tagi — Agata Kalinowska    Katarzyna Roj   

Katarzyna Roj Czarownice lubią żyć! Rozmowa z Agatą Kalinowską

Czarownice lubią żyć! Rozmowa z Agatą Kalinowską
Agata Kalinowska, YAGA, 2020

Katarzyna Roj: Kim jest YAGA?

Agata Kalinowska: Jaga jest archetypem współczesnej czarownicy, natomiast YAGA jest ideą emancypacyjną, dotyczącą kobiet wykluczonych i niewygodnych. Jest to również pewna perspektywa spojrzenia na kobiety: queerowa, subiektywna. Nawet w świecie queer dominują mężczyźni, mają większą przestrzeń do opowiadania swoich historii, a kobiety gdzieś znikają. Niedostatek narracji dotyczących kobiet nieheteronormatywnych jest rażący.

Dlaczego?

Po pierwsze, wzorce atrakcyjności w świecie nieheteronormatywnym zupełnie odbiegają od mitu piękna, opisywanego przez Naomi Wolf. W książce Mit urody jest takie zdanie, które bardzo mnie poruszyło, bo pokazało, że pewne rzeczy uznawane za oczywiste są również opresyjne, narzucone społecznie, wdrukowane i nieświadome. Zdanie dotyczy ideału piękna: „Kobiety muszą pragnąć go uosabiać, a mężczyźni powinni pragnąć kobiet, które go uosabiają”. Kiedy wymyśliliśmy tytuł książki razem z tobą i Łukaszem Rusznicą, coś kliknęło, jakby wszystko nagle wskoczyło na swoje miejsce. Dwa dni później pracowałam na koncercie Marii Peszek i zobaczyłam w niej tę Jagę. Jej energia, przekaz – wulgarny i bezkompromisowy, to, że jest niska, fakt, że nie jest już najmłodsza – to wszystko składało się na postać, której, moim zdaniem, brak reprezentacji. Peszek ma autorytet artystyczny, ale przez to traktuje się ją trochę tak, jak traktowało się przedstawicieli dodatkowych płci – trzeciej, czwartej i dalszych – w niektórych kulturach niezachodnich, czyli jako szamankę, osobę obdarzoną nadzwyczajną intuicją.

Niedostępną dla ogółu, przez co niewidzialną?

Jak pomyślimy o tym, kim była Baba Jaga w słowiańskim folklorze, to widać, że w tej postaci odbija się lęk przed kobiecą siłą. Utożsamia się ją z czarami i czymś zakazanym, niebezpiecznym, wypartym – Baba Jaga mieszka samotnie w lesie, na marginesie społeczeństwa. YAGA jest tą samą kobietą, ale obdartą z demonicznych cech, której chcemy przywrócić głos, reprezentację.

Agata Kalinowska, YAGA, 2020

Dojrzałą?

Myślę, że dla ludzi niezaznajomionych z koncepcją gender kobiety po czterdziestce tracą tę definiowaną przez mit piękna kobiecość – urodę, młodość, płodność – i automatycznie wpadają w ramy innych społecznych ról, głównie tych opiekuńczych. W niektórych kręgach nadal istnieje stygmat bezdzietnej starej panny. Z drugiej strony, znam mnóstwo kobiet, które w tym wieku świetnie się realizują, dbają o siebie, niezależnie od tego, czy mają dzieci czy nie. Tylko że z tyłu głowy mam skecz Amy Schumer – Last Fuckable Day – w którym hollywoodzkie gwiazdy skarżą się, że po przekroczeniu magicznego progu wiekowego proponowane są im głównie role czarownic i złych teściowych. Ageshaming jest problemem.

Wydawało mi się, że wiele w tym temacie się zmienia.

