tagi — Patryk Różycki   

Patryk Różycki Dziennik bremeński

Dziennik bremeński

Rozpoczyna się mój pobyt w Bremie. Jest godzina 22:22, 5 sierpnia 2019 roku. Jestem w pracowni mieszczącej się w moim prywatnym apartamencie, na który składają się: sypialnia, pracownia, kuchnia, łazienka i korytarz. Do dyspozycji mam praktycznie całe miasto i całą miejską przestrzeń do pokonywania rowerem – prywatnym – oraz innymi środkami transportu. Postanowiłem pisać dziennik, może mnie to do czegoś zmotywuje, na pewno do pisania. Chodzi mi jednak raczej o otwarcie głowy i poszukiwanie inspiracji, potraktowanie rezydencji w Bremie jako pretekstu do pisania, zreferowania przeżyć, jakich ten pobyt, mam nadzieję, dostarczy. Jakie to będą przeżycia, tego nie wiem. Pisać chcę również dlatego, by nie stracić niczego z pobytu tutaj, wydać taki manifestacyjny okrzyk – byłem w Bremie, a co się wydarzyło, to Wam zaraz opowiem. Opowiadam więc! (…)

Z każdej szafy da się skoczyć! Jestem w Bremie, za kilka godzin mój pobyt tutaj będzie trwał już równy dzień, pierwszy z wielu. Drapię stopę nad kostką, komar, inny zwierz, nie wiem. Pod paznokciami zostaje skóra, czerwień pionowo okala okolice ugryzienia, przecieram oko i piję łyk kawy. Zjadłem moje pierwsze śniadanie, piję moją pierwszą kawę, okej, drugą, ale pierwszą samemu, dla siebie. Kawa z ekspresu, pierwszy raz w życiu sobie taką zrobiłem, pierwszy raz w życiu mieszkam też uczciwie sam. O takim czymś, o takiej przyszłości teraz marzę: pokój sypialny, z szafą i stoliczkami, duża pracownia z długimi stołami, kuchnia, łazienka i długi korytarz łączący te dwa pomieszczenia. Za oknem mnóstwo zieleni, choć nie jest tak spektakularna, kiedy mieszkanie jest na poziomie minus, ale okna są spore. Kiedy teraz siedzę na obrotowym fotelu, na poziomie wzroku mam wysoką trawę, a na drzewa patrzę jak robaczek, z dołu. Zmiana perspektywy jest tym, czego potrzebuję, przynajmniej na jakiś czas może to być ciekawe. (…)

Idę poleżeć na kanapie, o tym też marzyłem. Danke szun, to tak prawie że fonetycznie napisane – dziękuję. Dzisiaj byłem przedstawiony sporej grupie starszych ludzi, mieszkających w domu, w którym mieści się również moje studio. W większości starsze panie, kilku panów, zauważyłem jedynie dwóch. Jeden z nich — tak mi się wydaje — powiedział I’m not interesting this i wciąż coś komentował, podczas gdy Ute mnie przedstawiała. Nic, kompletnie nic nie zrozumiałem z tego, co mówiła. Coś o performance, o kompozycji, że jestem nauczycielem, że mam 27 lat, więcej nie wiem, nie zrozumiałem. Piszę teraz w jakimś dziwnym, bardzo szybkim tempie, nie wiem, po co. Piję szybko piwo i smaruję plik literami. Boję się, że ktoś mógłby mi przypadkiem rozlać piwo na komputer. Siedzę na zewnątrz, przy białym stoliku, bardziej może kremowym, przy dość ruchliwej ulicy. To jest bardzo ładna dzielnica, wypełniona lokalsami. Przyjemnie tutaj i ceny ludzkie, piwo za 2.60 eur. Zaszedłem chyba do najbardziej lokalnej knajpy w okolicy. Chyba z pięciu panów siedzi w środku i piją piwo, ktoś do mnie zagaduje, nic nie rozumiem. Dziś, kiedy już zostałem przedstawiony grupie starców i zjadłem lancz, podeszła do mnie jakaś Polka pracująca w tym domu. Nie wiem dokładnie, czym się zajmuje, według mnie trochę się panoszy. Wpisuje się w moje wyobrażenie o niezadowolonej z własnego życia osoby poza granicami ojczystego kraju. Podeszła i przedstawiła się — Monika — usiadła na takim chodaczku, który przyciągnęła tutaj jakaś staruszka z małą, jasną twarzą. Zabawne w pewien sposób było to jej siedzenie, ale też nonszalanckie wobec wszystkiego, co w tym miejscu tak bardzo zaplanowane, określone. Ja starałem się dopasować, a ona usiadła na czymś dziwacznym, podczas gdy wszyscy  dookoła byli usadzeni na krzesłach z zielonkawymi obiciami. Inne krzesła, te puste, stały dokładnie przysunięte do stołu. Mnóstwo rzeczy dzieje się na ulicy przede mną, wiercę głową w prawo i w lewo. Nowi ludzie, nowe twarze, nowe zdarzenia, głosy. Muszę kupić sobie antyperspirant. 

