym jakby słuchowiska. Parę krótkich form w takim humorystycznym duchu. Na przykład dźwięki konia w wentylatorze. 

Coś w tym stylu. Byłoby też jedno długie słuchowisko na podstawie Iliady. W słuchowisku pozbyłbym się jakichkolwiek dialogów, w sensie, że tekstu, i pozostawił same dźwięki. Odgłosy żołnierzy, zbroi i broni, tętent koni i maszerowania. To byłaby wierna adaptacja.

Koń w Wentylatorze

Zrobiłem już cztery flesze. Flesz to taka krótka forma, na około minutę. Same zdjęcia, czyli prosta matematyka: statyczny ogół – detal – jakiś przejazd – jedna strona – druga strona – detal – przejazd zakończony długim statycznym ujęciem, na przykład. Flesz pozbawiony jest off’u (czyli lektora) i dziennikarz w studiu podczas emisji sam na żywo naczytuje tekst. Ostatni flesz zrobiłem na temat nowych kart dla emerytów i przysługującym im w związku z jej posiadaniem darmowym wstępom na miejscowy aquapark. Ciekawe, czy jeśli kiedykolwiek będę emerytem, będzie mi się chciało chodzić do aquaparku.

Zrobiłbym też szereg instalacji. Jedna odnosiłaby się do słowa Hebel, funkcjonującego w Starym Testamencie najczęściej ze wszystkich. Hebel to Abel po hebrajsku, ale też podmuch, mgła, dym, marność (jak w Księdze Koheleta  – marność nad marnościami). Instalacja składałaby się z trzech obiektów, z których każdy mógłby funkcjonować osobno, ale w sumie tworzyłyby dodatkową wartość. Jeden składałby się z dwóch stojących pod ścianą rurek na wysokość około sześćdziesięciu centymetrów. Rurki stałyby tak równolegle pod ścianą, w odległości około 40 centymetrów od siebie. Na dole każda łączyłaby się z drugą rurką pochyloną pod kątem około siedemdziesięciu stopni i długości 40 centymetrów. Te rurki łączyłyby się ze sobą za pośrednictwem kolejnej rurki, ułożonej pomiędzy ich końcami u góry. U spodu leżałoby prostokątne lustro, którego krótszy bok łączyłby rurki ułożone przy ścianie. W lustrze, przy odpowiednim kącie patrzenia, rurki tworzyłyby literę H. Drugim obiektem byłby leżak z napiętym krochmalem materiałem, przewrócony w prawo o 90 stopni tak, że przypominałby literę B. Gdzieś w tle leciałby z głośnika dźwięk wiatru, że niby ten leżak przewrócony przez wiatr (podmuch) na plaży. W sumie ten element nie jest przemyślany i wydaje mi się teraz absurdalny i głupi.

Trzecim obiektem byłaby drabina i pudło. Drabina oparta o ścianę byłaby na tyle wysoka, że kiedy ktoś wspiąłby się na nią, jego głowa prawie dotykałaby sufitu. Tam z kolei przymocowany byłby prostokąt zrobiony z białej dykty, pozbawiony boku od strony tego kogoś, co by się wspiął na drabinę. Taki pawlacz jakby. Wewnątrz, czego nie widziałoby się z dołu, na metalowej żyłce zawieszone byłyby wzdłuż trzech ścian zawieszki do kibla. Takie kulki/mydełka w plastikowych pojemniczkach.

Drabina i jej zabezpieczenie w postaci podpórek tworzyłaby literę L. Czyli w sumie trzy prace składałyby się na litery HBL. 

H
B
L
L z Innej Perspektywy

Wszystkie te małe języki odnosiłyby się po części, rzecz jasna, do mojego doświadczenia wychowywania się w żydowskiej szkole przez siedem lat i śpiewania tych wszystkich piosenek w stylu Szema Izrael co piątek wieczór, ale nie tylko. Ta praca przede wszystkim byłaby czymś w rodzaju eseju wizualnego na temat języka, zainspirowanego późnym Wittgensteinem.

W ogóle to lubię te zawieszki do ubikacji, więc zrobiłbym jeszcze jedną pracę z nimi. Byłyby one rozciągnięte pod sufitem wzdłuż wszystkich ścian galerii, na przesuwającej się powoli żyłce. Byłby jakiś wspólny wernisaż artystów i artystek, i od wejścia, czyli od drzwi, odbiorców witałyby szczotki do kibla ułożone poziomo wzdłuż podłogi, jak jakaś myjnia. Szczotki byłyby czarne, żeby nie było wiadomo, czy są w czymś umoczone, czy nie. Wszyscy musieliby przez nie przejść, oczywiście o ile chcieliby zobaczyć coś w zamian. Więc zawieszki do kibla by się przesuwały wzdłuż każdej ściany pod sufitem i w pewnym momencie schodziłyby w dół, żeby zanurzyć się w kiblu i z powrotem wędrowałyby na górę. Tak, że ochlapywałyby wszystkie prace zawieszone równo pod ścianą. 

Galeria z Mydełkami

Myślę, że ta praca sprawiłaby mi niemałą przyjemność. Są też mniej wyszukane prace. Zrobiłbym miniaturkę takich drzwi obrotowych z centrum handlowego, z tym że byłyby tylko z jednej strony otwarte. W środku, w jednym z czterech pomieszczeń, w drzwiach znajdowałby się głośniczek malutki, który jednostajnym głosem recytowałby jakiś tekst, w sumie nie do końca ważne, jaki. Za każdym razem, kiedy (jak na karuzeli) głośniczek pojawiałby się w otwartym wylocie, natychmiast by się wyłączał, tylko po to, żeby znowu się włączyć, jak minie otwór i zostanie zamknięty w szklanej gablotce. Innym wariantem tego pomysłu jest film, który zrealizowałem, ale tak źle i niechlujnie, że trzeba byłoby go powtórzyć, ale to się też raczej nie zdarzy, bo nie mam czasu. Kamera na statywie ustawiona była naprzeciwko wielkiej nowoczesnej windy. Po środku windy na krześle siedział facet. Siedział tak na tym krześle i nic specjalnego nie robił do momentu, kiedy zamykały się drzwi. Wtedy zaczynał strasznie rozegzaltowany monolog o swojej podróży windą. Ekscytował się wesoło, aż mu nagle zmieniał się humor i popadał w zrzędliwy nastrój, komentując krytycznie podróż. I tak na zmianę, aż do momentu, kiedy pojawiał się charakterystyczny dźwięk windy, taka melodyjka, drzwi się otwierały, a bohater filmu znowu siedział znudzony w ciszy naprzeciwko kamery. To miało mieć taką konstrukcję i trwać miało długo. Długo na tyle, że nikomu by się nie chciało w całości tego obejrzeć, no i byłoby zaloopowane. Chciałbym też, żeby zależnie od długości tekstu, interwały między jednym otwarciem drzwi a kolejnym były różne. Jakąś strukturę prostą bym tam dodał i byłoby gotowe. To wydaje się lepszym pomysłem, niż ten wcześniejszy, o którym powiedziałem. W sumie ten wcześniejszy był chyba głupi, chociaż może się coś z niego jeszcze wyciągnie. 

Obrotowe Drzwi w Centrum Handlowym
Winda

Zawsze można niby coś wyciągnąć. Czasem i z pustego się naleje.

Pomysł na projektor poczwórny przyszedł mi na pierwszym roku magisterki, w związku z zadaniem, jakie postawił przed studentami profesor od Pracowni Filmu Eksperymentalnego, do której uczęszczałem. Chodziło o to, żeby spróbować stworzyć film pozbawiony animacji poklatkowej. Maszyna miałaby w swojej prostocie opierać się na filmie tworzonym z minimum dwóch obrazów rzutowanych na ten sam ekran z jednej rolki filmowej, która miałaby się przesuwać ruchem ciągłym przed projektorami. Formy na taśmie należałoby na tyle precyzyjnie zaprojektować, ażeby każdy odcinek rzutowany na ekran przez jeden z projektorów animował się z odcinkiem rzutowanym przez drugi projektor. 

Z czasem pomysł w mojej głowie zaczął ewoluować, tak, że koniec końców widziałbym go na planie kwadratu, z rozstawionym na każdym boku projektorem. Soczewki projektorów skierowane byłyby na małe, ustawione pod kątem lustereczka po zewnętrznych bokach figury. W rezultacie taśma przesuwały się na planie kwadratu, ekran znajdowałby się ponad maszyną i składałby się z czterech różnych obrazów rzutowanych równocześnie, a formy naniesione na taśmę pojawiałyby się za każdym razem odwrócone względem siebie o 90 stopni. Pomysł nie wypalił ze względu na zbyt duży nakład finansowy, jaki wiązałby się z jego realizacją, i brak czasu.   

Film Perforacyjny

Mam też pomysł na instalację/film perforacyjny. Chodziłoby o to, żeby pomyśleć o filmie jako medium operującym przede wszystkim światłem i cieniem, a nie tylko o tym, że ktoś kogoś oszukuje (trochę jak ja teraz). Instalacja składałaby się z dwóch projektorów wykorzystujących wspomniany wcześniej mechanizm filmu ciągłego i urządzenia do osobnej manipulacji prędkością każdej z taśm. Taśmy rzutowane byłyby na ekran, albo jakąś ścianę, i obraz szedłby w różnych kierunkach. Jeden z lewa na prawo, a drugi z prawa na lewo. Taśmy byłyby prześwietlone, więc widzielibyśmy jedynie dziury perforacyjne u góry i u dołu projekcji. Prędkość taśm wchodziłaby we wzajemne relacje, w sposób ściśle ustalony, natomiast dziury perforacyjne nakładałyby się na siebie w ten sposób, że widz miałby wrażenie, jakoby z jednej formy rozchodziły się dwa takie same obiekty, tylko że w różne strony. Taśmy przyspieszałyby niekiedy do momentu, w którym pozostawałyby jedynie białymi smugami, a innym razem tak, że już ledwo widać byłoby, że się poruszają. Byłyby też takie momenty, w których taśma jednego z projektorów płynęłaby bardzo szybko, podczas gdy taśma drugiego niemalże stała w miejscu. W związku z tym, że odtwarzana taśma byłaby kompletnie prześwietlona, widz oglądałby film składający się z jego braku. 

Z tymi rzutnikami to miałbym jeszcze parę pomysłów. 

Film o Jaskini

Taki pomysł, na przykład, na wykorzystanie tego samego myku, tylko że projektory szłyby tym razem w tym samym kierunku. Byłaby to instalacja przestrzenna składająca się z dwóch rzutników do projekcji filmu ciągłego, postawionych po różnych stronach ekranu z kalki. Rzutnik pierwszy projektowałby dół jaskini (stalagmity) w lewo. Rzutnik drugi projektuje górę jaskini (stalaktyty) w prawo. Taśmy miałyby ten sam wzór, z tą różnicą, że ustawione byłyby losowo przed obiektywem i jedna byłaby do góry nogami względem drugiej. Odległość od ekranu do rzutników byłaby na tyle duża, żeby odbiorca mógł swobodnie poruszać się między nimi, tym samym pojawiając się jako cień wewnątrz jaskini. To bym traktował bardziej jako takie dzieło znowu w duchu romantycznym. Jaskinia, funkcjonująca jako coś wiecznego i trwałego, tu pozostaje w ciągłym ruchu, natomiast czas miałby jedną i tę samą strukturę cykliczną, a może bardziej prostokątną. Sam już nie wiem, naprawdę. 