Reprezentacje popkulturowe kobiet ewoluują, ale według mnie ciągle za wolno, bo w realnym świecie kobiety dojrzałe potrafią się obronić, natomiast w popkulturze i w pornografii zbyt często robi się z nich karykatury. Pornografię świetnie odczarował ostatni serial Davida Simona The Deuce, gdzie spotykamy cały wachlarz pełnokrwistych postaci kobiecych. Niektóre z nich w scenach z planów filmów pornograficznych stawały się  bardzo przerysowane, ale też złożoność narracji pozwalała zrozumieć, że jest to konwencja spłaszczająca rzeczywistość pod męską fantazję i przyjemność. W rzeczywistości wiele prostytutek, którym udawało się dostać angaż w filmach porno, było zachwyconych, ale też nie widziało dla siebie innego wyjścia niż praca w seksbiznesie. Nie wolno więc zapominać o wpływie czynnika ekonomicznego, wykształcenia i tła społecznego na powielanie lub porzucanie szkodliwych wzorców. Dlatego tak podkreślam, że niezbędna jest kobieca solidarność, pomoc w uświadomieniu sobie, co jest w nas odgórnie narzucone i jak przełamać zaklęcie.

Wiek nie ma znaczenia, ale upływ czasu już tak?

Jaga u mnie przechodzi ekspresową ewolucję ze straszydła do wyidealizowanej, dostojnej czarownicy, która sama decyduje o tym, kim chce być i jak chce się prezentować światu. Taka postawa jest imponująca i inspirująca, po prostu. Wiek nie gra tutaj roli. Znam Jagi 23-letnie i Jagi 67-letnie, sama też nauczyłam się, że strach przed starzeniem się jest narzucony kulturowo. Po trzydziestce odkryłam, kim jestem, a wraz z tym dotarło do mnie, co mogę, a nawet powinnam z tym zrobić, a do czego zupełnie się nie nadaję i nie powinnam z tego powodu czuć się winna. Wiek leczy z kompleksów. Beyonce z Nicky Minaj śpiewały „I’m feeling myself” i to jest świetna mantra, a celebracja siebie jest wskazana, jeżeli nie zamienia się w narcyzm i bezpodstawną próżność.

Agata Kalinowska, YAGA, 2020

Co lubią czarownice?

Czarownice lubią żyć! Wiele z nich lubi przeklinać, pić, palić papierosy i rzucać cięte riposty. Myślę, że dobra czarownica powinna przede wszystkim lubić siebie i otaczać się innymi kobietami. Przyjaźnię się z dwiema siostrami, które jakieś sześć lat temu wyleciały na Islandię i stworzyły tam niesamowitą, kobiecą rodzinę. Ich sabaty organizowane poza Reykjavikiem są już legendarne. Dziewczyny biegają nago, śmieją się, przytulają do siebie, chodzą po górach, imitują odgłosy dzikich ptaków. Na Islandii woda płynąca z kranów jest wydobywana spod skał i śmierdzi zgniłym jajem, skupiska ludzkie są absurdalnie małe, a jedyna droga szybkiego ruchu to droga nr 1, która okala całą wyspę. Uruchamia to jakieś atawistyczne odruchy i pozwala duchowo się rozwijać, a według mnie kobieta świadoma siebie musi dzielić się tą energią z innymi kobietami. Agnieszka Sosnowska, fotografka, która poślubiła Islandczyka i zamieszkała tam, stworzyła cykl zdjęć Myth of a Woman. Ona również podkreśla wagę kobiecych więzi i wspólnot, które tworzą się na Islandii. Ten duch wspólnoty jest moim zdaniem kluczowy w ekspresji kobiecej siły i energii, dużo bardziej istotny niż macierzyństwo, chociaż pewnie oberwę za tę opinię po głowie.

Rozumiem, o co ci chodzi. Macierzyństwo często zrywa istniejące więzi z dorosłymi, a nie wytwarza nowych, satysfakcjonujących.