Myślę, czy do kogoś nie zagadać, czy nie korzystać z tej turystycznej atmosfery i po prostu nie odezwać się do jakiegoś człowieka, poznać kogoś od tak, po prostu. Trochę to jedno piwo, jego połowa, szumi w głowie. Poznana dziś Polka — Monika — wydała mi się powodem do wstydu, do polskiego wstydu z powodu innego Polaka, jak z powodu rodziny, która nie umie się zachować. Brakowało jej ogłady. Gadała, machała ręką, komentowała staruszki. Była prostacka. Poleciła mi jednak ładne miejsce, w którego obszarze teraz się znajduję. (…) Piję kolejne piwo, szumi coraz mocniej, jestem w innej knajpie, z latającymi rekinami i długowłosymi mężczyznami. Niestety to nadal nie jest miejsce dla ludzi w moim wieku. Ciemne, stare, ale skusił mnie napis: NO PLACE FOR HOMOPHOBIA FASCISM SEXISM RACISM. Piszę tylko tyle i zabieram się za teksty w portfolio. To miejsce jest naprawdę piękne, to palenie fajek tutaj, to jest genialne, sam chciałbym zapalić. (…)

Przejrzałem moje posty na Instagramie, pełno tam skoków narciarskich. Już nigdy, przenigdy, nie wykonam skoku narciarskiego! Brzydzę się sposobem, powtarzalnością, pieczątką, wzorem, a też niech będzie, że rytuałem i modą, jednym i tym samym gestem, który powtarza się bezmyślnie, bez refleksji, bo się nie ma co powiedzieć, bo tak jest łatwo, bo konsekwencja zawsze przyniesie jakiś rezultat. Brzydzę się konsekwencją. Byciem konsekwentnym, nakręconą małpeczką, co śpiewa w kółko to samo. Pfu, pfu, pfu, pfu, pfu, pfu, pfu! Nigdy więcej! Koniec skoków, będę włazić na szafę, ale już bez skoków, chociaż to włażenie też jest jak pieczątka, jak sposób, sposób na dziwność, sposób na siebie dziwnego. Moje wytykanie języka to też sposób, nudne powtarzanie, smarowanie sobą, siebie smarowanie sobą samym, sobą smarowanie siebie! Okropne, okropne mamrotanie, wykrzykiwanie czegoś, ta mantra już jest niezrozumiała, ja jej nie rozumiem, nie chcę, pfe, pfe, pfe, pfe, pfe, pfe! U siebie się tego brzydzę i się tym nudzę i nie chcę! Może ja też cały jestem już tylko sposobem – a nim być nie chcę – i może powinienem siebie też stąd wyrzucić, zniszczyć i nie pokazywać. Co w takim razie miałbym pokazywać, skoro nie mogę uznać czegokolwiek innego za wyrażające jakąkolwiek ideę mi bliską? To wszystko jest przecież tylko performensem, nie można już z tego zrezygnować, koniec. 

Ah, tak strasznie nie chce mi się robić tego cholernego portfolio. Teraz jestem na etapie pisania krótkich tekstów do prac, ah… Zrobię to jakoś szybciutko i to najlepiej skończę jeszcze dzisiaj, wraz z nagraniem pliku audio—wideo i wyślę do Marty C. Będę miał najgorszą pracę za sobą. Nie jest to coś strasznego, ale nie chce mi się tego robić, nie mam teraz ochoty, ale muszę to zrobić tak czy siak. Dobrze byłoby zrobić to dobrze, może coś z tego wyjdzie, jakaś wystawa… O właśnie, a propos wystaw, dziś mi się śniło, że miałem mieć rezydencję w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie, że Janusz Bałdyga mnie tam polecił. Zastanawiałem się w tym śnie, czy to właśnie nie jest czasami sen? Czy faktycznie coś takiego jest możliwe? Doszedłem w tym śnie do tego, że coś takiego gdzieś mi mignęło, ale zapomniałem o tym. Zabawne, taki sen na początek rezydencji w Bremie. (…)