Chciałbym też zrobić pracę tylko po to, żeby nazwać ją: Dies Irae. To byłoby spoko. Są też inne pomysły, trochę mniej ambitne, jak na przykład wideo, w którym widzielibyśmy dolną połowę dzbanka z wodą i kwiatami. Nic w tle, tylko szkło, woda, i, z racji kadrowania, dolne łodygi. No i film polega tym, że łodygi naparzają w denko dzbanka. Jeszcze nie wiem, czy się przebiją, czy nie, ale to mało ważne, bo i tak nie mam czasu tego zrobić.

Miałem za to czas zmontować trzy materiały. Pierwszy materiał o facecie, co wysadził całą kamienicę na Dębcu w Poznaniu, bo próbował zatuszować zabójstwo żony. Drugi o targach z najnowszymi technologiami zabezpieczającymi przed włamywaczami i innymi złodziejami. Trzeci, luźniejszy, o plastikowych pingwinach na płozach, służących do pomocy małym dzieciom w nauce jeżdżenia na łyżwach.

Albo prostokątne pudło z tektury ustawione na trójnogu, takim jakimś statywie. W pudle w jednym z czterech boków pośrodku ścianki wbita byłaby okrągła chromowana kratka wentylacyjna. Stamtąd też dochodziłyby rytmiczne dźwięki jakieś maszyny fabrycznej, ale miałoby to jakby parę warstw. W rzeczywistości byłby to jeden dźwięk, oryginalnie trwający, załóżmy, około czterech sekund, przerobiony w czasie tak, że jedna ścieżka dźwiękowa składałaby się z niego, ale wydłużonego do ośmiu sekund, a powtarzającego się w szesnastu sekundowych interwałach, a już kolejna warstwa byłaby tym dźwiękiem wydłużonym do minuty dwadzieścia osiem, i kolejne wersje dźwięku na kolejnych ścieżkach tak, że koniec końców brzmiałoby to jak jakaś fabryka z lat czterdziestych. Jakby ktoś spojrzał na to pudło na statywie, to dostrzegłby, że w szparach kratki wentylacyjnej widać słabe światło, jakby w środku pudła paliła się żarówka. Tak też by było. Potencjalna osoba zajrzałaby zaintrygowana do środka.

Wewnątrz pudła, na ściankach od środka przymocowane byłyby lustra, a na górze, albo na dole (to by było obojętne), poza zasięgiem wzroku, byłaby mała żaróweczka, dzięki której wnętrze byłoby lekko oświetlone. Widz mógłby jednak dojrzeć jedynie odbicie kratki wentylacyjnej (której kratki byłyby na tyle zbite, że obraz oka obserwatora byłby niewidoczny). Element braku odbicia oka jest potrzebny po to, żeby nie popaść w zbytni sentymentalizm. Cała rzecz też by sprawiała wrażenie prowizorycznego głośnika. I pomimo, że brzmi to pretensjonalnie, nazwałbym tą pracę Nic nie przyniesie niczego, co byłoby trawestacją cytatu z Króla Leara. Tak se myślę, że w dużym skrócie chodziło by w niej o to, żeby zakwestionować przyzwyczajenie widza do tego, jak pewne formy wymuszają sposób percepcji, a potem już w ogóle go skołować i na nowo, w sposób przeze mnie spreparowany, wymusić na spojrzeniu powrót do jego pierwotnego kierunku. Czyli: głośnik – kierunek na zewnątrz – szpara/kratka wentylacyjna ze światłem – wewnątrz – lusterko – z powrotem na zewnątrz.

Nic Nie Przyniesie Niczego

Jakiś czas temu Dawid Misiorny zaproponował paru znajomym (w tym i mnie) wzięcie udziału w projekcie, który realizował w ramach rezydencji w Zamku. Projekt trwać miał w trakcie Nocy Muzeów i polegać na tym, że w starym budynku Poczty Polskiej każdy artysta/artystka dostałby własny namiot, w którym wedle uznania stworzyłby sytuację audio. Na początku pomyślałem se o takiej piosence zespołu DAAB W Moim Ogrodzie i połączeniu jej w jakiś sposób z cytatem z Watta Becketta, w którym narrator opowiada o swojej i Watta niemożliwości powrotu do własnych ogrodów. Ogrody były tu rozumiane jako własny język, czy jakoś tak. Długo się nad tym głowiłem, nie powiem, ale w końcu zrezygnowałem. Jak to się mówi – nie zaskoczyło.

W zamian uznałem, że po prostu nagram siebie jako narratora, który próbuje napisać przemówienie, ale nie jest zdecydowany do kogo ma je kierować, kim jest adresat. Z czasem coraz bardziej poirytowany, orientuje się, że żadna z instancji, do których się odwołuje, nie spełnia kryteriów idealnego adresata. Nie traktowałem projektu Dawida ze szczególnym namaszczeniem. Przyjemnie jest zrobić coś spoko ze znajomymi, ale to tyle.

Tak czy siak, nic nie wyszło, bo Misiornego wywalono z rezydencji, co skutkowało odwołaniem całego eventu. Niby Zamek powinien teraz każdej osobie, która miała brać w tym udział, zapłacić po 200 złotych (taka była umowa słowna z Dawidem), ale jakoś im się do tego nie pali. Dwa razy nawet pisałem w tej sprawie do Jagny Domżalskiej, która zarzekała się, że się tym zajmie, ale bezskutecznie. Szczerze mówiąc, miałem w dupie sam hajs, raczej chodziło w tym wypadku o jakieś pryncypium, że za pracę dostajesz wynagrodzenie.

Nic to, ze sztuki nie wyżyjesz. Dlatego właśnie potrzebuję pokoiku 110.

Przyszła znowu Anna Molska z prośbą, żebym ściągnął z Daleta (wewnętrznego programu operacyjnego telewizji) jakieś archiwka (materiały archiwalne) o zeszłorocznej paradzie równości. Przeczuwając, jaki materiał się szykuje, kiedy tylko wyszła, zadzwoniłem do wydawcy i poprosiłem o słowo. Radek Śledziński przyszedł dwadzieścia minut później i odbyliśmy rozmowę, w ramach której poprosiłem, żeby tak porozdzielał pracę na montażach, żebym nie musiał montować materiału z Anią. Radek bez większych problemów na to przystał. Więc mam czyste ręce, chyba. Chociaż wiem, że tak naprwdę nie. Materiał z Anią zrobił pan Jacek. Idealnie się dopasowali, jeśli chodzi o poglądy, tyle tylko, że o ile pana Jacka można spróbować zrozumieć, o tyle Anna ma lat 26 i ciężko mi dociec, jakie są jej motywy. Może chodzi o to, że każdy z tych młodych dziennikarzy, czy dziennikarek, próbuje się wybić do Warszawy. Może w związku z tym wydaje im się, że muszą być radykalniejsi od najradykalniejszych. Jest też coś ciekawego w tym, że o ile nieszczególnie wierzę w coś takiego, jak dziennikarska etyka zawodowa, o tyle wiem, że na poziomie zapewnień ona istnieje. W wypadku tych młodych ludzi zostało to kompletnie wyparte przez skrajny oportunizm. Prawie żadna i żaden z pracujących tu młodych dziennikarzy nie udaje, że to nie od zdania ich szefa zależy końcowa teza newsu.

Raz na jakiś czas spotykam kogoś, kto wyraża może nie tyle oburzenie, ile bardzo efektowne zdziwienie na wieść, że pracuję w TVP. Mówię przede wszystkim o ludziach z szeroko rozumianego środowiska. Mam na przykład koleżankę Anię Adamowicz, która za każdym razem, kiedy mnie widzi, pyta czy nadal to robię, a że potwierdzam, to zaczyna mnie wypytywać o co gorszy materiał, jaki widziała. Może chodzić o Arsenał, albo paradę, albo inne rzeczy. Z Anią chodziliśmy razem na studia i tam bardziej się polubiliśmy. Wynikało to głównie z faktu, że wychodziliśmy z trochę innych środowisk, niż reszta koleżanek i kolegów z wydziału. Ania, rzecz jasna, jest feministką i chyba komunistką. Była już po studiach etnologicznych, ale zdecydowała się spróbować sił w sztuce. Zrobiła na przykład serię video youtubowych, na których parodiując typowo kobiece kanały blogerskie o modzie czy makijażu, opowiada o różnych lewicowych książkach. Ze sztuczną emfazą i twarzą wymalowaną jak wariatka nagrała parę odcinków. Pamiętam, że doszło do zabawnej wymiany zdań między Anią a Dominiką. Jakoś tak się złożyło, że wracaliśmy w trójkę z uniwersytetu i Ania postanowiła zapytać nas o zdanie w kwestii wspomnianego youtube-performansu. Nie pamiętam już, co ja odpowiedziałem. Jak znam życie, wywinąłem się od jednoznacznej oceny, skupiając się na jakimś pobocznym wątku. Dominika ma inne podejście, w związku z czym zjechała biedną Anię z góry na dół. Oskarżyła ją przede wszystkim o seksizm i powielanie stereotypów, jakoby youtuberki, czy w ogóle dziewczęta, kobiety zajmujące się kosmetykami, ubraniami, fryzurami etc. były idiotkami. 

Pytanie o ocenę pracy jest, jak można się domyślić, jednym z najgorszych, jakie można komukolwiek zadać, o ile oczekuje się szczerej odpowiedzi. Ja sam staram się tego nie robić. Kogo ja chcę oszukać? Przede wszystkim nie ma o co pytać, bo niczego nie robię.

Ostatnim razem, kiedy rozmawiałem z Anią o sztuce, byliśmy na trzecim piętrze Intermediów i jaraliśmy szlugi przy oknie w męskim kiblu. Nieopatrznie zagaiłem o temat jej pracy magisterskiej. Podobnie do mnie Ania ma żydowskie korzenie i wydaje się, że traktuje to bardzo poważnie. Na przykład regularnie w żydowskie święta pozdrawiała mnie Lechaim albo zwykłym Shalom. Trochę przypomina mi to sytuację, kiedy niefrasobliwie wygadałem się kolegom z podwórka, że jestem trochę żydem. Żadne poważniejsze konsekwencje mi nie groziły, tyle tylko, że dzieciaki witały mnie tym całym Shalom i okazjonalnie nazywały per Żydem jakoś mnie to wkurwiało. Podobnie rzecz się ma, kiedy mam do czynienia z fetyszyzacją i traktowaniem instrumentalnie swojego pochodzenia. Ania w odpowiedzi na moje pytanie, wyraźnie podniecona i niemal szczęśliwa, opowiedziała mi o tym, jakoby największym postrachem wśród ludności żydowskiej były polskie dzieci. Miały one specjalizować się w wymyślaniu antysemickich wyrażeń, może rymowanek, a następnie w próbach denuncjowania ukrywających się Żydów. Biegały te polskie dzieci chmarami, wykrzykując najobrzydliwsze sentencje dotyczące Żydów, i polowały. To miał być jakiś performance, który opierał się na użyciu tego typu wierszyków.

Nie potrafiąc odwzajemnić radości Ani, odpowiedziałem, że to ciekawe i wróciliśmy na zajęcia z których wcześniej wyszliśmy. Poza tym oczywiście, że się wstydzę tego, gdzie pracuję.