Nie powinnam się wypowiadać o macierzyństwie, bo jest to doświadczenie, które świadomie omijam. Moje lęki dotyczące posiadania dzieci przez bliskich mi ludzi są dość banalne: boję się, że nie będą mieli dla mnie czasu, że nasze drogi się rozejdą, przestaniemy się rozumieć. Macierzyństwo również może być karykaturalne i jestem pewna, że da się ominąć pułapki popadania w skrajności: nadopiekuńczość, monotematyczność, stylizowanie dziecka pod zdjęcia na Instagram i tym podobne, i że posiadanie dzieci i uczenie ich świata daje satysfakcję i poczucie spełnienia. Ale kiedy usłyszałam od wujka, że moje życie nie ma sensu, jeśli się nie rozmnożę, to najpierw zaczęłam się nad tym zastanawiać, a później się wściekłam. Każdy, kto reprezentuje jakiś styl życia, ma tendencję do oceniania i takie wyroki, podpierane przez wiek i doświadczenie, brzmią jak ostateczne, ale wcale tak nie jest. Mamy prawo decydować o sobie i tyle. Mam w rodzinie kuzynkę, która wybrała karierę naukową, jej mąż natomiast trzyma od paru lat flaszkę doskonałej wódki na okazję, gdy urodzi mu się syn. I cała rodzina ocenia tę dziweczynę. Mi, jako lesbijce, trochę odpuścili, ale ona, mężatka? Dla ludzi wychowanych w małych miasteczkach, w atmosferze rodzinnego ciepła wymieszanego z nieodłącznym, toksycznym odorem, decyzja o braku dzieci obraża znany im, kultywowany od pokoleń system wartości. Ale dla nas nie jest to młodzieńczy bunt, jesteśmy dorosłe i świadome swoich wyborów. Jeśli wtedy nasze życie nie ma dla nich sensu, to nie jest nasz problem, bo my tego sensu szukamy dla siebie.

Wróćmy do fotografowania twojej wspólnoty. Jak ci się to udaje?

To u mnie proces rozciągnięty na lata. Odpowiem dość typowo – chodzi o uważność, empatię, ciekawość. Warsztat i metody pracy pojawiają się naturalnie. Nie czuję, że jestem związana tylko z jedną grupą ludzi, tych grup jest kilka i każda z nich otwiera mnie na nowe znajomości. Nie można też powiedzieć ani uprościć, że są to wspólnoty queerowe, bo tak naprawdę są to bardziej przyjacielskie kręgi, w których są osoby różnych orientacji. Takie grupy wydają się być najzdrowsze. Kiedy mówię o kobiecej wspólnocie absolutnie nie mam zamiaru izolować kobiet od mężczyzn i osób niebinarnych. Chodzi raczej o kobiece więzi i o to, żeby w końcu postawić je na równi z relacjami miłosnymi, bo między przyjaciółkami też jest miłość. Koniec przyjaźni kobiecej boli tak samo, jak koniec związku. Być może tak bardzo to podkreślam, bo w moim przypadku miłość romantyczna mieszała się czasami z miłością przyjacielską i ten element idealizacji w relacjach przyjacielskich się pojawił, dopełniał je w jakiś sposób.

Agata Kalinowska, YAGA, 2020

Czyli YAGA obejmuje kobiety hetero?

W koncepcji YAGI zupełnie nie chodzi orientację psychoseksualną, tylko o wyjście z cienia, celebrację kobiecości, w której oczywiście zawiera się cielesność i seksualność. Moja subiektywna perspektywa jest queerowa i potrzebuje wyrazić się w jakimś medium. Książka fotograficzna daje mnóstwo możliwości, bo można w niej zawrzeć narrację opartą o nastroje, symbole czy sugestie, przekroczyć rzeczywistość sfotografowaną i stworzyć ze zdjęć inny świat. W sekwencji portretów kończących książkę nie będzie żadnej kobiety stricte homoseksualnej, ewentualnie biseksualne. Kontekst queerowy bierze się z mojej obecności po drugiej stronie aparatu, bo to jest mimo wszystko moja opowieść, która niektórym osobom się nie spodoba.

Kiedy wykrystalizował się pomysł na książkę?