Po kanapkach wylazłem z domu, a może czytałem wcześniej, a może malowałem? Trudno powiedzieć, przyszedł czas i wylazłem, pojechałem do Kunsthalle. Wcześniej przesiadka z tramwaju nr 4 na tramwaj nr 3. Piękna młoda Niemka pomogła mi znaleźć przystanek, mówiła ślicznie po angielsku, kupiłem wcześniej niebieską  tabakę i teraz wciągam jak szalony, 2.50 eur, chyba. Żałuję, że jej nie zapytałem o jakieś fajne miejsca, mogłem też zaproponować wieczorne spotkanie, chyba muszę zacząć tak robić, umawiać się z ludźmi na ulicy, jak bandzior, można tutaj być, kim się tylko chce, absolutnie. Pojechałem na przystanek coś tam… Theater i poszedłem mostkiem nad wodą do Kunsthalle. Pełno tam było prac o piramidzie zwierząt i praca mojego ukochanego Martina Creed’a, krzesła, krzesełka, jedno na drugim. Zabawne! Uwielbiam tego faceta! Budynek może nieszczególny, ale windy, no… Genialne, jak wielkie pokoje, które jeżdżą w górę i w dół, z ciemnego drewna, z ciemną drewnianą podłogą, czegoś takiego jeszcze nie widziałem. (…)

Martin Creed, Work No 998, 2009, Kunsthalle Bremen, fot. Patryk Różycki

Spacer i posiadówka na tarasie z Czarodziejską Górą Tomasza Manna. Teraz siedzę z zachwytem, dłonie splecione z tyłu głowy, i rozmyślam o robieniu muzyki. Tylko tego jeszcze mi brakuje do zaznaczenia w rubryczce dziedzin, którymi się zajmuję. Od ponad dwóch lat o tym marzę, a nadal tego nie zrobiłem, miałem tylko kilka prób tworzenia muzyki, ale bez śpiewania i bez rozwoju. Zaczynam mnóstwo rzeczy i niewiele kończę, ale ten kaprys bardzo chcę spełnić. Z planem robienia filmów też już łażę tyle czasu, a cierpliwości brak i tylko zrywy, jak na rowerze z kolegami w podstawówce. Próby, próby, próby, może tutaj się uda, może Brema mnie wyzwoli. Zabawne! Ściągam programy do tworzenia muzyki i zaczynam! (…) Jestem mega zachwycony! Mega zachwycony, że będę mógł próbować robić muzykę! Bardzo, bardzo, bardzo! Od dwóch lat nosiłem się z tym założeniem, z tym rozpierającym mnie pragnieniem. Zrobiłem może jakieś dwie melodyjki, puściłem przyjacielowi i tyle, zamarło. Teraz jestem w Bremie i myślę: cholera, może to już w końcu, najwyższy czas! Siadam i robię! Na Survivalu wymyśliłem rzeźby ze styropianu, rzeźbiłem pierwszy raz w życiu, tak na poważnie. Pół roku temu złożyłem pierwszą w życiu książkę, pal licho, że mnóstwo tam błędów, a teksty odpowiadają na różne tematy, chciałem z nich wyrzeźbić książkę, coś, jak z te rzeźby ze styropianu. To wszystko przypomina mi moje uporczywe pragnienie wyrzeźbienia w tej cholernej rzeczywistości czegoś, co będzie nie śladem – ślady znikają –  ale manifestem życia! Obrażam się na nie często, wczoraj rano byłem rozdrażniony, minęło, minęło jak wszystko. Rozrywa mnie jakaś niesamowita energia i coś, co smakuje jak spełnianie (uwaga – nie spełnienie, lecz spełnianie). Rzeczywistość oczywiście przysparza jakichś bodźców, podrzuca je. Jaki jednak jest mój stosunek do rzeczywistości? Nie chcę się biernie gapić, nie chcę być obserwowanym przedmiotem, chcę w tej rzeczywistości coś wyrzeźbić, wyrzeźbić sobą, w sobie. Nieskończona ilość możliwości pojawiła się z moim przyjściem na świat, jak sygnał: rób, co tylko chcesz, realizuj się, spełniaj marzenia, żyj! Teraz zachwyt aż we mnie kipi, serce się trzęsie, to dla mnie typowe, i to też minie, jak wszystko. Pozostaną jakieś drogi, które w tym zachwycie szybko przebiegnę, potem zawsze będę mógł tutaj wrócić, po śladach, po śladach złamanych gałęzi, wydeptanej trawy, trafię tutaj bez problemu, nawet bez zachwytu. (…)