Kiedy opisuję te wszystkie moje prace równocześnie, wyobrażam sobie, jakbym chciał sam ten opis zobrazować w rzeczywistości. W sensie, fizyczną wystawę prezentującą pisany właśnie przeze mnie tekst. Potraktowałbym więc prace na zasadzie analogii do języka. Czyli każda z prac funkcjonować mogłaby osobno, jak słowa, ale ułożone wspólnie, wpływałyby na siebie i tworzyły zdania. Wyobrażam sobie je w przestrzeni od 15 do 20 metrów kwadratowych, czyli coś jak nasz Artel, wszystkie pomalowane jednakowo, na biało. Coś białego jako coś idealnie oświetlonego, pozbawionego cienia jak na sekcji zwłok. W końcu, kiedy myślę o tych pracach, to jedną z zasadniczych rzeczy, jaką mogę o nich powiedzieć, to tyle, że wszystkie trwają w pustce czyli moim mózgu. Jak wiemy, cień jako zjawisko fizyczne w rzeczywistości, takiej fizycznej, zajść musi. Żeby to podkreślić, każda z tych prac poza rzeczywistym cieniem posiadałaby cień metaforyczny w postaci jakiejś usterki. Dla przykładu na pierwszy rzut podam projektor poczwórny. Jest to pomysł na pracę, z którego jestem najbardziej zadowolony, choć nie wynika to z jakiejś obiektywnej oceny jego wartości, a raczej z faktu, że wyróżnia się on swoją spójnością. Oczywiście spójność pracy może być kryterium oceny jej wartości, ale nie w tym rzecz.

W tym kontekście spójność rozumiem jako odwoływanie się do jednej z podstawowych form geometrycznych, jaką jest kwadrat, i podporządkowania jej formie całej reszty pracy.

Usterką, którą bym wprowadził w ramach tej pracy, byłoby wyjście taśmy filmowej poza układ kwadratu. Tak więc umieściłbym dodatkowy kołek, po którym przesuwa się taśma na szerokości jednego z boków, w odległości – dajmy na to – pół metra od pracy. Jak tak teraz myślę, to dochodzę do wniosku, że słowo usterka nie do końca oddaje moją intencję.

Opisuję coś, co nie istnieje. Nie istnieje rzecz Wszystkie mieszkania, w których nigdy nie mieszkałem. Nie ma fizycznego odpowiednika tego pomysłu, tak więc tym, co naprawdę urzeczywistnia tę pracę, jest jedynie jej opis. Tym bardziej, jeśli myślę o pracy, której sens nadawałoby przede wszystkim istnienie w czasie, a która siłą rzeczy w tym czasie nie zaistnieje.

Wszystkie prace poskładałbym w jedno zdanie pełne błędów.

Strasznie to bełkotliwe. Lepiej daruję sobie wchodzenie na takie poziomy.

Jakiś czas temu znowu przyszła Ania z nowym materiałem. Tym razem był o Arsenale i tak mnie tym zaskoczyła, że już nie dało się wywinąć.

Ogólnie TVP Poznań i Arsenał są na wojennej ścieżce od czasu wybrania Marka Wasilewskiego na dyrektora galerii. W skrócie – komisja konkursowa przegłosowała, że na stanowisku dyrektora Arsenału zostanie Piotr Bernatowicz, wcześniejszy dyrektor placówki, ale Prezydent Poznania Jacek Jaśkowiak w drodze precedensu postanowił olać zdanie komisji i mianować Wasilewskiego na nowego dyrektora. Powstały różne protestacyjne listy poparcia, czy to jednego, czy drugiego. Sam nawet podpisałem się pod listem wspierającym Wasilewskiego i teraz odrobinę się tego wstydzę. Jakby nie patrzeć, wybór Wasilewskiego był podyktowany politycznymi względami, a nie niesamowitą troską o placówkę, a sam zainteresowany bardzo pokrętnie, i moim zdaniem cynicznie, podszedł do tematu. Gdzieś na samym dnie tego wszystkiego zostaje małostkowość ludzi, którzy w ramach doraźnych korzyści instytucjonalnych potrafią przymknąć oko na nawet najbardziej jaskrawe przykłady kolesiostwa. Jeśli chodzi o Bernatowicza, to żeby było jasne, jest on absolutnie służbistą jednej z opcji politycznej (w tym wypadku prawicy) i jako dyrektor Arsenału był z pewnością gorszy od Wasilewskiego. Pytanie tylko, czy w związku z opinią jednego z towarzystw (którą również podzielam) należy rezygnować ze struktur stanowionych w ramach demokracji. Wydaje mi się, że nie, ale w sumie mam to gdzieś. Bernatowicz szybko znalazł nową pracę. Na początku tutaj, w poznańskim ośrodku TVP, a później mianowany został prezesem Radia Poznań. Teraz TVP Poznań nie omija żadnej możliwości, żeby dokopać obecnej władzy galerii. Natomiast moje nadzieje na to, że galeria oprze się pokusom rozgrzewania konfliktu, poświęcając się na odbudowywaniu utraconego przez lata kadencji Bernatowicza prestiżu, rozwiały się wraz z jedną z pierwszych decyzji nowego dyrektora. Otóż Wasilewski, w ramach nowego otwarcia, zaprosił Alekę Polis z jej performancem Rosa Rotes polegającym na myciu i sprzątaniu galerii. Nowy dyrektor zasłaniał się faktem, że podobne performance Aleka Polis wykonywała też w innych galeriach i że zasadniczym sensem akcji jest zwrócenie uwagi na słabo opłacanych pracowników galerii. W rzeczywistości jasne było, że w kontekście awantury i wcześniejszego dyrektora sytuacja nabiera drugiego dna, jakim było wyczyszczenie galerii z wcześniejszych złych czy niewłaściwych postaw. Szczególnie obleśnym był fakt, że świadkami tej akcji i niejako niemymi ofiarami byli zatrudnieni (jeszcze za kadencji Bernatowicza) pracownicy instytucji, a Wasilewski zaprosił do akcji studentów Uniwersytetu Artystycznego w Poznaniu, którzy wesoło chwycili za szmatki i płyny do mycia szyb.

Tym razem Ania przedstawiała jakieś tam warsztaty, opisując je jako warsztaty z aborcji. Byłem tym tak zażenowany, że aż odpłynąłem daleko hen, zagłębiając się w swoje myśli.

Tak więc widzę taki ciemny pokój, do którego wchodzi widz. Naprzeciw wejścia, pod ścianą, ciemność rozprasza mocna lampa oświetlająca stolik salonowy. Coś na tym stoliku powinno stać. Jakieś istotne obiekty. Za stolikiem i lampą znajdują się drzwi w ścianie. Widz podchodziłby więc do stolika, lampy i drzwi, a w nich znajdowałby się tak zwany judasz. Siłą rzeczy widz przystawia do niego oko, ustawiając się kompletnie tyłem do wejścia a przodem do drzwi. W Judaszu widziałby obraz z kamery zainstalowanej pod sufitem, w rogu pokoju, od strony wejścia, czyli widziałby ciemny pokój i krąg światła, w którym (poza stolikiem, lampą i drzwiami) stałby on sam. Na obraz byłby rzucony filtr, jakby w pomieszczeniu padał deszcz. Praca nazywałaby się Pan płacze, kiedy się od niego odwracasz

Drewniany Blat i Patrzycie na Radio, za Stołem

Ach, a w tej ciemności, myślę odchylając się na krześle coraz dalej od Ani Molskiej, leżałaby oświetlona małymi kolorowymi lampkami, przepołowiona poziomo rynna. Obiekt miałby, dajmy na to, pół metra szerokości, metr długości i pół metra wysokości. W środku, równolegle do siebie i do podłogi, ułożone w dziesięciocentymetrowych odstępach, znajdowałyby się trzy piętra tej łódeczki. Półrura miałaby być z szaroniebieskiego plastiku – jak taka zwyczajna rura w łazience – ale pięterka byłyby z przezroczystej pleksi. W każdym z nich miałaby się znajdować dziura wielkości mniej więcej takiej, żeby bez problemu przeszedł przez nią orzech włoski. W pierwszym pięterku otwór znajdowałby się na jednym końcu długości półrury. W drugim na drugim końcu szerokości, a w trzecim po środku. Pomiędzy dziurami a pięterkami postawione byłyby małe drabinki zrobione z zapałek tak, że ostatnia drabinka sięgałaby spodu półrury. Tak więc obiekt za pomocą jakiegoś mechanizmu kiwałby się jak ta łódka na falach i wydawał dźwięki. Każdemu odchyleniu towarzyszyłyby trzy dźwięki pochodzące po jednym z każdego pięterka, ale zlewające się w jeden sekundowy, podobny skrzypnięciu drewnianych drzwi. 

Woda z Gazami

Nazwałbym to Rozkołysała się w koszmar dziecinna kolebka. Sama budowa obiektu miałaby odnosić się do Arki Noego – no nic – człowiek przesiąkł za młodu tą żydowską symboliką. Tego nie zrobię, bo nie stać mnie na taki pompatyzm.

W ciągu dnia mamy cztery tzw. emisje. Po kolei: o czternastej trzydzieści, siedemnastej trzydzieści, osiemnastej trzydzieści i dziewiątej. Chodzi o to, że cztery razy wybrany montażysta schodzi dwa piętra niżej na parter i idzie do pokoju emisyjnego. Przechodzi obok miejsca, w którym na zielonym tle znajduje się prezenter i siada w pomieszczeniu obok, wraz z innymi technicznymi i wydawcą. Jego zadanie ogranicza się do puszczania i przygotowywania w specjalnym programie materiałów na żywo, emitowanych w trakcie trwania programu. Zazwyczaj robi to pierwszy montażysta, czyli pan Jacek, ale czasem, kiedy jest zajęty, chodzę tam ja. Moim zadaniem jest też puszczanie ostatniej emisji, czyli tej o dwudziestej pierwszej. W tym wypadku musiałem iść na emisję o siedemnastej trzydzieści. Tym samym miałem przyjemność puszczenia i zarazem obejrzenia koszmarku Ani o Paradzie Równości w Poznaniu. Oglądając go, zastanawiałem się nad swoją konstytucją psychologiczną, która umożliwia mi podejmowanie pracy, w której emituje się materiały stawiające tezę o homoseksualizmie jako zboczeniu, przy jednoczesnym uczuciu szczerej pogardy dla takich opinii. Jak można brać pieniądze od ludzi parających się agresywną i bezpodstawną szykaną wobec homoseksualistów, a następnie wydawać je na wspólną wódkę z parą gejów w Kisielicach? Człowiek się czuje normalnie jak taki Mefisto z Klausa Manna, albo raczej taki jego ubogi krewny. 