Książka zawsze była moim celem, ale idee, które chciałam w niej rozwinąć dojrzewały ze mną. Moim celem w 2008 roku, kiedy zaczęłam robić zdjęcia, był visual diary w stylu Nan Goldin, w którym chciałam pokazać ewolucję najbliższych mi osób, które fotografowałam obsesyjnie. Zawsze mi zależało na tym, żeby przez moje zdjęcia przewijały się te same osoby na różnym etapie życia. I tak na przykład Anka, moja przyjaciółka, stała się moją główną Jagą. Często się z niej w szkole śmiali, że wypadła z taboru i Anka faktycznie nie wie, skąd dokładnie pochodzi – została adoptowana jako niemowlak. Ma dość trudną przeszłość, ale też mnóstwo siły. Zawsze była dość ekstremalna. Od jakichś trzech lat zajmuje się wspinaczką, co jest dla niej typowe. Kobiety są więc leitmotivem moich zdjęć, ale YAGĘ wyciągnął ze mnie Łukasz Rusznica. Wcześniejsza wersja książki (SCUM, 2017) okazała się w zasadzie zupełnie inną książką.

Jak to się wydarzyło?

W trakcie rezydencji w galerii Miejsce przy Miejscu 14, podczas której pracowaliśmy nad YAGĄ, Łukasz powiedział coś, co myślę, że każdy twórca powinien usłyszeć: jeżeli kończysz jakiś projekt, to musi być on kilka kroków przed tobą, musisz do niego dojrzeć. YAGA mnie zdenerwowała, bo wyrzuciliśmy wiele świetnych zdjęć, nie byłam do niej na początku przekonana. Ale po opatrzeniu, kiedy wymyśliliśmy tytuł, zbiła mnie z nóg. Był taki dzień, kiedy jechałam do galerii przygotowywać finisaż rezydencji, patrzyłam na ludzi z okien tramwaju i miałam epifanię, bo uświadomiłam sobie, jak bardzo przecudaczną mieszanką ludzi jesteśmy i jak wiele osób ma status niewidoczny/niewidoczna, bo nie są wystarczająco atrakcyjni, wystarczająco młodzi, wystarczająco dobrze ubrani. Zawsze opowiadałam się za mniejszościami, ciągnie mnie do osób trochę niezrównoważonych, ekstremalnych, niepoprawnych politycznie, z nałogami. SCUM była trochę książką o solidarności między freakami, więc YAGA jest bardzo sensowną kontynuacją mojej drogi – są w niej wyraźnie widoczne wszystkie moje fetysze. Ale żeby wyciągnąć ze mnie tę YAGĘ, musiał wkroczyć Łukasz. Uważam, że bez pomocy osób z zewnątrz nie da się zdobyć odpowiedniego dystansu do swojej pracy.

Agata Kalinowska, YAGA, 2020

Pokaż kilka swoich fetyszy.

Mój główny fetysz nazywam, na własny użytek, fetyszem mniejszościowym albo fetyszem outcastów. Interesują mnie historie wyrzutków, samotnych wilków, którzy na swojej drodze życiowej spotykają w pewnym momencie ludzi podobnych do siebie i rosną w siłę, chociaż zaczynali jako niezrozumiałe, dziwaczne odludki. To też jest moja historia. Tylko że zamiast się nad sobą użalać i sabotować siebie, nauczyłam się z tego korzystać. Życie takiego kundla jak ja, o zwichrowanej tożsamości, jest idealną pożywką dla twórczości, bo jest ciekawe. Jest na to angielski termin – underdog – ja mówię na siebie czasami podpies. Wiele lat spędziłam pod ostrzałem ocen różnych osób, które twierdziły, że moja praca za barem jest poniżej moich możliwości i się w niej marnuję. Ale to było życie, które sobie wybrałam, które dawało mi dostęp do fascynujących, dziwnych ludzi, do postaci tragicznych. Trochę mnie też zniszczyło, bo jako barmanka miałam dostęp do praktycznie wszystkich używek. Przez wiele lat miałam fantazje o normalnym życiu, dopóki nie odkryłam, że coś takiego nie istnieje. Identyfikuję się bardziej z Eileen z The Deuce, która porzuciła życie ulicznej dziwki na rzecz kręcenia filmów porno, potraktowała swój zawód z pozycji władzy, a nie ofiary. Ja też myślę, że w taki czy inny sposób zostanę w branży gastronomicznej. Gastro to mój kolejny fetysz. Oczywiście są też kobiety, najlepiej żeby były pyskate, bezczelne, lubię tę najeżoną skorupę, pod którą chowa się dobroć i wrażliwość, bo taka postawa defensywna też zazwyczaj bierze się z trudnych doświadczeń. Jeżeli chodzi, na przykład, o ubiór to mam świra na punkcie dziewczyn w bluzach z kapturem. Nie wiem czemu.