Właśnie, miałem pisać, żeby poznać siebie, ale… jakoś mi się wszystkiego, nie wiem, odechciało? Chyba tak, chyba trochę tak, znowu mi minęły te wszystkie piękne chęci i pragnienia, niestety, jak zwykle, i to straszne. Mam wrażenie, że chwytam się tego wszystkiego tylko dlatego, by nie myśleć, by nie reflektować nad czymkolwiek. To trochę tak, jak z oglądaniem seriali, patrzę na nie, by nie musieć robić niczego innego, by nie musieć myśleć, zastanawiać się, odczuwać czegokolwiek – i to jest straszne. Teraz jest u mnie facet, który montuje jakieś żaluzje w oknie, jakieś siatki przeciw komarom i innym tego typu zwierzętom, siedzę i szukam sobie zajęcia, czekając, aż skończy, a ja będę mógł wyjść z domu. Chcę iść na słońce, chcę się czymś zainspirować. Siedzę w pokoju i mam czas, potrzebowałem tego faceta, żeby mnie zmotywował do pisania, inaczej pewnie w ogóle bym tego nie robił. Dlaczego ciągle poddaję się okolicznościom zewnętrznym, dlaczego nigdy nie potrafię istnieć sam, samemu o sobie stanowić? Pieprzony sejsmograf. Nudzę się sobą, nudzę się własnymi myślami, nie chcę ich, nie chcę tej refleksji, chcę zapominać o sobie w nadmiernej aktywności. Czy tym właśnie jest to, co robię? Tylko ucieczką od siebie, ucieczką w aktywność, w pozór szukania siebie i niczym, niczym więcej? Zapominanie o sobie, prawdziwe, natychmiastowe zapominanie w tym konkretnym momencie, odchodzenie, odskakiwanie od nudy, od chwili skupienia. I jeszcze ten pomysł na palenie papierosów? Jest w tym coś irracjonalnego, a jednak chcę to robić, chcę spróbować, jak dzieciak z kaprysem, jestem ciągłym dzieciakiem z kaprysami. 

Oto i on! Mój najpierwszy, zapalony z własnej woli papieros! Kręcony w dodatku! Czuję niezwykłe podekscytowanie: siedzę przy stoliku, obok Theater Bremen…, kawka, piwko i papieros. Siedzę w krótkich spodenkach i mojej starej, dobrej koszulce w kwiatki. Pierwszy papieros to jeszcze zabawa, słabo skręcony, skręcony jak bądź, na końcu wypuszczony kawałek tytoniu. Taki kulfon mi wyszedł. Teraz będę próbował robić muzykę. Może zainspiruję się jakoś otoczeniem. Kupiłem sobie tytoń — podobno o smaku cherry, nie wiem, bletki i filtry = jakieś 6.70 eur, chyba tyle. Trochę się trząsłem po tym papierosie, w trakcie palenia. Ciekaw jestem, jak to będzie dalej wyglądało, czy mnie wciągnie, zaciekawi i tak dalej. Teraz czas na robienie muzyki, a papierosy zostawiam na później, muszę się jeszcze tego cholerstwa poduczyć, zaciekawiła mnie ta tutejsza moda na papierosy, poćwiczę i będę kręcić jak szalony. (…)

Nieważne ile, nieważne co, ważne, bym codziennie tutaj pisał. Performatywne pisanie. Oczywiście nadużywam tego określenia, jest jak klucz do wszystkiego. Miałem pisać o czymś innym, ogromne poczucie samotności, przeglądanie zdjęć W. z wernisażu w Żaku, samotność. (…) Dlaczego czuję się źle, samotnie? Jak ja w ogóle się czuję? Jestem w Bremie już tydzień, dobija mnie brak światła w pomieszczeniach, wyłażę na dwór i dopiero wtedy coś, dopiero wtedy coś się dzieje, jest jasno, pogodnie, pięknie. Nie potrafię się tutaj zaaklimatyzować, zaaklimatyzować w tym konkretnym miejscu, w tych pokojach, pomieszczeniach. Czuję się tutaj, jakbym przyszedł na chwilę, jakbym nie był we własnym życiu, jakbym nie był u siebie, obco. Nie mam do kogo się odezwać, z kim porozmawiać, spotkać się, wyjść razem. Nie rozumiem obcego języka, jestem kompletnie wyautowany. Wszystkie myśli zabijam kolejnymi zachciankami, które z przyjemnością mogę spełniać. Uciekam w kolejne seriale, słuchanie muzyki, żeby tylko cisza nie trwała dłużej, nie radzę sobie z tym, nie radzę sobie z niczym, monotonne czynności, jak czytanie i malowanie, nudzą, wszystko nudzi, pierwszy zachwyt minął, wszystko mi jakoś minęło. Autoetnografia mnie już nie ciekawi, nic mnie nie ciekawi, pustka. Chwilowa radość w prostym zachwycie zewnętrzem, byciem gdzieś, ale nie ma z kim się tym podzielić, nie ma nikogo, kto moje wrażenia by podzielił. 