Domofon na Madalińskiego

Trzeba jednak odnotować, że materiał Ani zrobił wrażenie nawet na technicznych i dźwiękowcu w pokoju emisyjnym. Wspólnie więc siedzieliśmy zażenowani, jak te trybiki w małym moloszku TVP3 Poznań, wpatrzeni każdy w swój ekran. Parą, o której wspomniałem w kontekście picia wódki w Kisielicach są Tomek Pawłowski i Rafał Żarski. Ja i Dominika przyjaźnimy się z Tomkiem już od przeszło trzech lat i nawet mieszkaliśmy przez rok z nim i Marią Stożek na ulicy Madalińskiego na Górnej Wildzie. Z Rafałem znamy się krócej, ale obydwu uwielbiam w tym samym stopniu, z tym wyjątkiem, że Tomek częściej mniej wkurwia. No właśnie, bo z Tomkiem jest taka zabawna historia, że jak go poznałem, to był dla mnie idealnym reprezentantem takiego artystycznego filistra. Wspólnie z Dominiką studiował kuratorstwo na tutejszym uniwersytecie i już wtedy (a miało to miejsce z jakieś dwa lata temu) zaczynał kuratorować pierwsze wystawy. Tym, co mnie wtedy niesamowicie uderzyło, była Tomka kompletna nieznajomość innej sztuki, niż polska sztuka do piętnastu lat wstecz, nie wspominając  w ogóle o jakimś szerszym kontekście kulturowym. Natomiast tę młodszą polską sztukę zna perfekcyjnie. Jest to oczywiście niesamowicie wygodne i praktyczne teraz, kiedy przedmiot sztuki ogranicza się do paru stałych tematów, ukonstytuowanych w ramach paradygmatu polityczności, aktywizmu etc. No więc, o ile Tomka już wtedy bardzo lubiłem na poziomie osobistym, to jeśli chodzi o jego refleksje artystyczne, napisać, że byłem pełen sceptycyzmu, to mało. Tomek, na pytania skąd się wzięło jego zainteresowanie sztuką, odpowiadał regularnie: przede wszystkim  chodzi mi o sytuację między ludźmi – albo podobne teksty. W trakcie wspólnego mieszkania na Wildzie zaczęliśmy organizować takie nieformalne spotkania, które z czasem nazwaliśmy Cykl. Odbywały się zazwyczaj raz w miesiącu (aluzja w nazwie nie była przypadkowa) i polegały na tym, że zapraszaliśmy jakiegoś gościa i ten albo ta opowiadał/opowiadała zgromadzonym osobom o swojej twórczości etc. Czasem spotkania nabierały bardziej performatywnego charakteru, w trakcie którego nasza czwórka (Tomek, Dominika, Maria i ja) wychodziła z własnymi inicjatywami. Tak więc było np. spotkanie z Karolem Komorowskim, innym razem promocja drugiego odcinka magazynu Wiadomości Drzewa Olbrzyma, a jeszcze kiedy indziej już sam nie pamiętam co. Wszystko to miało swój urok, ale nie przykładałem do tego, tak samo zresztą, jak Dominika i Maria, specjalnej wagi. Szczególnie, że nierzadko, jak np. w przypadku wspomnianego wcześniej spotkania z Komorowskim, poza nami pojawiła się jedna albo dwie osoby (w tym wypadku jako tę drugą osobę liczę samego Komorowskiego). No i tutaj pojawiał się problem, czy pewna rozbieżność pomiędzy nami a Tomkiem. Parę razy było nam najzwyczajniej wstyd, czy po ludzku głupio, wobec zaproszonej osoby w związku z frekwencją uczestników. Nie chodzi o to, że kiedykolwiek myśleliśmy, że przyjdą jakieś tłumy (na paru z tych spotkań sam bym się nie pojawił, gdyby nie  fakt, że odbywały się w moim mieszkaniu), ale o uczucie w momencie, w którym zwabiona entuzjazmem Tomka osoba taszczyła się z innego miasta specjalnie na ten jeden wieczór (Komorowski wydrukował czterdzieści egzemplarzy swojej książki) i odkrywała, że całe jej poświęcenie spełnia się w odrapanym pokoju, przed czterema pijanymi lokatorami mieszkania. Pamiętam, jak następnego poranka, po jednym z takich wieczorów, próbowałem wspólnie z Dominiką wydobyć z Tomka szczerą ocenę wydarzenia. Doszedłem wtedy do wniosku, że albo rozmawiam z bardzo wyrachowaną osobą, albo z człowiekiem z urojeniami, a najpewniej i to i to. Inną sprawą było mitologizowanie wszystkich tych działań przez Tomka, który już po pierwszych czterech spotkaniach zastanawiał się, jak opisać i zawrzeć w formie książki/katalogu spuściznę Cyklu. Wszystko to bardzo zabawne, ale uwidaczniał się w tym większy problem. Ludzie próbujący zajmować się szeroko rozumianymi działaniami kulturalnymi a priori nadają wartość działaniom, które tej wartości albo jeszcze nie mają, albo nigdy mieć nie będą. Chodzi chyba o prostą zasadę, że w tym wypadku esencja wyprzedza egzystencję. Tomek z czasem się ogarnął.

Jedną z cech definicyjnych sztuki, takiej, którą można sobie obejrzeć na wystawie w 9/10, albo w Arsenale, albo, niech stracę, w naszym Artelu, jest jej absolutna arbitralność. 

To, w jaki sposób opisujemy te przedmioty, rzeczy, sytuacje, jest kompletnie oderwane od tego, czym rzeczywiście są. Rozumiem przez to, że język, którym operujemy w celach deskrypcji danego przedmiotu, nie wynika z tegoż. Dowolność w zakresie stosowanych kodów twórczych jeszcze bardziej komplikuje sprawę, tworząc sytuacje nieskończonej ilości uniwersów językowych. Tak więc opis nie odpowiada w rzeczywistości przedmiotowi, a ten z kolei wymyka się możliwości stworzenia jakiegoś uniwersalnego systemu kodów, który by go objął w ramach większego kwantyfikatora. Przechadzamy się po tych galeriach, galeryjkach, uniwersytetach, stronach internetowych, itd., itp., i coś tam może nam się podobać bardziej a coś mniej – to oczywiste. Zarazem to jedyna konstatacja, do której możemy dojść, nie popadając w jakiś absurdem tchnący fundamentalizm kolejnych -izmów, czy tak zwanej sztuki relacyjnej, etc. Jedyne, co mi przychodzi do głowy, to podjęcie próby wytworzenia własnego języka, w ramach którego prace mogą być lepsze, bądź gorsze, ale w kontekście struktur którego pozostaną w relacji sensowności względem siebie. Niemniej napawa mnie żalem to, że jedynym w miarę sensownym wyjściem z sytuacji jest skrajny indywidualizm. Nie tak zostałem wychowany.

Przyszedł Przemysław Tórz z materiałem o domniemanym homoseksualnym gwałcie, do którego miało dojść we wsi pod Poznaniem. Ofiara, 42-letni mieszkaniec Gostynia, zeznał, że wracając z zakrapianej imprezy został poproszony przez znajomego mężczyznę o papierosa, a następnie najprawdopodobniej przez niego ogłuszony. Obudził się nagi od pasa w dół na polu kukurydzy. Przemek przyznał mi się, że sytuacja brzmi odrobinę nieprawdopodobnie. Zbliża się główne wydanie Teleskopu (czyli to o 18:30) i dziennikarze napływają z coraz to większą ilością materiałów. Na moje szczęście Ania swoje już skończyła, tak więc do zmontowania zostały mi jedynie materiały o: Sztandarze dla Towarzystwa Gimnastycznego w Lesznie, przedszkolankach, które przez dwa lata wyłudzały pieniądze od rodziców dzieci na zakupy fikcyjnych sprzętów elektronicznych, o Ryszardzie Czarneckim w Wielkopolsce i mieszkańcach Nowej Wsi Ujskiej, którzy protestują przeciw znajdującej się w środku miejscowości chlewni na 3 tysiące świń. 

Pan Jacek poszedł na emisję, a do mnie przyszedł Norbert Woźniak z materiałem o Muzeum Archidiecezjalnym w Poznaniu. Odbywa się tam właśnie wystawa insygniów rektorskich wyższych uczelni w Poznaniu. Większość z nich szczyci się starymi berłami, łańcuchami i pierścieniami. Wyjątkiem jest Uniwersytet Artystyczny w Poznaniu, którego berło przypomina maczugę. Zrobione jest z drewna i jest całe dziurawe. 

Wystawa zorganizowana została z okazji 100-lecia istnienia szkolnictwa wyższego w Poznaniu, ale akurat berło rektora Uniwersytetu Artystycznego zaprojektowane zostało nie dalej jak parę lat temu. Pewnie było jakieś wcześniej, ale zdecydowano się je zmodernizować. Czyli zrobiono dziurawą maczugę. Jakoś wydaje mi się to symboliczne.

Przed każdą emisją kierowniczka produkcji, w tym wypadku pani Stenia, rozdaje plan. Wypisane są na nim konkretnie wszystkie materiały, wraz z ich pierwszymi  i ostatnimi zdaniami, białe (czyli wyposażone w tekst wygłaszany przez prezentera celem wprowadzenia widzów do tematu), i timecody (czyli jednostki czasowe określające długość poszczególnych segmentów). W ten sposób główny realizator wie, kiedy uprzedzić prezentera na te dziesięć czy piętnaście sekund przed końcem newsa, że zaraz wchodzi. Dźwiękowcy i montażyści wiedzą, kiedy wypuścić materiał etc. Tak naprawdę ten plan jest tylko zabezpieczeniem, z którego mało kto korzysta. Ja akurat korzystam, ale raczej w celu zabicia czasu – wypełniając tył kartki rysunkami, które w założeniu traktuję jako ćwiczenia – chociaż w większości nimi nie są. To raczej bezsensowne bazgroły.

Kiedyś Dominika oskarżyła mnie o to, że kiedy rysuję, nie zastanawiam się nad tym, co rysuję, jak rysuje etc. Trochę mną to wstrząsnęło, tak, że za każdym razem, kiedy brałem do ręki pędzelek z tuszem albo ołówek, czułem potworną bezsilność. Skutkowało to chwilowym, może rocznym, odejściem od tego, jak to się mówi, medium. Wtedy też pochłonęło mnie bez reszty wymyślanie różnego rodzaju obiektów, instalacji etc. Na początku miałem wrażenie, jakbym otworzył drzwi do zupełnie nowego wymiaru niezliczonej ilości form, kształtów i takich tam. To, i fakt, że zacząłem studiować magisterkę na Intermediach w Poznaniu, skutkowało zapisywaniem kolejnych brązowych zeszycików a6 (kupowanych w Tigerze na Półwiejskiej) pomysłami na maszyny równie skomplikowane, co niedorzeczne. Wszystko to, rzecz jasna, były hocki-klocki, koszałki-opałki i ecie-pecie. Pomysły te z różnych względów były nie do zrealizowania. 

Starałem się, jak mogłem, ale byłem jedynie turystą w świecie rzeczy. Przechadzałem się pomiędzy nimi, co jakiś czas wybierając jakiś element i bez większego zrozumienia jego kontekstu próbowałem łączyć go z innym, równie przypadkowo wybranym. Czasem to wychodzi, a czasem nie. Jest jednak w takim działaniu zawarty niejako grzech pierworodny, polegający na… Na czym w sumie? Na ignorancji i pozycjonowaniu się tak wysoko, że huhu. To wszystko przyszło mi do głowy zeszłej zimy. Była dziesiąta wieczór i dopiero co wsiadłem do tramwaju. Czując przemożną potrzebę zawrócenia czasu i udowodnienia sobie, że dzień nie był zmarnowany, z całą premedytacją zdecydowałem się wymyślić jakiś obiekt. Choć brzmi to zabawnie, tak właśnie było i jest na uczelniach artystycznych, czyli w środowisku ludzi pretendujących. Wymyśla się obiekty – coś jak magiczne artefakty – wyjęte poza nawias, na nowo spreparowane. 

