tagi — Piotr Bosacki   

Piotr Bosacki „Bitwa okrętów podwodnych” i inne rysunki

"Bitwa okrętów podwodnych" i inne rysunki

Bitwa okrętów podwodnych, 2020, 35,5 x 28 cm

Artyści (i na szczęście nie tylko oni) miewają tak zwane „zauważenia”, czyli wyłowione z nurtu życia obserwacje, które zyskują status samowystarczalnej całości; stają się w jakimś sensie „metaforą wszystkiego”. Taką zamkniętą konstrukcją językową jest chociażby zwykła anegdota. Samowystarczalność (zupełność) anegdoty stwierdzamy doświadczalnie dzięki temu, że jej słuchacze sami z siebie wiedzą, kiedy się skończyła (co wiąże się zazwyczaj z wybuchem śmiechu lub płaczu u słuchaczy) i przyznają tym samym, że „nie potrzeba w tym dziele już więcej składników”. Oczywiście „anegdoty” wychwytywane i przekuwane na dzieła przez artystów rozgrywają się nie tylko w słowie, lecz utkane są z rozmaitych znaków wizualnych, dźwiękowych itd.

Pamiętam, że już w dzieciństwie wielkie wrażenie zrobił na mnie Plan bitwy pod Kłobuckiem Jerzego Kosałki. Przez całe lata 80-te wszyscy oglądaliśmy w Polsce ten sam papier pakowy ze specyficznym wzorem. Każdy też w szkolnym podręczniku historii oglądał plany rozmaitych bitew; dziwaczne, bo z jednej strony ilustrujące prawdę historyczną; z drugiej strony surrealne przez swój abstrakcyjny charakter plastyczny.

Kosałka miał najwyraźniej „zauważenie”, (które udziela się do dziś odbiorcom dzieła), że jeśli potraktować wzór z papieru pakowego jako legendę bitwy historycznej, zajdzie coś w rodzaju alchemicznej przemiany. Dwa liche elementy, które z pozoru mają się nijak do siebie, razem utworzą solidną całość w jakiejś „przestrzeni dodanej”. Ta przestrzeń dodana nie jest ani przestrzenią wzornictwa papierów pakowych, ani przestrzenią szkolnych podręczników. Ta „nowa przestrzeń” jest potocznie nazywana „przestrzenią sztuki”.

Niedawno byłem w sklepie papierniczym. Przybory, mapy na geografię, ekierki, różne stojaki. Patrzę na podłogę. Niebieskie kafelki. I na tych kafelkach leżały te odpady po „zawieszkach z euro dziurką” na haki sklepowe (nie wiem, jak to się nazywa wg. introligatorstwa). I doznałem zauważenia. Bitwa okrętów podwodnych.

Można na marginesie zaznaczyć, że to, co nazywamy „zauważeniem” (i co niekiedy jest tożsame z opisywanym przez Bressona „decydującym momentem”), filozofowie analityczni opisują jako „dostrzeżenie aspektu”.

Bostoński katalog zębatek, 2020, 21×21 cm

Sformułowanie Bostoński Katalog Zębatek znam z anegdoty, którą Richard Feynman (wybitny fizyk amerykański) przytacza w swojej autobiografii Pan raczy żartować, panie Feynman. Autor w czasie II wojny światowej (prócz tego, że brał udział w budowie bomby atomowej) pracował między innymi nad jakimś rozwiązaniem technicznym przy pierwszych amerykańskich radarach. Feynman pisze:

 Po raz pierwszy w życiu miałem wykonać mechaniczny projekt, więc trochę się bałem. Poszedłem do jednego z pozostałych facetów i powiedziałem:
– Jesteś inżynierem mechanikiem; ja się na tym zupełnie nie znam, a dostałem właśnie to zlecenie.
– To żadna filozofia – odparł. – Już ci wszystko mówię. Projektując te maszyny, musisz pamiętać o dwóch zasadach. Po pierwsze tarcie; na każdym łożysku wynosi tyle a tyle, a na każdej zębatce tyle a tyle. Na podstawie tego wyliczysz potrzebną moc. Po drugie, kiedy masz przełożenie, powiedzmy, 2 do 1 i zastanawiasz się, czy użyć zębatek 10 i 5, czy 48 i 24, decydujesz w ten sposób: bierzesz Bostoński Katalog Zębatek i wybierasz te ze środka listy. Te u góry listy mają tyle zębów, że są trudne w produkcji. Gdyby umieli robić zębatki z jeszcze mniejszymi zębami, lista byłaby jeszcze dłuższa. Zębatki na dole listy mają tak mało zębów, że łatwo je uszkodzić. Najlepiej jest więc użyć zębatek ze środka listy.

Trudno powiedzieć, dlaczego ta historyjka zapadła mi w pamięć. Może dlatego, że słowa inżyniera, który doradzał Feynmanowi brzmią jak pragmatyczny patent praktyka, mechanika samochodowego, z drugiej strony są czystą mądrością, której nawet noblista nie przeskoczy (i jak widać, jedno drugiego nie wyklucza).

Ostatnio obmyślam pewne układy kół zębatych i w związku z tym muszę interesować się m. in. „kątem przyporu”. Gdy kąt ten jest mniejszy, zęby są bardziej kwadratowe; gdy kąt jest większy, zęby są bardziej trójkątne.

Na obrazku, w lewej górnej ćwiartce, widzimy zębatki najbardziej kwadratowe. W prawej dolnej ćwiartce najbardziej trójkątne. Czy tego chcemy czy nie, między zębami rysują się żaby o różnej obłości. Zielnik żab suchych.

Falowanie meduz jest starsze niż ogień, 2020, 21×30 cm

Omawiamy rysunek: Przeglądałem stare papiery i natrafiłem na składkę dwunastu kartek A4, w których wycięte były jakieś kółka z przesunięciem. Były to tzw. wykrojniki do filmu animowanego; kartki z wzorem ruchu, które pozwalały mi pilnować porządku w jakiejś animacji kilka lat temu. Mówię sobie: przecież ten kolaż mógłby spokojnie występować jako autonomiczna grafika. I tak się stało.

Można więc stwierdzić, że omawiany rysunek powstał zupełnie przypadkowo. Kiedy sporządzałem dwanaście wykrojników, ani przez sekundę nie pomyślałem, że składka, którą utworzą to jakaś osobna praca. Innymi słowy, zrobiłem coś zupełnie bezmyślnie, a przynajmniej bez intencji. Tutaj dotykamy jednego z głównych problemów twórczości artystycznej. Nigdy nie wiadomo, co w dziele sztuki jest efektem działania „świadomego”, a co „nieświadomego”. Najlepszym tego przykładem jest fakt, że człowiek może świadomie stworzyć sobie takie warunki, które pozwolą mu na aktywność niekontrolowaną (czyli nieświadomą). Dlaczego ludzie dążą niekiedy do tego by działać nieświadomie? Nie wiemy dokładnie, czym jest świadomość. Wiemy natomiast, że stan świadomości jest wysoce energochłonny. Kto więc wytwarza coś nieświadomie, ma wrażenie wytwarzania bez wysiłku (za darmo) i to jest jedno z najpiękniejszych odczuć na świecie. (Być może dlatego tzw. działania bezrozumne mają tak silne umocowanie ewolucyjne).

Rysunkowi nadałem tytuł zupełnie bez sensu. (Nie widzę specjalnego związku między rysunkiem a tytułem). Teraz więc kilka słów na temat tytułu. Osobna historia.

Od lat zastanawiam się, czym w gruncie rzeczy różni się „sentencja naukowa” od „sentencji poetyckiej”. Chodzi o układy słów. Czy gdyby kosmici wylądowali na ziemi i przeczytali dobry artykuł naukowy (trafnie ujmujący rzeczywistość), a potem przeczytaliby dobry wiersz (trafnie ujmujący rzeczywistość), czy zauważyliby jakąś istotną różnicę? (Rzecz nie do sprawdzenia, ale nie o to chodzi).