Ile lat robiłaś te zdjęcia?

Zaczynałam w 2008 roku, zafascynowana snapshotem. Kiedy odkryłam ten blogspotowy nurt – Karolinę Zajączkowską i jej la-ban.blogspot.com, Maurycego Prodeusa z bez-filtra, Konrada Cieślaka jako boberskiego i, oczywiście, króla ówczesnej sceny zdjęć z małpek, Kubę Dąbrowskiego – zupełnie oszalałam. Brud, paprochy na skanie, ziarno, dynamika ekspresowego kadrowania, flash, przejarana biel, czerwone oczy – to było coś tak innego od doskonałych w kolorze, zrównoważonych, perfekcyjnie wykadrowanych zdjęć, które do tej pory znałam! To był mój język. Od tej ery snapshota do dziś minęło mnóstwo czasu, a moje podejście i styl przeszły wielką ewolucję. Nie czuję, że stoję w czyimkolwiek cieniu, ale początki miałam takie: Karolina Zajączkowska wzięła mnie za rękę i powiedziała „chodź, pokażę ci jak zrobić dynamiczne foty ludziom na parkiecie”. Zrobiła serię zdjęć moją cyfrą i wszyscy wyglądali na nich, jakby mieli zaraz odlecieć albo zwymiotować. Na górnej krawędzi kadru kończyło się czyjeś oko, ręce były poucinane, ludzie wyglądali jak gremliny. Tak się muszą czuć młodzi filmowcy, kiedy odkryją Cronenberga.

W galerii, na wielkim stole, ułożyliście wydruki setek zdjęć, a z nich powstawały sekwencje, będące jednocześnie kolejnymi, symbolicznymi rozdziałami książki. Otwiera ją moje ulubione zdjęcie, kobieta wychodząca z wody. Jaka jest linia fabularna książki?

Zaczęliśmy delikatnie, właśnie od wspomnianego zdjęcia. Pierwszy rozdział nazwaliśmy roboczo rozdziałem mistycznym. Dla mnie jest to rozdział o rytmie przyrody i cyklach kobiecego ciała, pojawiają się żywioły i kobiecość również jest traktowana jako żywioł. Portrety w tym kontekście zyskują dość archetypiczny wymiar. Chciałam przywołać takie postaci, jak Lilith czy Baubo – rubaszną boginię, która mówiła i śpiewała waginą. Baubo rozśmieszyła Demeter, boginię urodzaju i płodności, po stracie córki, ratując świat przed klęską głodu. Nie pojawia się jednak w Mitologii Parandowskiego. Zawstydzenie kobiecą seksualnością jest tutaj ewidentne. W rozdziale mistycznym jest również komentarz na temat macierzyństwa (pozostawiony do swobodnej interpretacji), jest też jakaś sugestia religijna, czary.