Stary tramwaj miał takie małe skrzyneczki pod siedzeniami, do których dobudowany był wiatraczek. Byłem świeżo po lekturze Golema Gustava Meyrinka i gdzieś z tyłu głowy miałem ambicję, żeby jakoś się do tego odnieść. Tramwaj jechał mostem Królowej Jadwigi ponad Wartą i wtedy też doszedłem do wniosku, że nic, ale to nic nie będzie tak dobre, jak zrobienie pracy z wykorzystaniem doskonale wszystkim znanego grzejniczka. Przejeżdżałem kolejne przystanki, wpatrywałem się w skrzyneczkę, zastanawiając się, co do niej dodać. Może balon? Puszka? Może puszka, do której grzejnik wydychałby to gorące powietrze? To by w sumie trochę szło jakoś ugrać w kontekście Golema. Puszka mogłaby posiadać jakiś mechanizm w środku. Wyszedłem na Rynku Jeżyckim i dopiero wtedy doszło do mnie, że wpatrywałem się w zardzewiałą skrzynkę przez osiem przystanków w poszukiwaniu pretekstu.

Sytuacje można mnożyć. Znowu była noc i do tego padało. Stoję na przystanku na Placu Wolności i wpatruję się w szyny tramwaju przyjeżdżającego na równoległy przystanek. Za każdym razem, kiedy nadjeżdżał tramwaj, szyny niejako go wyprzedzały, tak, że ślizgał się po ich metaliczno-czarnej powierzchni pomarańczowy połysk reflektorów. Zaczynam myśleć o tym, jak wykorzystać ten motyw refleksów. 

Wyobrażam sobie coś w rodzaju szyn zawieszonych poziomo w ciemnym pokoju równolegle do siebie i podłogi/sufitu. Pomiędzy szynami rozpostarta byłaby tkanina (nie wymyśliłem jaka), która w czterech miejscach przyciskana byłaby do ściany poziomymi drewnianymi witkami, w taki sposób, że tworzyłyby się trzy osobne kwadraty. Pomiędzy witkami, w kwadratach, tkanina niby luźno odstaje od ścian – w formie pofałdowana. W galeriach zwyczajowo mamy takie brzydkie lampeczki na jakby szynach, z centrowym światłem. No więc w tym wypadku lampeczki poruszałyby się po jednej na szynę, zwisając z sufitu. Jedna z lewa na prawo i z powrotem, druga na odwrót, tak że kiedy pierwsza lampka oświetlałaby kwadrat pierwszy z lewej (dla ułatwienia kwadrat A), to w tym samym czasie druga lampka oświetlałaby pierwszy z prawej (nazwijmy go kwadratem C). W następnym ruchu obie lampki oświetlałyby środkowy kwadrat (kwadrat B), tyle, że pod różnymi kątami. No i w trzecim ruchu lampka pierwsza oświetla kwadrat C, a lampka druga kwadrat A i z powrotem. Tkanina prowadziłaby się konturem, jakby tą kreską z wykresu. Kiedy kwadrat A oświetlany byłby z lewej strony, fałdy tkaniny tworzyłyby cień u dołu kwadratu, uwydatniając formy u góry, jakby niebo, czy ciężkie chmury. Równocześnie kwadrat C oświetlany z prawej strony drugą lampką przypominałby jakieś wzgórza, czy coś. Jako że lampki byłyby wciąż w ruchu, a tym samym kontur cienia – linia, po chwili światła z obydwu spotkałyby się po środku w kwadracie B. Kwadrat oświetlany i z lewej i prawej strony przedzielałby cień po środku – tworząc jakby rzekę, czy coś. Kiedy do kwadratu A dojeżdżało światło padające z prawej strony, a do kwadratu C światło z strony lewej – sytuacja by się odwracała. Kwadrat A oświetlany z prawej strony ukazywałby niby góry, a kwadrat C, oświetlany z lewej – chmury. Czyli to wszystko miałoby działać na zasadzie palindromu, który czytany od przodu znaczyłby to samo czytany od tyłu. To wszystko przyszło mi do głowy, kiedy stałem czekając na tramwaj i gapiąc się na szyny. Bzdura na bzdurze i wymyślanie dla wymyślania.

Głowa pęka na myśl, ile takich pseudoświatów, jak te moje, się buduje i rozmnaża.

Można też inaczej. Wytwarzamy wciąż tę samą imitację sztuki i wzorem obwoźnego cyrku wędrujemy po różnych instytucjach zagranicznych, zdobywając jakieś tam stypendia, granty itp. Wystawiamy się, a to w Atenach, a to w Sztokholmie, modyfikując nieznacznie przedmiot naszej prezentacji. Wszystko to powinniśmy również ubrać w na tyle skomplikowany i hermetyczny język, żeby nasi zagraniczni odbiorcy mieli wrażenie, że coś umknęło w przekładzie. Tak jak w przypadku cyrku, nie należy pozostawać za długo w jednym miejscu. W takim wypadku widz dosyć szybko zorientowałby się, że zebra to tak naprawdę pomalowany osioł, a wygibasy akrobaty są efektem tego, że jest on notorycznie pijany. 

Okres między osiemnastą trzydzieści a dziewiątą wieczór zdaje się być najdłuższy. Minuty ciągną się niemiłosiernie, a i z mózgu pozostaje sieczka. Zazwyczaj nie jestem w takim stanie niczego więcej wymyślić. Za oknem w moim pokoiku rozciąga się widok na przestrzeń pomiędzy trzema blokami akademika i to właśnie w tym miejscu, kiedy jest ciepło, zbierają się studenci. Zza szyb dochodzą do mnie odgłosy picia, gier, muzyki i  śmiechy. Grają w coś, co się nazywa Beer Pongiem i jest jakąś grą, którą kojarzę jedynie z amerykańskich komedii dla nastolatków. Korytarze w budynku się wyludniają, a że jakoś chwilę po siedemnastej z ośrodka wychodzi szerząca wśród dziennikarzy i dziennikarek postrach dyrektorka, Agata Ławniczak, towarzystwo opanowuje względne rozluźnienie. Oczywiście widmo telefonu od dyrektorki, która jak wieść niesie ogląda każde wydanie Teleskopu, czy to w pracy, czy to w domu, pozostaje. Jest to jednak zagrożenie o wiele mniej realne, niż jej fizyczna obecność. 

Natomiast na papierosie dowiedziałem się, że Ania jeszcze jest w newsroomie i stuka w klawiaturę. Możliwe, że to na jutro, ale kto wie.

Jest taka technika używana w dyskusji nazywana argumentum ad absurdum. Jest to oczywiście metoda erystyczna polegająca na tym, że korzystając z fałszywego wnioskowania wyciąga się z jakiejś tezy absurdalne twierdzenia. Służy to zdyskredytowaniu potencjalnego oponenta w dyskusji. Dziennikarze, z którymi pracuję, zajmują się tym na co dzień. Tak jak ze wszystkim, można to robić w sposób subtelny, ale można jak obuchem w głowę. Moi dziennikarze preferują ten drugi styl. Może preferują nie jest odpowiednim słowem, bo nie do końca jestem pewien, na ile jest to u nich wybór świadomy. Chyba w większości inaczej nie umieją. Tak czy siak, siedząc na kolejnym papierosie zacząłem sobie bajdurzyć w głowie. Im więcej oglądam, im więcej chodzę i im więcej czytam, tym bardziej mam wrażenie, że ten sam chwyt erystyczny, który stosują młode gwiazdy TVP3 Poznań, rozciągnął się na cały język świata, do którego, chcąc nie chcąc, aspiruję. Erystyka wymierzona w samą siebie. Nieświadome sprowadzanie własnych tez do absurdu. Poglądy, które już dawno wydawały się dojść do granic redukcji, można dalej redukować – sprowadzając nawet najciekawszą myśl do idiotyzmu. Coś, jak ta historyjka z Achillesem, który nigdy nie dogoni żółwia. 

Mam wrażenie, że ta choroba przenika na wskroś również na poziomie indywidualnym. Żeby potraktować myśl jako rzeczywiście ciekawą, potrzebuję ją rozciągnąć do miejsca, za którym mam wrażenie, jakoby rzecz traciła swoje cechy definicyjne. Tym samym, dochodząc do momentu, w którym sens pracy artystycznej zawęża się do powtarzania zdań o charakterze tautologii. Coś wspominałem o tym wcześniej, ale pewno i tak nie wyrażam się zbyt jasno. 

Jakiś czas temu w 9/10 odbyła się wystawa Mateusza Sadowskiego Nie mam czasu. Składała się z siedmiu obiektów utrzymanych w podobnej stylistyce, charakterystycznej dla Sadowskiego, wyrażającej się w zwięzłej formie, w oszczędnej kolorystyce (szarej, czarnej i białej) oraz w grze relacji między płaskim obrazem a jego fizyczną reprezentacją. 

Niektóre z obiektów zrobione były z materiału, który po odpowiednim naświetleniu powinien świecić w ciemności. Z tego powodu w galerii zamontowano jakiś mechanizm, w wyniku którego światło raz na jakiś czas gasło.

Na samym wernisażu, jak to na wernisażach, mało dało się zobaczyć, więc umówiliśmy się z Dominiką, że wpadniemy na finisaż. 

Zastaliśmy na nim jedynie Mateusza i Wojtka Didkowskiego (który przejął obowiązki Borkowicza, na czas wyjazdu tamtego do Berlina).

Chwilę pogadaliśmy o pracach, które mi osobiście bardzo się podobały. Następnie przyszły jeszcze z cztery osoby (między innymi Marcin Czerkasow, który prowadzi wspólnie z Kubą Bąkiem wydawnictwo Disastra). 

Siedzieliśmy więc tak sobie w tej galerii i rozmawialiśmy. Jedno z nas opowiadało wciąż o emocjach jako głównym medium, za pomocą którego pragnie działać jako artystka. Nikt do końca nie wiedział, co to miałyby być za emocje. Jakiś duch czy co? Jedno wiedzieliśmy na pewno – bo też byliśmy przez samą zainteresowaną wciąż o tym zapewniani – że jest ona osobą o niespotykanej empatii, i że jest również artystką. Te emocje jakoś mi się zlewały, przelewały przez palce. Równocześnie z każdym łykiem whisky popadałem w coraz większą apatię.

Światło raz na jakiś czas gasło, ale rzeźby nie były wystarczająco naświetlone, więc w ciemności unosił się tylko żar z cygara Mateusza. No więc emocje… Przede wszystkim myślałem o tym, jak byłoby wspaniale pozbyć pracy indywidualnych emocji. Najlepiej, żeby pozbyć się emocji autora. A tu klops! Możesz albo być artystą estradowym, wariatem albo żadnym – tak sobie myślałem coraz bardziej pijany. Gdzieś to wyczytałem, chyba w Skórze Węża Bergmana. To, i to, że społeczeństwo utrzymuje figurę artysty jedynie z powodów sentymentalnych. Myślałem se o tym, siedząc w ciemności, upijając się nie swoją whisky, wpatrzony w żar z cygara Sadowskiego i słuchając o emocjach jako narzędziu artystycznym. 