Znowu zrobiłem sobie test enneagram, znowu wyszło mi, że jestem siódemką. Przeczytałem bardzo długą analizę mojego typu osobowości, wszystko się całkowicie zgadza. Jestem wiecznie nudzącym się dzieciakiem, poszukującym ciągle czegoś, trwającym w nieustannej aktywności. Przecież taki właśnie jestem, te papierosy to też próba, sprawdzanie, jak to jest palić, jak to jest robić coś innego. Tak naprawdę nie zagłębiam się we własne emocje, żyję powierzchownie, nie rozumiem, co czuję, dlaczego. Nie potrafię poświęcić się czemuś na dłuższy czas, bo wszystko mnie nudzi, mija pierwsza faza, faza wymyślania, projektowania, potem wszystko opada, nic mi się nie chce, wystarczy mi powierzchowność: relacji międzyludzkich, podjętych działań, emocji, przeżywania świata. Ciężko mi tutaj, ciągle chcę coś robić, bo nie radzę sobie z tymi wszystkimi emocjami, szukam, szukam, czegoś nowego, czegoś, co odsunie mnie od moich właściwych myśli, ode mnie. Chwytam się: a to performensu, a to filmu, pisania, muzyki, uciekam od wszystkiego jak najdalej, z wiarą, z nadzieją, że każda rzecz, jakiej się chwycę, każda bez wyjątku, będzie namaszczona jakimś moim zmyślonym geniuszem, że po prostu wszystko przeciągnę na swoją stronę, że ta wielowymiarowość jest niezwykle ciekawa. To dlatego ciągle szukam formy bycia dla siebie, formy plastycznej, jakiejkolwiek, czegokolwiek, co da mi szansę się wypowiedzieć. Ale mogę tego nigdy nie osiągnąć, nigdy, ponieważ porzucam wszystko w chwili, kiedy pojawia się nuda, rutyna. Nabieram przekonania, że dana rzecz nie spełnia moich oczekiwań, zamiast próbować i dopiero na końcu przekonać się, czy faktycznie tak jest. Wolę rzucać jedno i zaczynać drugie, być w ruchu, szukać, ale nie znajdować, bo może właśnie tej cholernej odpowiedzi tak bardzo się boję. Dlatego też wożę ze sobą mnóstwo książek, szkicowników, muszę mieć ciągle pełną paletę barw, którymi będę mógł się posłużyć przy formułowaniu jakiejś wypowiedzi, bo nagle mogę się znudzić, bo nie wiem. (…) Chciałem to wstawić na Instagram, ale już mi się nie chce. Siedzę, patrzę w okno, pada deszcz, krople ciekną po oknie. (…) Tak, chcę być podziwiany, absolutnie o to chodzi. Mówię: nie patrzcie na mnie, patrzcie na siebie, patrzcie na własne życie, mówię to i jednocześnie podsuwam własny model życia, mówię: róbcie po swojemu, ale chcę, żeby po mojemu, po mojemu! Oczywiście, że tak, oczywiście, że tak! Róbcie jak ja, bo chcę być modelem, formą, dzięki której można opowiedzieć siebie. Wierzę w to, jeszcze nie potrafię uargumentować, ale wierzę w to, że mój przykład jest uniwersalny! Można go wziąć i dowolnie przykładać do siebie, do własnego życia. Chcę być podziwiany i z każdym słowem na mój temat utwierdzam się w tym, utwierdzam się we własnej wyjątkowości, w którą wierzę nawet i bez głosów aprobaty. Wątpię, to oczywiste, ale uparcie wierzę, że to, co robię, jest wyjątkowe, i chcę być za tę wyjątkowość podziwiany. To narcyzm, egocentryzm, co jest absolutnie oczywiste. Nie chodzi mi jednak o pokazywanie dla pokazywania, tylko o spowodowanie trwałej zmiany w rzeczywistości. Chcę zmienić rzeczywistość, chcę do tego namówić wszystkich, bo wierzę, że ten model, który wybrałem, jest wspaniały. W tym modelu jest, tak myślę, niesamowita wolność jednostki. (…)