Kolejny rozdział to rozdział o szaleństwie, dość bezwstydny, ekstatyczny, witalny, rozrywający na strzępy fantazję o kobiecej subtelności, pokazujący dzikość, ale też kruchość. Pamiętasz konflikt dwóch postaci kobiecych z Krzyżaków, Danusia versus Jagienka? Myślę, że to jest fajny kontekst, ale też nie będę narzucać interpretacji. Kolejna część budziła najwięcej kontrowersji, bo jest to rozdział o mężczyznach. Jeden widz powiedział, że oglądając go uświadomił sobie, jak bardzo jest wpychany w tę męską rywalizację, że ten konkurs plucia na odległość nie kończy się z wiekiem, że jego partnerka oczekuje od niego siły i sprawczości. Ten rozdział jest trochę troglodycki, co miało być raczej żartem, puszczeniem oczka, ale są też sugestie męskiej przemocy, które musieliśmy złagodzić, bo wydawały się zbyt jednowymiarowe i niesprawiedliwe. Dla mnie rozdział trzeci jest odbiciem drugiego, uzupełniają się, mają podobną energię, są mocne i gwałtowne w swoim rytmie. Ostatni rozdział opowiada o czułości, cielesności, fantazji, znowu wraca natura. W ostatecznym kształcie pojawi się tam też seria kobiecych portretów, która skończy książkę.

Rezydencja Książka przy Miejscu w Galerii Miejsce przy Miejscu 14, fot. Agnieszka Wolny-Hamkało

W całym procesie uczestniczyli ludzie, którzy odwiedzali cię w tym czasie w galerii. Co dziś chciałabyś im powiedzieć?

Praca z udziałem ludzi jest świetna. Jestem przeciwna figurze samotnego artysty indywidualisty, genialnego i nieomylnego, stawianiu twórców na piedestale. Stanie na piedestale wcale nie jest miłe na dłuższą metę. Chcesz mieć kontakt ze swoją publicznością, normalny, ludzki, a nie jakiś hierarchiczny i celebrycki. Proces twórczy z udziałem ludzi jest zdrowszy i bardziej inspirujący. Dużo lepiej usłyszeć pewne uwagi w trakcie pracy, zobaczyć jak ludzie reagują, co jest zrozumiałe, a co niejasne. To też przygotowuje cię na późniejszą krytykę, wybija z poczucia komfortu i samozachwytu. Sam tytuł powstał w interakcji między trzema osobami, ja się męczyłam tydzień, żeby coś wymyślić i nic.

Kim byli uczestnicy, o co cię pytali? Jakie mieli sugestie?

Najwięcej sugestii pojawiło się przy rozdziale o facetach, widzowie byli momentami zniesmaczeni, czuli, że pokazujemy ich jako takich durniów mierzących długość penisa pilotem od telewizora i jako agresorów, pomijając wszystkie niuanse. To miało mieć raczej wydźwięk popkulturowego komentarza. Łukasz mówił: „Zróbmy facetom to, co robi się kobietom w filmach o Jamesie Bondzie, spłaszczmy ich”. Taki stereotypowy obraz mężczyzn budził jednak konsternację i zmieniliśmy parę rzeczy, złagodziliśmy to. Co ważne, rozdział o facetach jest też trochę rozdziałem o mnie, więc ta męska energia nie jest tylko przeciwwagą dla kobiecej, ale też dopełnieniem książki, grą z płcią i stereotypami, prowokacją.

Nie rozmawiałam z widzami aż tyle o samych zdjęciach, bardziej była to wymiana osobistych doświadczeń. Rozmawialiśmy o ojcach, matkach, o tym, jak nasze wychowanie i związki wpłynęły na nasz obraz świata. Miałam świetną rozmowę z Anką Chmielińską o macierzyństwie, Michał Gadek wpadł ponarzekać na ceny klisz i chwalił najbardziej wulgarne i obrzydliwe zdjęcia, Beata Bartecka zrobiła nam szybką, bardzo skuteczną korektę sekwencji. Łukasz Rusznica był mózgiem całej operacji, bo wyrywał mnie z moich przyzwyczajeń, pokazywał rozwiązania, na które w życiu bym nie wpadła, a twój komentarz do rozdziału o facetach był kluczowy. Myślę, że gdybym robiła tę książkę sama, to powstałby kolejny zin – ładny ale nie dość czytelny, motywowany w zagmatwany sposób. A tak mamy YAGĘ, która nawet na poziomie lingwistycznym wprowadza zmianę, oddaje leśnej Babie Jadze podmiotowość, głos, prawo do samostanowienia, daje jej mieszkanie, kartę kredytową i prawo jazdy. Moim marzeniem jest, żeby YAGA, kobieta o dzikim sercu, weszła do języka i namieszała nam trochę w głowach.