Było tak: początkowo atmosfera ziemska była pozbawiona wolnego tlenu. Nie przeszkadzało to pierwszym organizmom wielokomórkowym (m. in. meduzom) żyć już w oceanach. Znacznie później w powietrzu pojawił się tlen i umożliwił pierwszy pożar pierwszego lasu. Stąd jasny wniosek, że: Falowanie meduz jest starsze niż ogień. (Wyczytałem to z jakiejś książki o historii ziemi). Przytoczona sentencja to tzw. prawda obiektywna, chociaż brzmi jak jakiś wiersz. Na czym polega „wierszowatość” (poetyckość) tego zdania? Chyba właśnie na tym; zdanie to stwierdza fakt, jednak jest pozornie nieprawdopodobne, brzmi jak zdanie z bajki. (Można tu więc ukuć roboczą definicję: Z poetyckością mamy do czynienia wówczas, gdy wypowiadamy zdanie prawdziwe, które brzmi baśniowo. Można się dalej zastanawiać: Z czym mamy do czynienia w sytuacji odwrotnej – gdy wypowiadamy zdanie fikcyjne, które brzmi, jak prawda?).

Lisowicia bojani i prof. Grzegorz Niedźwiedzki, 2020, 21×21 cm

W roku 2006 we wsi Lisowice (województwo śląskie) odkryto prehistoryczne szczątki zwierzęce. Po latach badań, w roku 2019, polscy paleontolodzy i specjaliści pokrewni (pod kierownictwem Tomasza Suleja i Grzegorza Niedźwiedzkiego) opublikowali w „Science” artykuł o odkryciu nowego terapsyda (czyli gada ssakokształtnego). Nazwali go Lisowicia bojani. (Lisowicia od Lisowic; bojani na pamiątkę Ludwika Henryka Bojanusa, zoologa i ojca polskiej anatomii porównawczej). Odkrycie okazało się bardzo ważne, ponieważ zmieniło nasze zapatrywania na ewolucję zwierząt w późnym triasie; (tak twierdzą naukowcy i dla oszczędności czasu należy im wierzyć). Lisowicja po 200 mln lat stała się prawdziwą gwiazdą wśród przyrodników. Wygląda trochę jak hipopotam z głową żółwia. Czyli właśnie ni to gad, ni to ssak.

Teorią ewolucji fascynował się chyba każdy. Znany powszechnie jest problem tzw. ogniw pośrednich, rzadkich i kruchych, pobocznych i próbnych projektów natury, które poukrywane są w niszach między modelami organizmów najbardziej skutecznymi i statystycznie dominującymi. Jeśli stawiamy tezę, że płazy są „prawnukami” ryb, to rzeczywiście odkrycie jakiejś pokraki (ryby z nogami) tezę tę umacnia. Tyle z zoologicznego punktu widzenia.

Jeśli natomiast spojrzymy na ewolucję z punktu widzenia raczej filozoficznego (cokolwiek to znaczy), możemy przyjąć, że właściwie każdy organizm żywy jest „ogniwem przejściowym” w kontinuum przepisywania księgi życia. [Księga życia – staroświeckie określenie na układ liter w DNA]. Taka mniej więcej naszła mnie refleksja, kiedy dowiedziałem się o Lisowicji. Dlatego na rysunku widzimy Lisowicję, jako wypadkową hipopotama i żółwia. Natomiast jeden z jej odkrywców, Grzegorz Niedźwiedzki z Uniwersytetu w Uppsali – człowiek – przedstawiony jest tutaj jako coś pośredniego między małpą a aniołem.

Zeronożni przyjaciele, 2020, 22×22 cm

Skoro psy i koty (w konwencji dziennikarsko-lekko-pierduśnej) nazywamy czworonożnymi przyjaciółmi, to rybki akwariowe możemy nazwać zeronożnymi przyjaciółmi. Koniec dowcipu. Ale w obrazku tym nie o to chodzi.