Dlaczego wyczerpała się dla mnie ekspresja malarska? Nie jestem w stanie powiedzieć, czy to przez moich pedagogów, którzy powtarzali mi, że robię za dużo, zbyt ekspresyjnie, za bardzo olewam formę, warsztat? Warsztat, jak sądzę, miałem opanowany do perfekcji, olałem go, wyrzuciłem przez okno. Jeżeli do niego wracam, od razu się nudzę. Może z tego wyrosłem i zrozumiałem, o co chodzi? No i niby o co chodzi? O styl, elegancję, wyrafinowanie? Odszedłem od malarstwa, odszedłem od performansu, od performansu klasycznego, takiego, że się coś robi i pach, jest komunikat. Wszystko się rozpłynęło, ja też rozpłynąłem się w tym wszystkim: w słowach, w obrazach, w chęci gadania. Zachłysnąłem się możliwościami i pędem, wiecznym pragnieniem mówienia o sobie. Tak naprawdę żadnej obranej drogi nie przeszedłem od początku do końca, raz szedłem tam, innym razem gdzie indziej. Choć może to właśnie początki i końce wyznaczały moją aktywność w pewnych obszarach. Może się mylę? Wierzyłem, że te wszystkie różne drogi można złączyć w jedną, złączyć to we mnie, mną. A może wszystko zaprzepaściłem, może mógłbym być malarzem, malować całe życie obrazy, rozwijać się, czuć satysfakcję, być malarzem, móc o sobie powiedzieć, że jestem malarzem. Już nigdy więcej nie mieć problemu z samookreśleniem. Gdyby ktoś zapytał, kim jestem, co robię, mógłbym powiedzieć: jestem Patryk, jestem malarzem, i wyliczać tematy, opisywać moje zajęcia słowem. Mógłbym być performerem i na pytanie, kim jestem, odpowiedzieć performansem. Siedzieć przy biurku i sobie myśleć, szkicować kolejne działania. Niestety, albo zabrakło mi cierpliwości (tak myślę, bo nudzę się szybko), albo tak bardzo uwierzyłem w możliwość, w przymus szukania siebie, że zacząłem to robić, a wszystkie te jednokierunkowe drogi wydały mi się ograniczające. Pisanie było mi bliskie zawsze, myślałem słowami, tytułami, wierszami, opowiadaniami. Ja łącznik, ja spójnik, ja, jedno „i”. Czy jestem spójnikiem? Może mógłbym być. W ten sposób wszystko przesunęło się w obszar niedookreślenia. Żyję, przerysowuję na kartki to, jak rozumiem słowa, wieszam je sobie na ścianie, którą tymczasowo adaptuję na fragment mojej bańki. Lubię słuchać o sobie, a kiedy słucham tego, co mówię, mam wrażenie, jakby mówił to ktoś inny. Wtedy to wszystko wydaje mi się cokolwiek warte, ważne. Ja, moje słowa, słowa o mnie, słowa odczytane w taki sposób, jakby nie pochodziły ode mnie. I nie potrafię oderwać się od siebie.

O czym dziś mam pisać? Nad czym się rozwodzić godzinami w poszukiwaniu odpowiedzi – na jakie pytanie? Słuchając siebie można dojść do ważnych i ciekawych wniosków. Słuchanie siebie to: pisanie o sobie, o własnych myślach, czytanie tych myśli, zapoznawanie się z nimi, nagrywanie ich, ilustrowanie. (…) Dlaczego rzuciłem się w głęboki zbiornik wszystkiego naraz? Wydaje mi się, że wszystkie te rzeczy powoli we mnie dojrzewały. (…) Początkowo były to przymusowe rysunki, główek, wszystkiego, wszystkiego, co mi się tylko pomyślało, dużo rzeczy podpatrzonych, podglądałem i przerysowywałem, na białych kartkach A-cztery. Mnóstwo kartek, chciałem już wtedy, tak mi się wydaje, opowiedzieć wszystko, wszystko, co w danym momencie mi się pomyślało — to było na początku liceum plastycznego. Potem zaszła pewna sytuacja z nieszczęśliwą miłością i zacząłem widzieć w sztuce możliwość wyrażania stanu wewnętrznego. Emocjonalne autoportrety rysowane równie emocjonalną końcówką piórka maczanego w czarnym tuszu. Dobrze pamiętam buteleczkę tuszu, chyba firmy Astra. Szeroka fasada, wąski bok, niska, grubiutka buteleczka, z białą spiczastą nakrętką, z małym czopkiem nasadzanym na jej dzióbek. Nakrętka wyglądała jak stojąca czapeczka. Maczałem tam piórko od kolegi, tusz zasychał na końcówce i kruszył się, malutkie płateczki tuszu, okruszki z nakrętki podczas odkręcania. Nie panowałem nad narzędziem, chciałem się mu poddać, wyrazić emocje. Stany wewnętrzne. Potem długo starałem się dojść do realistycznej formy, jak kilku moich kolegów. W szkole zaczęliśmy rysować autoportrety, ołówkiem, piórkiem, pastelami, węglem. Maski Witkacego, w tym kierunku to zmierzało, zachwyt Witkacym był niesamowity, notatki obok portretów rysowanych po alkoholu, notatki na trzeźwo, było tam wszystko. Dochodząc do realistycznej formy byłem pod wielkim wpływem Luciana Freuda, ale marzyły mi się złożone obrazy, które będą wyrażały wszystko. To był z kolei wpływ mojego kolegi Mateusza W., który kiedyś powiedział mi, jeszcze w szkole, kiedy malował swoje wielkie obrazy, że chce zrobić z nich dzienniki. Wtedy zamarzyła mi się taka forma i sam próbowałem pracować w ten sposób. Zawsze, pamiętam doskonale, zadawałem sobie pytanie o to, w którym momencie jestem prawdziwie autentyczny: malując małe główki na A-cztery, czy autoportrety w szkicowniku, z notatkami na boku, czy malując białą i czarną farbą, na szarym papierze, wielkie emocjonalne głowy, z których potem zrobiłem aneks? Czy potem, na studiach, kiedy malowałem wielkie obrazy złożone ze wszystkiego, surrealistyczne, czy może chwilkę przed studiami, kiedy malowałem sytuacje rodzinne, portrety, otoczenie? Pytanie o autentyczność towarzyszyło mi zawsze. Kiedy na studiach nagle zrezygnowałem ze wszystkiego, co robiłem dotychczas i pochłonęła mnie czysta ekspresja, nie wiedziałem, czy to jestem ja, wątpiłem w to, ale działałem w tym kierunku, ufając swoim pragnieniom. Zapełniałem szkicowniki kolejnymi pomysłami, postaciami w różnych układach, sytuacjach, dużo pisałem, byłem bardzo zaangażowany. Malarstwo i rysunek były jedyną droga do wyrażania się, ale później nadszedł moment spotkania z intermediami, pierwsza próba performance, gadanie do kamery, robienie zdjęć, obiektów, wymyślanie. Wtedy przyszedł zachwyt akcjonizmem wiedeńskim, maksymalnym zagęszczaniem realizacji, działaniem wobec kamery, wobec widza. Wówczas jednocześnie dużo malowałem, wymyślałem nowe cykle, najróżniejsze podejścia do tematu, malowanie na tkaninie, na deskach, pisanie, dużo pisania na obrazach, tekst był wszędzie, wielki wybuch tekstu, to, czego nie mogłem, albo też nie chciałem malować, zapisywałem. Wydaje mi się, że coraz bardziej kręciła mnie sztuka intermedialna, wydawała się pojemniejsza, a w zestawie z malarstwem dawała nieskończoną ilość możliwości.