Nie mów hop, zanim nie przeskoczysz! Ania robi jeszcze jeden materiał. Tak zwaną jedynkę, co oznacza, że będzie to pierwszy materiał w Teleskopie. Na razie jeszcze jej nie ma, więc zastanawiam się nad tą instalacją z pół-rurą, co ją jakiś czas temu opisałem. Ten tytuł Rozkołysana w koszmar, dziecinna kolebka, czy jakoś tak – okropny. To już nawet nie jest pompatyzm, tylko chamska pretencha. Pretensjonalności lepiej się wystrzegać zawsze, ale już szczególnie, kiedy odnosisz się do czegoś takiego, jak Stary Testament i Żydzi etc. 

Jak byłem mały, jeździłem na różne obozy żydowskie i jeden z nich odbywał się pod Augustowem. Było tam paru rabinów, ale ja zaprzyjaźniłem się tylko z rabinem Saszą Pecaricem. Jest on współautorem pierwszego powojennego przekładu Tory z hebrajskiego na polski – czego wtedy jeszcze nie wiedziałem – i ogólnie jakimś świetnym talmudystą. Jest też fanem Władcy Pierścieni, a że miałem około lat dziewięć i dopiero co przeczytałem Tolkiena – znaleźliśmy wspólny temat do rozmów. Rabin Sasza zapraszał mnie wieczorami do swojego pokoju na poddaszu, częstował czekoladą Toblerone i rozprawialiśmy nad zagadnieniami wyższej rangi, takimi jak losy różnych krain w Śródziemiu etc. W sumie są to jedne z milszych wspomnień, jakie mam z tego obozu. Pamiętam, że kiedyś wieczorem łaziłem bez celu po dziedzińcu ośrodka składającego się z trzech jednopiętrowych niskich budyneczków i zobaczyłem, że w jadalni na parterze pali się mała lampka. Zajrzałem przez szybę do środka i zobaczyłem rabina Saszę w czarnym kapeluszu, z pejsami, brodą i całym tym asortymentem, siedzącego nad jakimś rysunkiem. Obok stał jeszcze inny rabin, ale nie pamiętam jak się nazywał – zresztą niespecjalnie za nim przepadałem – i jakiś facet, ubrany całkiem zwyczajnie. Scena wyglądała niesamowicie tajemniczo. Wszedłem do środka, jak to się mówi, wiedziony ciekawością. Okazało się, że rysunek tworzony jest z hebrajskich liter ułożonych w taki sposób, żeby linia, wzdłuż której są pisane, formowała się w określony kształt. Ponadto – jak wyjaśnił mi Rabin Sasza – rysunek ma przedstawiać to, co oznaczało dane słowo bądź zdanie. Ostatnim wymogiem, zdaje się, a było to dobre dwadzieścia jeden lat temu, więc nie jestem tak super pewien, było to, żeby słowo/zdanie/sformułowanie było czyimś imieniem lub nazwiskiem, albo i tym i tym. Nie pamiętam już, jak brzmiało imię/nazwisko delikwenta, któremu rysował rabin Sasza, ale z tego, co pamiętam, rysunek przedstawiał bardzo drobiazgowo rybę. Wracałem do pokoju z przekonaniem, że Ha! Kolejne cwaniactwo, jak Szabas Goj, czy cała ta sprawa z białym kłamstwem. Żydzi nie mogą rysować, to wymyślili taki oto fortel i pozamiatane. Nic więcej tu nie ma. Od jakiegoś czasu wspomnienie tego rysunku zaczęło coraz częściej mnie nawiedzać, karząc zrewidować wnioski, do których doszedłem jako dziewięciolatek. Spróbujmy to sobie w miarę klarownie rozpisać. Mamy więc w pierwszej kolejności imię albo nazwisko. Na ten moment wydaje mi się, że to jeden pies, a dla wygody posłużę się własnym nazwiskiem. Tak więc siedzimy z rabinem Saszą i mówię mu Poproszę o rysunek. Jak rabin pamięta, moje nazwisko to Wildstein, co znaczy tyle, ile „dziki kamień”. Okej, moje nazwisko trochę ułatwia wywód, ale w sumie niczego nie próbuję udowadniać, więc spoko. Tak se tylko gdybam.

Teraz trzeba się zastanowić, co właściwie oznacza określenie dziki kamień. No to zastanówmy się, czy kiedykolwiek spotkaliśmy na swojej drodze dziki kamień? Dziki to znaczy co? Taki, o który potkniemy się, spacerując po lesie? Czy ten kamień będzie bardziej dziki, niż kamienie użyte do stworzenia tego słynnego ogrodu kamieni w Kioto? Nie za bardzo. W takim razie, jak zrozumiemy użycie przymiotnika dziki w przypadku kamienia? Oczywiście obydwa słowa funkcjonują tu na zasadzie oksymoronu i można je rozumieć jako pewną metaforę. Prawda jednak jest taka, że każde imię czy nazwisko ma charakter arbitralny, w sensie, że nie zachodzi naturalny związek między nim, a osobą/osobami przez nie określanymi.

No więc, teraz rabin Sasza ma nazwisko i zaczyna układać z niego jakiś kształt. Nadaje formę czemuś, co w swojej kwintesencji jest metaforą, tworem czysto językowym nie posiadającym fizycznego odpowiednika. Literki układają się w kształt kamienia. Załóżmy, że kontur składać się będzie ze słowa kamień, a cienie wewnątrz pisanego obrazka ze słowa dziki

No dobrze, może i nazwiska mają charakter arbitralny, ale czemuś muszą służyć. Ułatwiają zrobienie porządku w dokumentach jakiegoś tam urzędnika. Dlatego też pod zaborem Austriackim nakazano Żydom je przybrać. Wcześniej, zamiast Szymon Wildstein nazywałbym się pewno Szymon – syn Bronka. Zważając na fakt, że takich Szymonów – synów jakiś Bronków pewno paru by się znalazło – mogło to rodzić pewne problemy natury prawno-jakiejś. 

Wszystko w końcu sprowadza się do biurokracji. 

No więc mamy – Dziki Kamień – brzmi dumnie i tajemniczo, ale tak naprawdę spełnia tylko funkcję rozróżnienia. Czyli forma rysunku wynika z funkcji, jaką spełniać ma twór językowy, od którego wychodzimy. Wszystko tu stoi na głowie. Rysunek nie przedstawia niczego, co jest na niebie w górze i co na ziemi nisko, ani z tych rzeczy, które są w wodach pod ziemią.

Możliwe, że wyda wam się, że odrobinę mitologizuję historię o rysunku rabina Saszy. Nie przeszkadza mi to, w końcu wzięte to z dzieciństwa. Jak inaczej miałoby brzmieć?

Jest już na tyle późno, że zaczynam mieć ochotę na piwo.

Przy Arsenale jest taka knajpa która nazywa się Meskalina. To tam zbiera się towarzystwo tutejszej Wyborczej itp. Tam też po wystawach odbywają się czasem aftery ludzi związanych z Arsenałem. Tak też się stało po wystawie Lochy Arsenału. Współlokatorka opowiadała mi z przejęciem, jak wylądowała na piwie w Meskalinie, między innymi z dwójką pracowniczek Arsenału, Zofią Nierodzińską i Eweliną Jarosz. Sama wystawa, w dużym skrócie, polegała na prezentacji zawartości piwnic Arsenału. Czyli jakichś nieznanych nikomu obiektów, rzeźb mniej znaczących już współcześnie artystów i artystek etc. Dwójka natomiast wspomnianych pracowniczek to zastępczyni Wasilewskiego i jej dziewczyna – nie mam pojęcia, na jakim stanowisku pracuje/pracowała w galerii. Tak czy siak, w pewnym momencie rozmowa zeszła na temat oceny wspomnianej wystawy i Zosia bez krztyny zażenowania oświadczyła, że ocenia ją jako gównianą. W sensie że, jej zdaniem, wystawione prace są gównem. Dalej, na pytanie wspomnianej wcześniej współlokatorki, czy próbowali się może odezwać do niektórych twórczyń i twórców prezentowanych prac, zaprzeczyła. Toteż artyści i artystki – mimo, że dało się nawiązać z nimi kontakt – nie zostali powiadomieni przez Arsenał o fakcie wystawiania ich dzieł. Osobiście rzadko bywam w Meskalinie, bo mają za drogie piwo, ale jak już tam przypadkiem wyląduję, to zawsze jest to szczególne przeżycie. Tak samo jest w każdej ze środowiskowych knajp. Siedząc w kuchni naszego domu na Wawrzyniaka i słuchając historii o wspomnianej zastępczyni Wasilewskiego, przypomniało mi się coś, co widziałem parę dni wcześniej na TVN. Oglądałem jeden z tych kretyńskich programów polegających na tym, że jakiś autorytet w danej dziedzinie stara się naprawić czyjś upadający biznes. W efekcie przez większość programu celebryta wraz z ekipą producentów skupiony jest na upokarzaniu uczestników programu.  W odcinku, który oglądałem, padło ze strony takiej właśnie gwiazdy zdanie o tym, że ludzie, do których przyjechała, znajdują się w klasztorze głupiego myślenia. Słuchając relacji koleżanki o wieczorze w Meskalinie, przyszło mi do głowy, że to pozornie idiotyczne sformułowanie idealnie określa środowisko ludzi związanych z sztuką tu, w Poznaniu. Pewno gdzie indziej również, ale ja nie doświadczyłem innego, więc nie będę się upierać. Ba! To sformułowanie idealnie również pasuje do ludzi pracujących w ośrodku telewizyjnym na Serafitek. No i na końcu do mnie, siedzącego nad piątą kawą z saszetki, przed dwoma ekranami komputerowymi i trzema telewizyjnymi. Chciałbym, żeby to było jasne. Nie siedzę w uszatym fotelu i nie obserwuję z rogu pokoju. Sam nie jestem lepszy od tych, których opisuję. Zdaje mi się nawet, że w wielu aspektach jestem zdecydowanie gorszy. Rozciągnięty między tymi dwoma światami, nie potrafiłbym, nawet gdybym chciał, osiągnąć sukcesu w żadnym z nich. Przy całej mojej pogardzie do postaw reprezentowanych przez dziennikarzy, których opisuję, muszę im oddać to, że w większości odznaczają się pewnego rodzaju błyskotliwością, której mi brakuje. To taki rodzaj głupiej inteligencji, polegający na błyskawicznym przyswajania sobie informacji i przetwarzaniu ich na własną korzyść. Jakby to powiedziała babcia, jednym uchem wpada, drugim wypada, ale w przestrzeni pomiędzy zdążę to wykorzystać. Toteż jest to rodzaj ludzi, z którymi ciężko wygrać w dyskusji. Ja jestem zazwyczaj flegmatyczny. Myśli formują mi się wolno, jak jakieś wielkie kamienne bryły i tyle samo w nich wdzięku. U nich myśl jest niczym piórko lekka. Dlatego też naturalnie podchodzę do kwestii hierarchii, w ramach której dwudziestoparoletni prawiczek, robiący materiał o zagrożeniach związanych z tworzeniem grafik Matki Boskiej obramowanej tęczą LGBT, stoi wyżej ode mnie. 