Chodzi tutaj o starodawną teorię obrazu. Obraz jest powierzchnią płaską i stąd robi wrażenie czegoś, co „jest jednocześnie”, ale wiemy, że oko wędruje po różnych obszarach płaszczyzny, i stąd obraz jawi się jako coś rozpiętego w czasie.

Teraz kwestia ostrości. Gdy robimy zdjęcie i ustawiamy ostrość na plan bliski, wówczas przedmioty bliskie mają ostre krawędzie; przedmioty dalekie zostają rozmyte. Tutaj skierowanie ostrości widzenia na dany plan znajduje „dosłowny” wyraz graficzny.

Ale śmiało możemy mówić o nastawianiu ostrości w odniesieniu do każdej kategorii percepcyjnej. Kiedy w tramwaju obok mnie mówią jednocześnie trzy osoby, „ostrość uwagi” (ostrość mej syntezy mowy) mogę nastawić tylko na jedną z tych osób. Dwa pozostałe monologi utracą dla mnie kształt; (staną się nieostre). Tutaj ciekawe jest, że w „obiektywnej rzeczywistości akustycznej” wszyscy trzej mówcy mówią tak samo wyraźnie. Jednak moją „wewnętrzną rzeczywistość akustyczną” ustawiam ja sam, nastawiając ostrość percepcji mowy na jednego z mówców.

Przechodząc do spraw bardziej graficznych; w dawnych czasach, głównie z powodu braków papieru, stosowano swoisty palimpsest. Jedną i tę samą stronicę zapisywano np. trzema warstwami tekstu. Tusz niebieski, czerwony i zielony. Obiektywnie, jeśli chodzi o linie, chaos. Lecz kiedy ustawimy swą „ostrość wrażliwości kolorystycznej” na czerwień, wtedy gryzmoły niebieskie i zielone przestaną nam przeszkadzać, staną się jakby niewidzialne.

Krótko mówiąc, jest zjawiskiem (tak samo) zadziwiającym (jak powszechnym), że kiedy nastawimy swą uwagę na jakąś klasę obiektów, czy jakości, reszta sceny staje się nieostra, albo nawet znika. To jest taka gra, dzięki której statyczny obraz może stać się ruchliwy. Wystarczy, że będzie złożony z różnych elementów. Zmieniając „ostrość percepcji” z jednego aspektu obrazu na inny, możemy odbyć tzw. długi spacer. Zwykła rzecz, a cieszy.

Zeronożni przyjaciele to właśnie taka zabawka dla oka, aby wędrowało po różnych aspektach obrazu.

We wsi, 2020, 21×21 cm

Jest to rysunek powstały w czasie kwarantanny na wsi zapadłej. Przebywałem w wiejskim domu z rodziną. Starzy, dziecioki, psy. Z pewnych powodów (nie miejsce tu na opis) pobudziliśmy uwagę sąsiadów. Znajoma powiedziała, że jesteśmy na językach całej wsi. Więc chodziło mi po głowie zdanie jak piosenka ulubiona: „Jesteśmy na językach całej wsi”. Bez specjalnych wymyślań stanął mi przed oczami malunek. Jest nasz dom na środku i języki innych domów wsuwają się pod ten nasz dom, żeby był na językach. Ale niemożliwe, żeby języki były tak długie, więc nasz dom trzeba położyć też na języki zwykłej długości. Zatem każdy dom we wsi ma również po dwa języki zwykłe i na tych zwykłych też jest nasz domek. Jasna sprawa. (Tak właśnie sobie pomyślałem).

Czyli jest to specyficzny rebus, który w prostej i bezlitośnie dosłownej postaci odwzorowuje treść zdania. W efekcie jednak rysunek, który oglądamy, jest oniryczny, niedorzeczny, okultystyczny (czy jaki tam chcecie, w każdym razie daleki od realizmu). Pokazuje nam to prostą rzecz, że język jest z zasady przenośny.

Gdybym nikomu nie powiedział, że obraz ten jest ilustracją zdania „Jesteśmy na językach całej wsi”, byłby obrazem tajemniczym. Teraz jest już tylko śmieszny.