Kolejny rok przyniósł konceptualne obrazy, zaledwie czarne ślady, gesty, na jednolitym tle, wtedy byłem pod ogromnym wpływem mojego przyjaciela Piotra M., fascynowało mnie posiadanie jednej koncepcji, ale czułem się z tym już zupełnie obco, więc zrezygnowałem i szukałem dalej. Obrazy strukturalne, ciemne, pozbawione narracji, nic, słabo, to w ogóle nie byłem ja, ściśnięte obrazy i długie tytuły. Później powrót do malarstwa przedstawiającego, akwarela, lepsze podłoże, deski i płótna. I prace wideo, bardziej przemyślane, ale nadal narracyjne, osobiste. I fotografia. I teksty, coraz więcej tekstów. Zdjęcia, mnóstwo zdjęć, dokumentacja życia, życie jako sztuka, notatki, zapiski, sytuacje codzienne, pytanie o własne miejsce w tym wszystkim. I koniec studiów, nowa droga. Walki z malarstwem, szukanie pomysłów, chęć namalowania wszystkiego, nic. Robienie prac wideo, chęć zrobienia filmu z gadania do kamery, z mówienia o sobie, o własnych przeżyciach i jeszcze więcej tekstu, zdjęcia, mniej rysunku. Wszystko miało zamienić się w zabawę, w opowieść o moim świecie, o tym, czego pragnę, dlaczego akurat tego, mnóstwo pytań, pytań, pytań, zdjęć, tekstów. A teraz? Teraz jestem tutaj, chcę pisać książki, wydają mi się najbardziej pojemne, gęste, o ich gęstości nawet nie sposób mówić, coś, co może zawrzeć w sobie wszystko, wszystko opisać, pokazać, dać poczuć, ale po drodze do tego wszystkiego i z tym wszystkim w parze, zapomniałem wspomnieć o moich pokojach, żywych instalacjach opowiadających o mnie, o moim życiu. To te sytuacje pokojowe rozwinęły moje trzy wystawy w tym roku i dyplom. Czy się zmieniłem, czy rozwinąłem? Siedzę przed laptopem i piszę, zapisuję wszystko, nie mam ochoty malować obrazów, czasami mam ochotę zrobić zdjęcie, przygotować do tego scenografię i dać temu działać razem z tekstem i szczerze uważam, że moje rysunki, obrazy, prace wideo, wszystko, co tworzę, wszystko, co do tej pory stworzyłem, może istnieć tylko wspólnie, wszystko razem, wszystko naraz, zmultiplikowany komunikat, wszystko! Czy jestem niestabilny? Może jestem aż nadto stabilny, zdecydowany na wszystko, zdecydowany, żeby pokazać całe moje życie, całego siebie, wielość, wielokrotność. Co odrzucam? Może właśnie niczego nie odrzucam, stabilnie proponuję siebie, jestem uparty, to jest moja metoda. (…) Dlaczego więc tęsknię, gadam, wypominam sobie jakiś cholerny brak spójności? Świat oczekuje ode mnie spójności, bycia wiecznie podobnym do siebie samego, zabawny świat sztuki oczekuje ode mnie – może nie bezpośrednio, ale odczuwalnie – oczekuje ode mnie spójności, form podobnych do siebie, gotowych wytworów, które łatwo opisać, wsadzić w paczkę i wysłać w prezencie. Czegoś, co będzie łatwo utożsamić ze mną, z Patrykiem Różyckim-artystą… a ja, przepraszam bardzo, w dupie mam Patryka Różyckiego-artystę, lubię tylko Patryka Różyckiego, który oczywiście może być artystą i tak o sobie myśli, ale przede wszystkim jest Patrykiem Różyckim, osobą. Jak mówi moja mama, dla innych mogę być artystą, ale dla niej zawsze będę jej synem, Patrykiem. Może tego najlepiej się trzymać? Bycie artystą to kolejny performans, który mogę sobie odgrywać. (…) 