To już trzy lata, jak tutaj pracuję i wiem, jak ciężko jest być dziennikarzem/reporterem. Podstawowym zagrożeniem jest sytuacja, w której dyrektorka uzna, że reprezentujesz światopogląd inny, niż firma. W takiej wypadku jesteś wzywany/wzywana na dywanik, a tam dostajesz pierwsze ostrzeżenie (drugiego nie będzie). Jeśli jesteś kobietą, to najczęściej uwaga będzie dotyczyć twojej fryzury. Jeśli jesteś mężczyzną, dotyczyć będzie ona np. dykcji. Ważne, żebyś zrozumiał/zrozumiała wiadomość. Twój dyżur zaczynać się będzie czasem już od wczesnego rana, a wychodzić z pracy będziesz około dziesiątej wieczór. Jakby tego było mało, musisz bezbłędnie orientować się we wszystkich towarzyskich rozgrywkach i broń Boże nie nadepnąć na odcisk komuś wyżej postawionemu. Twoje życie skupia się i zamyka w siedzibie lokalnego oddziału telewizji publicznej. Pomimo, że w pokoju 110 są okna, i pomimo, że jest on na piętrze, to i tak nieodparcie kojarzy mi się z mysią norą. Po tych trzech latach pracy można powiedzieć, że czuję, jakbym go oswoił. 

Kiedy wracam do domu i Dominika pyta mnie, co takiego montowałem, to rzadko kiedy potrafię sobie przypomnieć. Mózg przypomina prasę do makulatury. W przypadku prasy można sobie zostawić jakąś książkę, albo cokolwiek, ale w moim przypadku nie. Warto przed zakupem sprawdzić, jaka jest siła nacisku (ok. 30 ton) i moc silnika (7,5 kW). Jestem świetną maszyną do mielenia. Płacą mi za to dwadzieścia złotych od godziny. Pensja ani mała, ani duża – w zupełności starcza na moje potrzeby. Za oknem jest już ciemno i gdybym je otworzył, doszedłby do mnie zapach grilla. Tutaj pachnie kurzem i kablami – tak jest lepiej. Spotkałem na papierosie zestresowaną Anie Molską, która powiedziała mi, że będziemy mieli bardzo mało czasu przed emisją na zmontowanie materiału. Zapytałem, o czym jest, na co ona machnęła ręką i powiedziała Daj spokój. Pani dyrektor kazała zrobić. Ania, jak już pewnie zdążyliście się domyślić, jest od zadań specjalnych. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że wzbudza ona u mnie szczerą sympatię i mimo, że jej materiały są skrajnie ksenofobiczne, to nie potrafię się zdobyć na rzeczywistą niechęć do ich autorki. 

Przypuszczam, że normalnie, kiedy ludzie są wykończeni po całym dniu roboty, wracają do domu i kładą się spać. Ja mam na odwrót. Czasem, jak już całkiem przesiąknę tym miejscem, najchętniej kupiłbym piwo i usiadł z kimś z boku jakiejś imprezy i gadał i pił i się gapił, i tym samym rozpłynął w tym szumie wlewającym się z zewnątrz do pustego wewnątrz. Ostatnio bliżej zaprzyjaźniłem się z Marcinem Czerkasowem, o którym było w kontekście wystawy Sadowskiego. Marcin to zabawny typ. W przeciwieństwie do większości znajomych, jakich się tu dorobiliśmy z Dominiką, nie ma aspiracji artystycznych i jest raczej biernym obserwatorem tego światka. Tak jak pisałem, założył wspólnie z Kubą Bąkiem wydawnictwo Disastra Publishing w ramach, którego publikuje wybrane książki z Polski czy zagranicy. Sam też pisze wiersze i małe formy literackie. Rzecz jasna, wydawnictwo jest dosyć niszowe. Zdaje się, że Marcin świadomie decyduje się na funkcjonowanie na peryferiach, niezależny od środowiskowych i towarzyskich mód.  

Wydawnictwo, póki co, samo na siebie nie zarabia (i wątpię, że kiedykolwiek będzie), a Marcin jest zatrudniony na uczelni jako pracownik biblioteki Katedry Fotografii. Przed wyjazdem nad Gardę umówiliśmy się we trójkę (razem z Dominiką) w Kisielicach. Po paru wódkach Dominika i Marcin jak zwykle zaczęli się o coś spierać, a ja z racji swojej głuchoty (efekt pobicia sprzed dziesięciu laty, kiedy to facet uderzył mnie w bok głowy tak mocno, że rozwalił mi bębenek w uchu i za sprawą siły odśrodkowej bębenek w drugim) przestałem słyszeć, o czym mówią. Mógłbym, co prawda, co pół minuty prosić, żeby powtórzyli jakąś wypowiedź, ale jeśli w klubie jest za głośno, to zwyczajnie mija się to z celem. Zostawiłem ich przy barze i poszedłem do przedsionka, gdzie można palić. Spotkałem tam Andrzeja Pakułę i Daniela Koniusza. Pierwszy jest byłym asystentem Marka Wasilewskiego na Uniwersytecie, a także kierownikiem i kuratorem przestrzeni wystawienniczo-imprezowej Pawilon (nazywanej też Pakulonem). Z kolei Daniel Koniusz piastuje jakieś stanowisko, jako główny – chyba – kurator galerii Skala mieszczącej się na podwórku za podwórkiem, na którym jest Artel.  

Chłopaki rozmawiali na temat różnych konkursów i stypendiów dostępnych w Poznaniu. Chwilę próbowałem dotrzymywać im kroku, jako że razem z Dominiką w ramach Artelu ubiegaliśmy się o jakieś tam granty (bezskutecznie), ale po chwili dałem za wygraną. Tak sobie wyobrażam rozmowę dwóch profesjonalnych graczy na wyścigach konnych. Wymieniali raz za razem kolejne nazwy, opisując sobie zalety i wady poszczególnych konkursów. Te, które udało im się wygrać i te granty, które udało im się zdobyć. Kto w którym roku, o co się ubiegał i któremu udało się co wygrać. W ogólnym rozrachunku Pakuła zwyciężał. Porównanie, które mi się nasunęło, miało jeden dość znaczący błąd. Mianowicie chłopaki nie tyle byli graczami, ile samymi końmi. Wyszedłem na zewnątrz zaczerpnąć świeżego powietrza. Zorientowałem się, że tak samo, jak nigdy nie byłbym w stanie rywalizować z pracownikami TVP3 Poznań, to tak samo brakuje mi potrzebnej determinacji i sprytu do funkcjonowania w tym drugim świecie.

Po jakimś czasie na zewnątrz wyszli Marcin z Dominiką. Obydwoje byli pijani, ale i tak ja byłem pijany najbardziej. Nie minęło dużo czasu i znowu zaczęli dyskutować. Coś tam było o Heglu itd. Ja pamiętałem z Hegla tylko ten tekst o tym, że wielki człowiek musi zdeptać na swej drodze niejeden niewinny kwiat. Dobra, może odrobinę więcej, ale niewiele. 

Za wiedzę z zakresu filozofii na UAPie odpowiada kierownik Instytutu Filozofii na Uniwersytecie imienia Adama Mickiewicza, Roman Kubicki. Na zajęcia przychodzi jak zawsze z potarganymi włosami i brodą, w pomiętym stroju, z obowiązkowo zawieszonym na szyi dyktafonem, ażeby samemu nie uronić ani krzty swojego wykładu i zachować go dla potomnych. Zaczynamy zajęcia od dwudziestu minut żarcików, a następnie przechodzimy do sedna. Profesor zaczyna od interpretacji wybranych fragmentów Starego i Nowego Testamentu, a następnie łączy je płynnie z filozofią Platona i refleksjami na temat westernu jako gatunku – i tak cały rok. Niesamowite pokłady erudycji Kubickiego niestety nie łączą się z bezpośrednimi efektami nauki jego studentów, którzy o ile sami nie przyswoili sobie tej wiedzy, to nie do końca będą w stanie ułożyć w kolejności chronologicznej Sokratesa, Platona i Arystotelesa. Gdzieś będą oczywiście pamiętać o tym, że jest taki termin płynna nowoczesność, ale równie dobrze przypiszą jego autorstwo Leibnitzowi, co Baumanowi. Kubicki – najmądrzejszy na wsi. 

Dzięki temu na tle współstudentów błyszczę wiedzą i oczytaniem z zakresu filozofii. Z doświadczenia nauczyłem się, by nie próbować tego samego w innym towarzystwie. Dlatego kiedy tamta dwójka dywagowała, ja przysiadłem na ławeczce przed klubem i odpłynąłem hen daleko. Może nie tak daleko, bo Artel znajduje się dokładnie dwie ulice od Kisielic. Tak jak wspominałem, próbowaliśmy z Dominiką wydębić jakiś hajs od miasta, ale nic nie wyszło. Zdaje mi się, że może i lepiej. Już wolę chodzić na Serafitek i w ramach własnego budżetu plus oszczędności Dominiki z pracy przy filmach coś sobie powolutku robić, niż pisać, a później realizować te wszystkie gówniane priorytety z grantów. Tak się też pisze, kiedy odrzucają twoje podania.

Początkowo myśleliśmy z Dominiką o Artelu jako czymś w rodzaju naszej pracowni i przestrzeni galeryjnej, w ramach której byśmy wystawiali własne prace i prace innych artystów/artystek, które nam się podobają. Z czasem pomysł zaczął się przekształcać i w rezultacie zrezygnowaliśmy na jakiś czas z prezentowania naszej twórczości (cokolwiek miałoby to w moim wypadku znaczyć) i skupiliśmy się na działalności w jakimś sensie kuratoryjnej. Wynikało to głównie z faktu, że sami nie za bardzo potrafiliśmy znaleźć w Poznaniu miejsca, w ramach którego rzeczywiście fajnie byłoby coś pokazać (z wyjątkiem może Łęctwa). Z jednej strony mamy galerie szkolne – głupie, pozbawione jakiejkolwiek tożsamości, przestrzenie do przypadkowych wystaw, z drugiej strony galerie, których celem jest przede wszystkim zajęcie określonego z góry stanowiska w sporze polityczno-ideologicznym, z jakim mamy do czynienia obecnie w Polsce (jeśli nie w całej Europie), a jeszcze z trzeciej strony galerie czysto komercyjne, takie jak Galeria Rodriguez. Nieszczególnie ciekawy wybór. Oczywiście w wymienionych wyżej galeriach zdarzają się ciekawe wystawy, ale są to raczej wyjątki od reguły. Artel ma zaledwie 14 metrów kwadratowych i znajduje się w starej wózkarni, to coś w rodzaju kiosku (taka przybudówka do kamienicy, gdzie chowa się dziecięce wózki, rowery etc.). Sama przestrzeń jest fajna, bo ma na całą szerokość okno, a obok są drewniane schodki, na których można usiąść i wypić browara. Z dachu zwisają zielone pnącza jakiegoś bluszczu. Przy odpowiedniej pogodzie sprawia bardzo malownicze wrażenie. Na razie wystąpił i wydał u nas książkę Andrzej Szpindler. Była też wystawa grafik Marii Stożek i parę wieczorków filmowych, w ramach których pokazywaliśmy filmy strukturalistyczne jako kontekst do prac Kuby Matuszczaka, i film Asparagus Suzan Pitt, w kontekście video Martyny Kielesińskiej. W tym momencie oddaliśmy nasz kiosk na rezydencje Galerii Sandra. 