Rezydencja Książka przy Miejscu w Galerii Miejsce przy Miejscu 14, fot. Łukasz Rusznica

Jak wygląda twoja współpraca z projektantką książki?

Ta część pracy ciągle jest przed nami, ale poznałyśmy się już i przepływ energii jest fajny. Agata Bartkowiak robiła ostatnio projekt pracy Anki Herbut i bardzo mi się podobał. Nie chcemy przekombinować, postawimy raczej na proste, eleganckie rozwiązania.

Wszystko to działo się jeszcze zanim zamknęliśmy się w domach. Czy pandemia, fizyczna izolacja, wzmożona higiena będzie miała wpływ na twoją pracę fotograficzną? Czym będziesz zajmować się gdy w twoim polu zabraknie ekscesu, rozpierdolu i ryzykownego performowania kobiecości?

Prawdę mówiąc nie robię już aż tylu zdjęć, co kiedyś, więc nie czuję, żeby pandemia miała wielki wpływ na moją pracę, przynajmniej na razie. Coraz częściej jest tak, że wyciągam aparat, myślę sobie, że takie zdjęcie już przecież zrobiłam i go chowam. Czuję, że coś się we mnie zmienia i że moje metody pracy będą inne. Nigdy nie zrezygnuję z dokumentowania rzeczywistości, ale coraz więcej pojawia się w moich zdjęciach natury, przestrzeni. To chyba przychodzi z wiekiem. Nie wiem jeszcze, co będę dalej robić. Mam do skończenia książkę o pracy za barem, nad którą siedzę już dwa lata i myślę, że zajmę się pisaniem. Po obejrzeniu kilku sezonów RuPaul Drag Race mamy też z moim współlokatorem pomysł, żeby zrobić charytatywną imprezę dragową, jak już otworzą z powrotem bary i restauracje. Tak czy inaczej, na pewno zostanę w temacie.


Książka fotograficzna Agaty Kalinowskiej YAGA (2020) powstała jako efekt pracy podczas mikrorezydencji Książka przy Miejscu zorganizowanej przez galerię Miejsce przy Miejscu 14 oraz Ośrodek Postaw Twórczych we Wrocławiu.
Agata Kalinowska – fotografka, pisarka i barmanka związana z wrocławskim Ośrodkiem Postaw Twórczych i wrocławską sceną barmańską. Interesują ją doświadczenia prekariatu, które opisuje na blogu relativelyhuman.blogspot.com. Prace Agaty były pokazywane zarówno w Polsce, jak i za granicą. Jej najważniejsza wystawa Tylko się nie zakochaj (prezentowana w galerii Miejsce przy Miejsce we Wrocławiu w 2015 roku) biła rekordy popularności. Pierwsza wersja jej książki fotograficznej SCUM znalazła się na shortliście Kassel Dummy Award w 2018 roku oraz w finale Gomma Grant 2019. Do niedawna można było oglądać jej wystawę Hedonizm jest rodzajem rozpaczy prezentowaną we współpracy ze Strefą Kultury Wrocław (Recepcja). Agata kończy również pracę nad swoją pierwszą książka pisarską.
Katarzyna Roj – kuratorka wystaw, redaktorka książek i autorka wielu tekstów o kulturze materialnej. Prowadzi program galerii Dizajn BWA Wrocław.