Nie ma nic ważniejszego ode mnie! Tak, mogę się tego wstydzić, mogę wstydzić się mówić to na głos, tak bezpośrednio, krzycząc — ja! Czy udając się na spacer z nadzieją na przeżycie czegoś istotnego dla mnie, to nie ja jestem w centrum uwagi? Wszystko, każde spostrzeżenie, najmniejsza myśl, służą ja. Rozpracowuję siebie na kartkach, w plikach tekstowych, w programach do robienia muzyki, na ulicy, spacerując, na rowerze, w kawiarniach, knajpach, w tańcu, w ciągłym performansie ja. (…) Za nic w świecie nie jestem w stanie skupić się na przeżywaniu czegokolwiek, w momencie, kiedy w tym uczestniczę. Zarzucam myślami kotwicę obecności gdzie indziej: w przyszłości, w przeszłości, w sobie z wybranego momentu czasu. 

Wymyślam sobie siebie, wymyślam sobie człowieka, jego świat. Jeśli rozczarowuje mnie rzeczywistość, ludzie, ich działania, propozycje, sam staję się dla siebie odpowiedzią na ciekawość, której nic nie jest w stanie zaspokoić. (…) A kiedy to wszystko nie wygląda tak spektakularnie, to wiecie co wtedy? Udaję się na drzemkę, śpię i ślina cieknie mi po policzku, budzę się i piszę o tym, jak to dzisiaj niczego wystrzałowego nie było, niczego kolorowego, świecącego, jak to nie podskakiwałem, nie właziłem na żadną szafę, nikogo nie widziałem i o niczym nie myślałem. Po kilku zdaniach uświadamiam sobie, że te przeżycia były bardzo ważne i ciekawe, że coś zauważyłem, czegoś dotknąłem. Potem z zachwytem, który czuję w sercu, jestem pewien, że w sercu, rzucam się na kanapę i marzę, długo, bardzo długo marzę, chcę mówić z ludźmi, pogodnie patrzę na otoczenie i jest super. (…)

Chodząc po wystawach w Warszawie i innych miejscach w ostatnim roku, rozmawiając ze znajomymi artystkami i artystami, myślałem, muszę to powiedzieć — nuda! Nie pamiętam, kiedy ostatnio poczułem zachwyt spowodowany oglądanymi pracami albo napotkaną postawą twórczą, nic. Jakby wszystko przesiąkło nudą, nudą wilgotnych od plucia przy mówieniu ust, błyszczących, wilgotnych, gadających ust. Widzę podobieństwa, w których nie potrafię odnaleźć niczego ciekawego. Może na wystawie młodego malarstwa w Gdańsku kilka ekspresyjnych obrazów, figuratywnych i abstrakcyjnych, w pewien sposób kompensowało moje pragnienie zachwytu, ale poza tym, niestety nic. (…) 

Gdybym, załóżmy, to ja był czytelnikiem tej książki, czy interesowałaby mnie? Czy mnie samego interesowałoby mnie to, co tutaj napisałem? Nie znam nawet dokładnie treści tego dziennika i poniekąd nie interesuje mnie to, co napisałem, bo w momencie pisania interesuje mnie samo pisanie, wydalenie z siebie czegoś. Potem wszystko zamykam, nie zapamiętuję słów.


Patryk Różycki, Dziennik bremeński, 2019, fragmenty

Rysunki i zdjęcia: Patryk Różycki