Jak wspominałem na początku, Dominika pojechała na jakieś tam międzynarodowe warsztaty do Turynu. Będzie on tylko jednym z wielu wyjazdów, jakie im organizuje w ciągu roku jakaś tam instytucja europejska. Będzie Turyn, Berlin, Istambuł, Ateny itd. Ja zostałem między innymi ze względu na pracę (Dominika pracuje przy kostiumach na planach, więc ma większą mobilność). Kiedy Dominiki nie ma, staram się mniej wychodzić. Kupuję sobie po pracy piwo i siedzę nad stołem ustawionym naprzeciwko okna z balkonem, w naszym pokoju. Kiedy Dominiki nie ma, tym bardziej mam poczucie straconego czasu. Czasem leży przede mną stary komputer współlokatorki z Wawrzyniaka – na własny mnie zwyczajnie nie stać. Czasem leży kartka i jakieś przybory do rysowania. 

Teraz albo piszę, albo rysuję. Jeszcze wczoraj wymyślałem pracę, ale to był ostatni wieczór. Ja nieszczególnie potrafię się odnaleźć w tej dowolności, ale pewnie ktoś inny gdzieś tam potrafi. Raczej na pewno, bo wciąż widuję intrygujące prace, mimo że na pierwszy rzut oka powinny mnie odrzucać. Wciąż widuję w różnych galeriach wystawy, których pomysł kuratorski mi się podoba. Więc koniec końców całe to moje bajdurzenie to tak naprawdę o kant dupy potłuc. W sensie, ja naprawdę uważam, że to wszystko się pożarło i nic już nie ma – ale odnoszę to tylko do tego światka, w którym dane jest mi żyć, bo szczerze wierzę, że gdzieś tam coś jeszcze jest – jakaś myśl czy kształt. Oj! Ale jestem zdecydowanie pewny, że to już nie tutaj. Dlatego ja sam wracam do rysunku. Na ten moment wystarczy mi ograniczenie się do kartki i linii na niej postawionej. Wspominałem gdzieś przy którymś tam pomyśle o Księdze Koheleta. Nie mam pojęcia, co mnie tak do niej przyciąga. Pewnie mógłbym się zabawić we własnego psychologa, ale czniam to. Tak więc ostatnio pomyślałem, że fajnie byłoby ją zilustrować. Nawet o tym rozmawiałem z Marcinem, czy aby nie wydali tego w formie książeczki. Marcin wstępnie wyraził zainteresowanie – fajnie. Z bardziej współczesnych ilustracji do tekstów biblijnych przypominam sobie przede wszystkim ilustracje Lebensteina do Księgi Hioba. Tak jak bardzo lubię te jego rysunki, w których na wpół monstrualne postacie siedzą po barach, albo zanurzone w wannie kontemplują swoje nagie ciała, tak jego ilustracje do Księgi Rodzaju kompletnie mnie nie przekonują. Nieważne, Księga Mędrca jest bardzo specyficznym tekstem. Na ten moment nie mam pojęcia, jak zilustrować tekst, w którym narrator wymienia te wszystkie wartości po to, żeby w następnych zdaniach zrównać je z niczym. Jak zilustrować słowo Hebel? Jak narysować coś, czego nie ma? W moim pokoju, tak jak w wszystkich pokojach montażowych, na ścianie za plecami, tuż pod sufitem znajduje się okrągła dziura. To tam dyrektorka wybrana przez wcześniejszą władzę zainstalowała kamery. Podobno jedną z pierwszych decyzji obecnej dyrektorki było ich zdjęcie. Zacząłem się wypytywać, kto niby miałby te transmisje oglądać. Nie oglądali tego na pewno ochroniarze. Wychodzi na to, że wcześniejsza dyrektorka siedziała w tym swoim gabineciku na trzecim piętrze i przekrwionymi oczami podglądała każdy gest takich ludzi, jak pan Jacek. W tym pałacyku na Serafitek burzliwe dzieje księstwa Telewizji Publicznej wyzierają z każdego kąta, z każdej dziury, z każdego zabawnego podpisu pod zdjęciami byłych i obecnych pracowników firmy. Na półpięterku ktoś czymś ostrym wydrapał rysunek fiuta, a obok rysunek dupy. Na długości fiuta wyżłobione jest TVP, a na dupie napis WIDZ. Od jakiegoś czasu do portierni przychodzi młoda dziewczyna, na oko pod trzydziestkę, i wciąż prosi o spotkanie z kimś od telewizji. Panowie ochroniarze pokornie łączą się z newsroomem, skąd po jakimś czasie wychodzi wydelegowany do rozmowy z dziewczyną nieszczęśnik. Chodzi o to, że kiedy miesiąc temu dziewczyna przechodziła przez Kaponierę, po drugiej stronie ulicy operator kamery dogrywał potrzebne do materiału zdjęcia zakorkowanego ronda. Kiedy dziewczyna to spostrzegła, przeszła na jego stronę i poprosiła o skasowanie ujęcia, na którym mogła być w tle. Nie ma problemu! Jeszcze tego samego dnia pojawiła się na Serafitek z prośbą o rozmowę z jakimś przełożonym operatora. Kiedy wyszedł wydawca, dziewczyna zażyczyła sobie, żeby udowodniono jej, że ujęcie zostało skasowane. Wydawca starał się wytłumaczyć biedaczce, że na ten moment nie ma jak tego udowodnić i że musi ona to po prostu przyjąć na wiarę. Trochę przypominało to Kafkę, tylko zupełnie na odwrót. Dziewczyna w końcu dała za wygraną i odeszła z niczym. Jako że oczekiwała niczego, to i niczego nie mogła dostać. Od tego czasu dziewczyna w nieregularnych odstępach przychodzi i sytuacja się powtarza. Zazwyczaj pojawia się około godziny siedemnastej, więc staram się jakoś tak celować, żeby wyjść na papierosa. Niedawno zauważyłem, że jej wygląd zaczął się zmieniać. Zaczęło się od tego, że będąc brunetką przefarbowała się na mocny blond. Następnie zaczęła się mocniej malować. Ostatnio przyszła pomimo ciepłej pogody w długim brązowym płaszczu i ciemnych okularach. Teraz wygląda jak femme fatale z kryminałów noir. Nie ma rysunku niczego, co jest na niebie w górze i co na ziemi nisko, ani z tych rzeczy, które są w wodach pod ziemią. Nie ma obrazu Hebel. Nie ma kamer za plecami montażystów. Nie ma również nagrania, na którym pojawiałaby się dziewczyna. No i na razie nie ma Ani Molskiej i jej materiału. Każdy dziennikarz i każda dziennikarka pracująca w Teleskopie posiada w Dalecie własny folder z imieniem i nazwiskiem. W środku kataloguje się (zazwyczaj wedle daty i nazwy) zdjęcia potrzebne do materiałów. Uznałem, że sprawdzę, co takiego szykuje Ania, ale wszystkie foldery opatrzone dzisiejszą datą zostały już wykorzystane. Nic nowego, bo dziennikarze nieraz się mylą i wrzucają zdjęcia do starych katalogów. Muszę czekać, aż przyjdzie Ania i wyjawi mi sekretne położenie swoich zdjęć. Ewentualnie może zadzwonić. Na razie cisza. Przyszedł pożegnać się pan Jacek – znak, że już piętnaście po ósmej. Opowiadał, że boli go od połowy dnia w kościach, więc pewnie coś z pogodą nie tak. Reumatycy potrafią podobno takie rzeczy przewidzieć. Z nudów zacząłem ściągać co poniektóre zdjęcia z katalogu Ani. Było tam coś z maratonu – jakieś tłumy biegnące. Dalej ściągnąłem parę ujęć z corocznego palenia marzanny. Nigdy tego nie robiłem, ale wygląda całkiem spoko. Jak zdążyłem się zorientować, forma takiej marzanny nie jest z góry ustalona. Rzecz przybiera najrozmaitsze kształty tylko po to, żeby ostatecznie spełnić się w przysłowiowej kupce popiołu. Ściągałem posiedzenia urzędu miasta, wystawy motyli w ogrodzie botanicznym, przebudowę linii tramwajowej na Naramowicach, rocznicę śmierci tej aktorki, co grała Nikifora, festiwal rzeźby w lodzie, aferę łapówkarską w klubie automobil Poznań, strajk nauczycieli, podpalenie przystanku nieopodal parku Wilsona, remont jakiegoś skrzydła szpitalnego, pomnik pomordowanych Wielkopolan, tęczowe flagi na tramwajach w Poznaniu. Jakąś fabułę próbowałem do tego dorobić, ale się nie dało, więc postanowiłem się poćwiczyć w Efekcie Kuleszowa. Po ujęciu Zamku poznańskiego następowała seria zdjęć z operacji nowotworu gardła. To było słabe. Do Poznania w związku z wyborami zjechały się tuzy polskiej polityki, między innymi Lichocka, Zalewska, Liroy itd. Jako, że nie trzeba pochodzić z danego okręgu, żeby móc w nim kandydować, wszędzie organizowane są spotkania z kandydatami, gdzie sami zainteresowani zapewniają ewentualnych wyborców o swoim przywiązaniu do spraw Poznania. Od kiedy przeczytałem w gimnazjum Władcę Much Goldinga utrzymuję w sobie przekonanie, że jeśli coś jeszcze spaja świat, tak, że nie rozpada się on na miliardy drobnych, kaleczących palce kawałeczków, to są to pozory. Większość dziennikarzy, z którymi pracuję, nie próbuje nawet ich utrzymać. Większość instytucji sztuki, ważnych galerii i znaczących postaci także z nich już zrezygnowała. Jest taki cytat, który bardzo lubię – już nie pamiętam z kogo. Hipokryzja to hołd, który występek sprawia cnocie. Mam wrażenie, że już dawno nikt nie stara się utrzymać nawet scenografii. Wszyscy stoją przed wyjściem z lotniska, trzymając oburącz karteczkę z nazwą hotelu i czekają, komu się poszczęści. W czyim hotelu pojawi się ta, która przylatuje. Zadzwoniła Ania i powiedziała, że już dzisiaj nie zdąży zrobić tego materiału. Poprosiła mnie tylko o ściągnięcie paru filmów z youtube i przekonwertowanie ich z mp4 na mov’y. Zdecydowałem się, że jeśli kiedykolwiek pokażę jakąś z tych rzeczy, które tu opisałem, będzie ona jedynie makietą opisanego, tekturową inscenizacją, nic nieznaczącym modelem nieistniejącego obiektu.

Po zakończeniu pracy o godzinie 21:30 zadaniem drugiego montażysty jest wyłączenie wszystkich komputerów i zamknięcie pokoi montażowych – tych od Teleskopu, jak i tych od innych programów, jak np. Widziane po Drodze czy Wielkopolska Warta Poznania. W sumie pokoi jest dziewięć. Następnie schodzę na dół i zostawiam pudełko z kluczami u ochroniarzy. Zdecydowałem się olać rower i pójść na 18-tkę, na przystanek Serafitek. Jadę nią przez AWF, Półwiejską, Wierzbięcice, Dworzec Główny, Most Dworcowy, Rondo Kaponiera, Most Teatralny, Rynek Jeżycki, żeby wysiąść na Polnej. Tam po drodze do domu kupuję sobie parę piw – wiem, że nie powinienem, ale to jedyny sposób żeby mieć siłę na cokolwiek po powrocie. Najpewniej spróbuję porysować. Niedawno zorientowałem się, że mam dosłownie szufladę na rysunki.